poniedziałek, 23 listopada 2009

Serwis obiadowy

W sobotę z rana wybrałyśmy się z Mamą po serwis obiadowy dla mnie. Ta misja była od początku jakaś podejrzana, trzeba było się wstrzymać, skoro były pewne nieprzyjazne znaki na niebie i ziemi.
Tak, jak było ustalone, Mama przyjechała po mnie, zapakowałam się do auta i ruszyłyśmy. Mama w roli kierowcy.
Fajnie się jeździ z Mamą, chociaż nasza super-szybka kosmiczna prędkość wystawiła na ciężką próbę cierpliwość wszystkich kierowców za nami. Rajdowcem to Mama nie będzie.
A do tego Mama odpalała samochód chyba z 7 razy i to po drodze tylko w jedną stronę. No ale takie są skutki manipulowania przy pedałach. Tata poprawił Mamie pedał gazu. Podobno teraz jest lepiej, ale widocznie przyzwyczaić się do niego trudno. A Mama dodatkowo daje gazu baaardzo ostrożnie, wręcz anemicznie.
W moim samochodzie Tata kiedyś "obniżył" sprzęgło, bo podobno miałam za wysoko. Nie bardzo wiedziałam, co to oznacza, wsiadłam rano w auto i wyjechałam do pracy. I prawie zginęłam pod kolami rozpędzonego autobusu na pierwszym skrzyżowaniu, gdzie skręcałam w lewo, bo mój samochód stracił swoją dynamikę i krowa nie chciała ruszyć. Z rączego rumaka, zrobiła się ospała krowa. Zanim się zorientowałam o co chodzi i doszłam do wniosku, że aby ruszyć, to muszę sprzęgło podnieść na maxa, zdążyłam już przerazić śmiertelnie, pożegnać się z życiem, zrobić rachunek sumienia i zmówić paciorek.
Kiedy już krowa ruszyła, a ja jakimś cudem zjechałam autobusowi z drogi oczywiście się wkurzyłam. Zadzwoniłam do Taty wyrażając przy tym odpowiednią dawkę emocji i swoich oczekiwań i jeszcze tego samego dnia Tata mi zmienił sprzęgło z powrotem na tak, jak było.
Lepszy wiz miałyśmy pod hurtownią. Mama zgasiła silnik, a tu coś dzwoni w samochodzie. No i co to jest? Szukała powodu, ale nic nie mogła wymyślić. Ja powiedziałam, że u mnie dzwoni, jeśli są światła włączone, zgaszony silnik i otwieram drzwi. Ale Mama stwierdziła, że w Jazzie światła się włączają i wyłączają same automatycznie i temat upadł. Nie moje auto, to nie znam się. Poza tym za nowoczesne. Tata przez telefon tez nic nie umiał wymyślić. Nie doszłyśmy, co to dzwoni. Zamknęła w końcu samochód i poszłyśmy na zakupy.
Jakąś godzinę wybierania serwisu obiadowego później postanowiłyśmy pojechać do mnie po talerzyk od serwisu kawowego. Wsiadamy do samochodu, a tam... nie zapala się silnik. I cały czas coś w samochodzie dzwoni.
No i ładnie. Oczywiście -my bezradne i bez pomysłu, więc telefon do Taty po ratunek.
Oczywiście rozwiązanie okazało się banalne, to jednak były światła, które z jakiegoś powodu nie wyłączyły się automatycznie. Na szczęście po odczekaniu 20 minut samochód zapalił bez problemu.
Pierwsze koty za płoty.
Jak wynika z sytuacji - może i nowocześniejszy samochód niż moja Astra, ale mówi tym samym językiem.
Serwis kupiłyśmy bez jechania po talerzyk.
Chyba to był błąd. Serwis podobał mi się do niedzieli nad ranem.
W sobotę wyjęliśmy go z pudełek i ustawiliśmy w szafce. Łukasz stwierdził, że ładny. A ja jakoś nie mam do niego serca. W niedzielę Łukasz wstał do pracy o 4,20 (na 6-tą!), a ja obudziłam się i w mojej głowie od razu ruszył galop myśli na temat tego, że jednak ten serwis nie podoba mi się i mając do wyboru 3 różne, wzięłam najgorszy.
Nie mogłam zasnąć, chociaż byłam potwornie niewyspana i zmęczona, myślałam obsesyjnie o serwisie, przy czym nie bardzo nad tymi myślami panowałam. W końcu Łukasz wyszedł do pracy, a ja wstałam i obejrzałam sobie talerzyki. Stwierdziłam, że są ładne, owszem, ale jakoś nie mam do nich przekonania. A za takie pieniądze, jakie to kosztuje, warto byłoby mieć coś co mi się będzie super podobało.
W ogóle wybieranie tego serwisu było trochę nieporozumieniem.
Ja pojechałam z nastawieniem, że kupię coś ładnego, a podobają mi się tylko takie delikatne zdobienia w tonacji ecru. Poszłam prosto do półki z porcelaną Lubiany, ale okazało się, że został tylko komplet, któremu brakowało jakby deseniu na pasku ecru. Był taki trochę ubogi.
Mama tymczasem chyba założyła, że ma mi ten serwis pasować do garnituru kawowego i zaczęła mi pokazywać tylko takie, które były super podobne i kolorystycznie pasowały.
No i jakoś tak się zafiksowałyśmy na tym dopasowywaniu jednego serwisu do drugiego i tak sobie ładnie wybierałam, że wybrałam ten, który podobał się najbardziej Mamie, a najmniej mi. Nie wiem, jak się to stało, ale teraz żywię nadzieję, że da się to wymienić.
W sobotę serwis postawiłam z całym pudłem w sypialni, bo przyszli do nas kuzyni Łukasza z dziećmi. Mały Tymek dorwał klej z brokatem i sobie tym klejem malował na kartkach. I nagle patrzę, a on maluje coś na małym prostokątnym pudełku. Przemknęło mi przez myśl, że znam to pudełko i nagle dotarło do mnie, że to jest mały półmisek z serwisu. Dzieciaki poszły sobie do sypialni i wyszperały z pudła jedno pudełko i się nim po prostu poczęstowały. Teraz na jednym pudełeczku jest gwiazdka brokatowa, którą muszę zetrzeć, jeśli będę jechać odmieniać serwis.
Od soboty w salonie stała sterta pudełek po serwisie. Wczoraj wieczorem Łukasz upchnął je w w dużym pudle, aby nie przeraziły Krasego.
A co do serwisu obiadowego, to nawet Krasy przyznał, że ma trochę za gruby złoty pasek na brzegu i jednak jest brzydszy od kawowego. Oczywiście najpierw obaj z Łukaszem wymienili serię kpiarskich komentarzy na temat tego, na co w domu serwis na 12 osób? Potem przyswoili moje argumenty, z czego główny brzmiał: bo więcej niż 6 osób nie będzie miało na czym zjeść. A następnie przeszli do oglądania i porównywania talerzyków.
O rany, miałam spokój, to zachciało mi się kupowania serwisu... Czy w tym sklepie wymieniają nieudane zakupy na inne?
Karolka w Anglii ma luksus - u nich można wymieniać i zwracać do woli, co tylko się chce. Ona robi zakupy, po czym w domu namyśla się, czy to, co kupiła się nadaje i jeśli nie, to zwraca to bez problemu. Największym hardcorem, jaki odstawiła było zwrócenie kanapy.
ja bym chciała tylko wymienić. I tylko serwis obiadowy....

Brak komentarzy: