poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Jak to Plus się przejął...

Tak, ten tytuł to JEST ironia.
Zadzwoniłam do Plusa koło południa, skarżąc się, że dostaję SMSy z cytatami z Biblii z jakiś numerów z Dalekiego i Bliskiego Wschodu.
Koleś na infolinii posprawdzał co mógł, a raczej co nie mógł, bo nic na temat podobnego problemu w ichnich zgłoszeniach nie znalazł, po czym przyjął zgłoszenie, z komentarzem, że sprawdzą i mnie poinformują.
Spoko.
Czekam.
I co? Długo czekać nie musiałam.
Koło 17tej dostałam dwa SMSy jeden po drugim.
W pierwszym bardzo uprzejmie Plus poinformował mnie, że zarejestrowano moje zgłoszenie o numerze jakimś sześciocyfrowym zaczynającym się na 6.
A w drugim SMSie poinformowali mnie, że owo zgłoszenie zostało zamknięte, a po informacje powinnam zadzwonić na infolinię Plusa.
I to jest to ich "poinformujemy panią"??
No jeśli tak, to mnie podkurzyli, bo ichnia infolinia jest płatna i to chyba z 2 PLN za rozmowę. To skoro ja zgłaszam im problem, a oni mają to sprawdzić i mnie poinformować, to chyba powinni się pofatygować i zadzwonić z jakąś wiadomością na ten temat. Jakakolwiek by ona nie była.
Bo ten SMS od Plusa nie wnosił nic, poza poczuciem, że oto Plus mnie olał najwyraźniej, bo stwierdzenie "zgłoszenie zamknięte" jest bardzo jednoznaczne i równie niekonkretne.
Już lepsze te Biblijne cytaty, mają w sobie więcej treści...
Nie wiem czy mój Biblijny spam wydał im się tak niejednostkowym i niepoważnym problemem?? Czy co?
Na razie poczekam jeszcze z dzień, może oddzwonią do mnie i coś mi powiedzą.
A jak nie to ja zadzwonię z pytaniem, co to miało znaczyć i jaki jest wynik ich sprawdzania skąd te SMSy.
Może się trochę czepiam, ale z racji mojej pracy miałam sporo do czynienia z customer care i naprawdę taki sposób zamykania sobie zgłoszeń i spuszczania klienta na drzewo mnie nie satysfakcjonuje.
Póki co idę jeść leczo cukiniowe...

Śledztwo SMSowe

W sobotę dostałam drugiego SMSa z cytatem z Biblii w języku angielskim. Tym razem SMS był z numeru: +919842566409 - wygląda na to, że kierunkowy jest na Indie.
Treść SMSa brzmiała:

For she had said unto the servant, What man is this that walketh in the field to meet us? And the servant had said, it is my master: therefore she took a vail.

Księga Rodzaju 24:65

Cytat według wersji: King James Bible.

Pod poprzednim postem na temat pierwszego SMSa z Biblijnym cytatem namnożyło się stado komentarzy. Okazuje się, że ta plaga spamu SMSowego padła na mnóstwo ludzi! Nieźle mnie to zdziwiło.
Uśmiałam się po przeczytaniu proroctwa, że spędzą nas na arkę dla odbudowania ludzkości. :)) Chociaż to było bardzo konstruktywne podejście do problemu i w dodatku bardzo... no powiedzmy bardzo nas doceniło.
Jakkolwiek - taka wizja namnażania się dla ponownego zaludnienia ziemi średnio mi się wydaje kusząca. :)
Postanowiłam więc zasięgnąć informacji u źródła.
Najbardziej zastanawiające jest to, że te wszystkie SMSy przychodzą na komórki w Plusie. Teoria kiepskiej blokady Plusa na spam wydaje mi się najbardziej prawdopodobna.
Zadzwoniłam do Plusa.
Połączyło mnie z bardzo miłym i konkretnym chłopaczkiem, który zanotował sobie numerki, z których dostałam SMSy i przełączył mnie na holda, aby sprawdzić czy mają już na ten temat jakieś zgłoszenia.
Nie mieli.
Nie zdziwiło mnie to, co nie omieszkałam mu powiedzieć, bo moim zdaniem te SMSy są z netu. Jakiś generator wpisuje sobie numerki nadawcy i wcale niekoniecznie muszą się one powtarzać.
Napisała mi jedna dziewczyna, również ofiara takiego żartu SMSowego, że próbowała oddzwonić na ten numer, z którego przyszedł SMS, ale miała taki sygnał, jakby numer nie był dostępny, czy w ogóle nie istniał. A ci, którzy odpisali SMS na numer nadawcy - wszyscy zgodnie stwierdzili, że SMSów od nich nie doręczono.
Więc jaki można inny wniosek wysnuć?
Ma ktoś pewnie jakiś złośliwy programik, który wysyła sobie takie spamy, a Plus zamiast to wyłapywać, tkwi w błogiej nieświadomości.
Konsultant z Plusa zgodził, że to może być taka forma spamu z netu. Zgłoszenie przyjął, a technicy Plusowi mają to sprawdzić, ustalić i dać mi znać. Czekam z niecierpliwością.
Sądzę, że jeśli dostajecie takie SMSy, to też możecie zgłosić to do Plusa. Niech wiedzą, że mają jakiś problem i niech w tym pogrzebią. Na razie nic mi na ten temat nie umieli powiedzieć, wręcz konsultant wypowiedział się w tonie: pierwsze słyszę. najwyraźniej więc nie mieli takich zgłoszeń, a jeśli już to jakieś nieliczne i nic z tego nie wynikło.
Poza tym usilnie dopytywał mnie o te numery nadawcy i treść. Numery podałam mu tylko dwa, treści nie cytowałam, bo jak tak dalej pójdzie, to za kilka tygodni okaże się, że będzie można im zgłosić, ze łącznie dostaliśmy w tych SMSach całą księgę rodzaju, albo i nawet więcej ksiąg z Biblii.
Ale tu nasuwa mi się jeszcze jeden komentarz; treść tego spamu SMSowego jest bardzo... powiedziałabym... nietrafiona. To trochę tak, jakby woził drewno do lasu. W bardzo katolickiej Polsce to chyba nie trzeba nikogo nawracać cytatami z Biblii, bo nie dość, że chyba z 90% społeczeństwa jest katolikami, to w dodatku każdy mniej lub bardziej Biblię zna. Jak by nie patrzeć to bardzo ciekawa lektura, a obowiązkowe lekcje religii nas w tej dziedzinie dosyć wyedukowały.
Aczkolwiek teorie spiskowe są bardzo różnorodne, a odzew w tym temacie mnie zdumiał. To jest pocieszające, że nie tylko moim kosztem ktoś się zabawił.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Żałośni złodzieje

Jest takie powiedzenie: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Każdy zna, wiadomo o co chodzi.
A czy jest jakieś powiedzenie w stylu: gdzie ludzi kilkoro, tam złodziei sporo?
Nie ma? Więc ja właśnie takie wymyśliłam.
Dlaczego?
Dlatego, że u nas w pracy nie ma aż tak wiele ludzi, abyśmy byli anonimowym tłumem, a mimo wszystko jest pełno złodziei. Albo jest kilku złodziei prężnie działających.
I to jakiego kalibru złodziei! Takich miernot, których rasowi złodzieje by się powstydzili.
Złodzieje u nas w pracy kradną głównie jedzenie z lodówki i szafek.
Kiedyś było takie przekonanie, że jedzenie można ukraść bez grzechu. Bo to taka walka o byt, konieczność do przeżycia, komuś się źle wiedzie, albo nie wiedzie wcale i musi kraść kapustę z czyjegoś pola, aby przeżyć. Ok. Jeśli była bida z nyndzą a kraju i plebs nie miał co do ust włożyć, albo jeśli po świecie błąkały się sieroty bez matki i musiały jakoś sobie radzić - ok. WTEDY kradnięcie jedzenia nie było grzechem. I można było na to przymknąć oko. Od jednej kapusty mniej na zagonie pan nie zbiedniał.
Ale jeśli przychodzi się do pracy, gdzie WSZYSCY przychodzą, aby pracować i zarobić pieniądze i gdzie WSZYSCY zarabiają, to nie ma usprawiedliwienia dla złodziejstwa.
Bez przesady!
Każdy wie, dlaczego z kuchni jedzenie znika. Nie dlatego, że ktoś przymiera głodem. Dlatego, że jest leniwy i nie chce mu się zadbać o to, aby przynieść sobie do pracy kanapki, albo mleko.
Albo dlatego, że nie ma wstydu i wyciąga komuś z pudełek herbatę, bo mu się nie chce zajść do sklepu i kupić sobie swojej.
Albo dlatego, że jest totalnym dupkiem i kradnie komuś nieotwartą puszkę pepsi.
Tak - jakieś trzy tygodnie temu, kiedy były wielkie upały, zamówiliśmy sobie jedzenie z KFC. W zestawie mieliśmy puszkę pepsi. Była tak ciepła, kiedy przyjechała, że nie było mowy o jej wypiciu ze smakiem. Więc schowałam ją do lodówki. Leżała tam max 2 h. Włożyłam ją koło 14tej, a po 16tej wychodziłam do domu. Lubię pepsi. Zapłaciłam za nią. Miałam na nią więc ochotę, tym bardziej, że rzadko piję takie gazowane słodkości i od czasu do czasu nabieram smaka. Wizja zimnej pepsi prosto z lodówki była kusząca. I co? Poszłam do lodówki tylko po to, aby się przekonać, że ktoś się już nią uraczył.
Nie widzę żadnych okoliczności łagodzących dla zwinięcia komuś z lodówki puszki pepsi. Tym się nie najesz, do picia masz cały dystrybutor wody obok, wiec draniu nic cię nie usprawiedliwia.
Drań mi tą pepsi ukradł.
Wczoraj w lodówce zostawiłam mleko. Świeżo-otwarte, 3/4 litra mleka. W lodówce zawsze jest moje mleko. Przynoszę do pracy co kilka dni, piję do kawy, czasem pijemy obie z Kariną. I co? Dzisiaj Karina chciała sobie mleka dolać do kawy. A mleka nie ma. Nie ma wcale! Nie to, że ktoś sobie trochę go odlał. Ktoś wypił trzy szklanki mleka i wyrzucił kartonik.
Marek w tym wszystkim znalazł pozytyw: dobrze, że złodziej wyrzucił kartonik, bo jakby zostawił pusty, to by było dopiero bezczelne.
Może. Ale ja zaglądając do lodówki w poszukiwaniu mleka czułam się przez chwilę, jakbym traciła rozum i miała jakieś złudzenia, że dzień wcześniej zostawiłam w lodówce ledwo otwarte mleko. Dobrze, że inni to widzieli, bo możliwe, ze doszłabym do przekonania, że coś mi się pomyliło.
Nie pomyliło mi się nic. Ktoś mi mleko wypił.
Nie tylko mi znika coś z lodówki. CO chwila pojawiają się maile ze skargami na to i apelami, aby ludziom nie wyjadać / nie wypijać z lodówki tego, co sobie tam zostawią, bo nie po to tam zostawiają.
Słowo daję, jak trzeba nie mieć honoru i godności, aby tak sie czyimś regularnie częstować??
W ramach zemsty myślę, że w przyszłym tygodniu będę miała problemy z jelitami, albo coś i będę potrzebowała środków przeczyszczających, które sobie zostawię w lodówce rozpuszczone w mleku albo w pepsi. Raz dwa się wyda, kto to wypija.
Złapie się dupek na gorącym uczynku. A raczej na sedesie.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Feralny poniedziałek

Wczoraj rozgrywały się jakieś dramaty w Lublinie.
W Głusku ukradli pół kilometra kabli telekomunikacyjnych.
Nie wiem czyje to były kable, ale przypuszczam, że TP SA. Nie wiem też jakiego rodzaju to były kable, przypuszczam, że oprócz Tepsy wiedzą to bardzo dobrze złodzieje, skoro wykroili sobie taką udaną akcję.
Naprawdę, brawo za genialne pomysły! Nie ma to jak wleźć do studzienki i wypruć pińcet metrów kabla. To naprawdę jest skok stulecia! Jak dla mnie to na miarę tych drobnych pijaczków, obijających się od sklepu do sklepu, którzy nie mają na kolejną flaszkę taniego winiacza. Nie można powiedzieć, aby złodzieje popisali się inwencją twórczą.
Swoją drogą - ile można zgarnąć za pół kilometra kabli? Może zależy jakich? Światłowodowych? Czy to daje taki majątek czy tylko kilka flaszek jabcoka?
Mam nadzieję, że wkrótce zgarną ich za ten wybryk.
Jeśli sprzedali na złom te kable, to powinni przy okazji zawinąć do pudła jeszcze skupujących takie rzeczy. Bo chyba nikt normalny nie sprzedaje znienacka na złom TAKICH kabli w TAKICH ilościach. To musiało wyglądać podejrzanie. Czy złomiarze nie raportują takich podejrzanych transakcji na policji? Ogólnie to społeczeństwo polskie nie bardzo ma zaufanie do policji i chyba nikt sam z siebie chętnie po policję nie leci, no ale w takiej sytuacji to już powinni.
Ludzie w Głusku i okolicach rano obudzili się niczego nie świadomi, aby wkrótce przekonać się, że nie mieli kontaktu ze światem. Dokładnie mówiąc to nie mieli telefonii stacjonarnej i internetu. Telefon stacjonarny, to jak cię mogę, można bez niego się obejść, w dzisiejszych czasach chyba już 99% społeczeństwa ma telefony komórkowe. Ale internet to przecież okno na świat i bez tego ani rusz dzisiaj. Więc to trochę świństwo pozbawić ludzi kontaktu ze światem i tak tak od rana. Bardzo niehumanitarne.
No ale, nie takie rzeczy już kradli.
W dodatku kiedy pracownicy okradzionej firmy kładli te kable z powrotem i przywracali ludziom nasłuch na linii - zrobiły się jakieś przepięcia i Mama co chwila odbierała telefon tylko po to, aby posłuchać, jak na drugiej linii ktoś z kimś rozprawia o pączkach, parkowaniu, wyjazdach i innych takich tam. Zupełnie jak w tym filmie "Lekarstwo na miłość" czy jak to tam się on nazywał.
A w drugim dodatku - aby było jeszcze śmiesznej - to jak już się tak dogadali trójstronnie przez te sprzężone telefony, to się okazało, że się z Mamą znają.
Przez ten brak kontaktu ze światem, Mama nawet nie słyszała o wczorajszym pożarze. Dzisiaj więc się wymieniłyśmy informacjami, Mama mi powiedziała o ukradzionych kablach, a ja jej o tym, jak to wczoraj przed południem zjarała się klinika dermatologii.
Ogień buchał na metry wysoko, gasili pożar długie godziny, kilku strażaków podtruło się dymem i wylądowali w szpitalu. Na szczęście tylko na chwilę i wypuścili ich tego samego dnia.
Ale z kliniki nic nie zostało. No chyba tylko mury, bo strat jest na mniej więcej 8 mln.
Jakby nasza służba zdrowia była za bogata!
Klinika spłonęła od remontu tak naprawdę. Ogień podobno zaprószyli remontujący dach, którzy rozgrzewali papę czy coś. Podobno palnikami gazowymi.
Nie chcę nawet myśleć, jakie to ma konsekwencje dla firmy remontującej i mam tylko nadzieję, że mieli jakieś dobre OC wykupione.
Z dwojga złego lepszy ten psikus złodziei, mniej szkodliwy, jak by nie patrzeć...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Tajemnicza przesyłka

W piątek znalazłam w skrzynce na listy przesyłkę z zeszytem w twardej oprawie 160 kartkowym z kotem na okładce i dmuchanym materacem do zabawy w wodzie. Zupełnie niespodziewana przesyłka i tylko po adresie zidentyfikowałam, że to od sprzedawcy z allegro, u którego kupiłam ostatnio gry. Sprzedawała to pani z Jędrzejowa, zapamiętałam sobie adres tylko dlatego, że to rodzinne strony mojej Mamy i tak trochę nostalgicznie zawsze to zapada mi w pamięć.
W kopercie nie było słowa wyjaśnienia.
W opisie aukcji ten użytkownik miał napisane, że w ramach gratisu dodaje dmuchane piłki plażowe. Aukcje zlicytowałam dwie. Powinny być dwa gratisy w sumie.
Piłki nie dostałam żadnej. Nie przejęłam się tym jednak. W paczce były za to małe puzzle - uznałam, że sprzedawca nie miał już piłek, więc dał za to te puzzle.
Ok. Nie na gratisie mi zależało, więc nawet się nie zainteresowałam tym.
W piątek przemknęło mi przez myśl, że to pewnie w ramach tego obiecanego gratisu. Ale nie byłam pewna. Nie było jednak czasu się dłużej nad tym zastanawiać, bo pakowaliśmy manatki i jechaliśmy do Mielca.
Moja wyobraźnia jednak uporała się z tą zagadką i w piątek w nocy przyśniło mi się wyjaśnienie; co to za przesyłka.
Śniło mi się, że w zeszycie znalazłam list. Trochę po niemiecku, trochę po polsku pisany. W tym liście nadawca - dziewczyna - pisała do chłopaka, który pochodził z Niemiec i jakiś czas mieszkał gdzieś w pobliżu niej, że coś tam bla bla... Treści listu nie pamiętam w większości, chociaż pamiętam, jak go w tym śnie czytałam. Stało się jasne, że ta przesyłka nie miała trafić do mnie, tylko do tego chłopaka.
Najlepsze było jednak na końcu tego listu. W bardzo dyplomatyczny sposób ta dziewczyna poinformowała chłopaka, że... jest z nim w ciąży.
Hmm... Zawartość tej paczki wydała mi się trochę dziwną amortyzacją tej - jakże szokującej - wieści. Może ta dmuchana deseczka na wodę to tak na wszelki wypadek, gdyby na tą wieść chłopakowi zachciało się spróbować utopić, czy co??
A zeszyt to już kompletnie od czapy prezent. No ale co tam. We śnie list był głównym elementem przesyłki.
W tym momencie mój sen przeszedł do jakiegoś innego wątku - aczkolwiek o pływaniu i to na całkiem głębokiej wodzie, tyle że bez dmuchanej deseczki. O liście i tym newsie myślałam jeszcze przez długich kilka snów dalej, ale nic z tego nie wynikło.
Na wszelki wypadek napisałam do sprzedawcy z pytaniem, czy ta paczka to ten gratis, o którym była mowa w opisie aukcji. Tak dla świętego sumienia, bo nawet nie bardzo opłaca się to wysyłać w tą i z powrotem, jakby to było nie dla mnie.

Gdzie ta burza?

Wczoraj w drodze z Mielca do Lublina mieliśmy piękną panoramę na burzę.
Jechaliśmy przez lasy janowskie, a burza cały czas była przed nami.
Łukasz prowadził, a ja sobie oglądałam błyskawice. Ach, jakie były piękne! Pokaz lepszy niż fajerwerki. Ideę fajerwerków z resztą to ja niespecjalnie rozumiem, jakoś mnie one nie zachwycają. Za to błyskawice jak najbardziej! Zawsze!
Kiedy mieszkałam u rodziców, a okna wychodziły na 4 strony świata, w dodatku na poddaszu był widok na daleki horyzont, czasami podczas burz siadaliśmy z bratem w oknie i oglądaliśmy jak pioruny strzelają. Błyskawice są fantastyczne! Krajobraz z błyskawicą jest niesamowity!
Wczoraj burza do nas nie dotarła. My w nią też po drodze nie wjechaliśmy.
W LU trochę powiało, pogrzmiało i przedstawienie się na tym zakończyło.
Dzisiaj wieje właśnie w tej chwili. Sąsiadom na górze tylko okna trzaskają. Może ich nie ma? To mają pecha, bo wiatr jest niesamowity!
Może wiatr przygoni jakąś konkretną chmurę i coś z tej chmurki lunie...
Zestawiliśmy kwiatki z haków na balkonie, bo już tydzień temu tak powiało, ze mi złamało dwie gałązki surfinii. A szkoda miały by mnóstwo pięknie pachnących kwiatków.
Upał jest okropny ostatnio. Już mam dość, naprawdę już nie mogę wytrzymać! Kto to widział, aby w sierpniu były takie upały i w dodatku jeszcze takie gorące noce? W sierpniu powinny tylko gwiazdy spadać i koniec. Żadnych więcej rewelacji.
W tym roku nie oglądałam żadnych spadających gwiazd. Trzeba by to nadrobić. Czy może już wszystkie przeleciały przez nasze niebo i po sprawie?
Jakąś dekadę temu... no może odrobinkę więcej, ale kto by to liczył. Przyjmijmy, że: parę lat temu, koło domu moich rodziców stał wielki stóg słomy. Stóg czy jakiś inny nie-stóg, ale takie kloce ze słomy, co wypadają z kombajnu czy innego wynalazku i ludzie je ustawiają w wysoką piramidę. Był wielki, naprawdę wielki. Co roku taki robili na polu dwie działki dalej. A my z kuzynką się na niego w nocy wdrapywałyśmy, kładłyśmy się na nim brzuchem do góry i oglądałyśmy spadające gwiazdy. Super było. Słoma troszkę drapała, ale co tam!
O leje. I to jak!! Jak z prysznica. :)
Bóg się zmiłował i zesłał nam mokrą chmurkę! O jak fajnie! :) Będzie życie na tej planecie!!

Fasola się nie przyjmie

Zjedliśmy ją.
Taka sobie była.
Niby dobra w smaku, ale miała pełno tych włókien i trzeba ją było z nich wypruwać. Łukasz stwierdził przez to, że on jej na pewno więcej nie kupi.:)
I dobrze!
Jak widać, na tym gruncie fasola się nie przyjmie.

Fasolę to ja... nie lubię

Ugotowałam tą fasolę nie-szparagową.
Trochę jednak za długo ją pogotowałam i trochę za bardzo zmiękła. Tak zmiękła, że aż się rozkleiła. I pokazała, co ma w środku.
W dodatku była bardzo gorąca i długa i źle się ją odcedzało.
I trochę mnie nadparzyła gorąca bułka do niej.
O, Łukasz się za nią zabiera... Zaraz zobaczymy czy przyjmie się u nas ten wynalazek, czy nie. Ja tam go reklamować nie będę... :)

Za to przypomniało mi się, że fasolę znam z wierszyka Brzechwy ,,Na straganie”. Kązdy chyba ją stamtąd zna, nie? A czy każdy ma taką nieodpartą pokusę, aby trochę zmodyfikować wypowiedź fasoli?? :)

,,Na straganie”
Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:
- Może pan się o mnie oprze, pan tak więdnie, panie Koprze.
- Cóż się dziwić, mój Szczypiorku, leżę tutaj już od wtorku!
Rzecze na to kalarepka:
-Spójrz na Rzepę – ta jest krzepka!
Groch po brzuszku Rzepę klepie:
-Jak tam Rzepo? Coraz lepiej?
-Dzięki, dzięki, panie Grochu, jakoś żyje się po trochu, lecz Pietruszka – z tą jest gorzej: blada, chuda, spać nie może.
-A to feler – westchnął Seler.
Burak stroni od Cebuli, a Cebula doń się czuli:
- Mój Buraku, mój czerwony, czyżbyś nie chciał takiej żony?
Burak tylko nos zatyka:
- Niech no pani prędzej zmyka, ja chcę żonę mieć buraczą, bo przy pani wszyscy płaczą.
- A to feler – westchnął Seler.
Naraz słychać głos Fasoli:
- Gdzie się pani tu gramoli?!
- Nie bądź dla mnie taka wielka! - odpowiada jej Brukselka.
- Widzieliście, jaka krewka! - zaperzyła się Marchewka.
- Niech rozsądzi nas Kapusta!
- Co, Kapusta?! Głowa pusta?!
A Kapusta rzecze smutnie:
- Moi drodzy, po co kłótnie, po co wasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie!
- A to feler - westchnął Seler

Mamusiu papa! Tatusiu papa!

Ostatnio poszłam na plotki do Kamy. Takie plotki: co się nawinie przy winie.
Nie wiem, co nam się tak temat poskładał, ale zeszło na bańki.
Takie, wiecie - bańki co się stawia na plecach dzieciom. Albo dorosłym, o ile się dadzą.
Ja się już nie daję, ale w dzieciństwie miałam tego pecha, że moja Mama potrafiła banki stawiać. I stawiała nam. Na szczęście rzadko, chociaż dla mnie i tak zdecydowanie za często. O jakieś trzy razy za często.
Szczerze mówiąc, to nie potrafię powiedzieć, ile razy mi bańki stawiali, ale za każdym razem to był ogromny dramat. I traumatyczne przeżycie.
Kama, jak się okazuje - wrażenia po bankach miała identyczne, jak ja. Identyczne.
Jeśli ktoś nie miał nigdy baniek, nie zrozumie tego. I jego szczęście. Całe doświadczenie jest po prostu okropne! Stawiają ci jakieś brzęczące pypki na plecach, a one cię ssą. Fuj! Okropność!
Rodzice wspominają, jak za pierwszym razem... a może nie pierwszym, bo może moja fobia wynikała z tego, że wiedziałam, czego się spodziewać...? W każdym razie, kiedy byłam bardzo mała i pewnie równie bardzo chora, wpadli raz na genialną myśl, aby mnie wyleczyć bańkami. A ja co? Też wpadłam, ale w panikę!
To pamiętam, że zwiewałam do łazienki i chciałam się w toalecie zamknąć na klucz i nie otwierać, dopóki nie wyzdrowieję. Jakoś mnie z tej toalety wydobyli i udaremnili mi zabarykadowanie się.
Walczyłam, jak lew! Jak ucieczka się nie udała, próbowałam innych sposobów - wyrywałam się - bez skutku, płakałam, prosiłam - nic. Zero kompromisu. Będą bańki i już.
A ja naprawdę czułam, jakby mi się świat kończył!
Pytałam rodziców:
- Nie moglibyście jutro?
Nie mogli. Dzisiaj bańki i koniec.
Kiedy już skończyły mi się pomysły na samoobronę i nie miałam już nic w zanadrzu, kiedy już szlochałam spazmatycznie, a rodzice nadal obstawali przy swoim - musiałam skapitulować.
Na zakończenie tej bitwy chlipałam i mówiłam:
- Mamusiu papa! Tatusiu papa!
Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak Rodzicom serce nie zmiękło po takim przedstawieniu jednego aktora... Ja bym dała spokój tym bankom na ich miejscu. Z resztą! Co ja mówią! Ja bym nawet nie zaczynała z takimi pomysłami! Oni jednak mi te bańki postawili. Pewnie zdrowie dziecka było dla nich większym priorytetem niż jego błagania. Nie wiem czy od tych baniek, czy nie, ale wyzdrowiałam. Oczywiście ja zaprzeczam jakimkolwiek dobrotliwym skutkom tego wynalazku!
Za każdym kolejnym przeziębieniem jednak, starałam się z całych sił jak najszybciej wyzdrowieć, aby nikt nie wpadł na tą szaloną ideę stawiania mi baniek!
Kama miała podobnie - na hasło "bańki" zwiewała, gdzie pieprz rośnie! Nic to jej jednak nie dawało.
Za to po bankach zostawały nam ciemne kółka na plecach, taka bezużyteczna szachownica, która zawsze była obiektem marnego pocieszenia przez Dziadka, który sugerował, że można na moich plecach w szachy zagrać. :)
Te kółka na plecach były wielką zmorą, kiedy się już wyzdrowiało i musiało się wracać do szkoły. Jak przychodził w-f to było okropnym problemem - jak się przebrać, aby nikt tego nie zauważył. A przecież przebierało się hurtem - wszystkie dziewczyny razem w jednej szatni.
Kama najbardziej bała się tego wacika z ogniem, którym się bańkom robi próżnię. A jakby tak ten palący się spirytus na nią kapnął? No właśnie. Dziwne, ze dzieci mają czasem więcej zdrowego rozsądku, niż dorośli. Nawet, jeśli akurat są chore.
Spirytus na Kamę nigdy nie kapnął, za to ja znam przypadek, kiedy jeden dzieciak został niechcący zdepilowany, bo akurat miał mocno zarośnięte plecy i te jego bujne włoski się trochę zapaliły... Jak na siedmiolatka, to ten dzieciak naprawdę miał nietypowo owłosione plecy. Nic mu się nie stało od tej niespodziewanej depilacji, nawet chyba nie poczuł, ale zaśmierdziało... Nie powiem, kt mu te bańki stawiał, ale zarośnięte plecy u mężczyzny to niezbyt miły widok, w jakim by on nie był wieku, więc mu ten ktoś oddał przysługę właściwie. Chociaż metoda była raczej niecodzienna, jak na depilację... Teraz dzieciak jest już chyba pełnoletni, albo coś koło tego, ma matkę kosmetyczkę, więc mu pewnie te włosy depiluje metodami cokolwiek bardziej tradycyjnymi i trwalszymi. :)
Czy teraz się jeszcze stawia bańki?
Kiedyś potrafiły to babcie, zwłaszcza te na wsiach. To jest metoda medycyny ludowej, wiejskiej zwłaszcza. Strasznej! Od babć nauczyły się tego nasze Mamy. Co poniektóre. Ich córki nie są zainteresowane nauką tych pogańskich praktyk, zwłaszcza, że na nich je praktykowane.
Ja nie mam zamiaru nigdy nikomu stawiać baniek i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała. W ostateczności poproszę o to Mamę, ale nigdy dla siebie. O nie! Mi już nikt nigdy w życiu tej kuracji nie zaaplikuje!
Ostatnio czytałam artykuł na temat lekarki praktykującej w Polsce tradycyjną medycynę chińską i dowiedziałam się, że Chińczycy w swojej mądrości też mieli okresy zwątpienia, bo ktoś u nich też wynalazł i rozpowszechnił bańki. I co? Ona - rodowita Chinka - przyjechała do Polski, aby te banki tu stawiać! Bo u nas brakuje lekarzy praktykujących tą wspaniałą
tradycyjną medycynę chińską!
Jak na mój gust, to my mamy aż nadto tradycyjnej medycyny polskiej, która się w pewnym zakresie od chińskiej niczym nie różni. No chyba, że Chińczycy wynaleźli skośne banki... Ale tego nie wiem i nie pragnę się o tym przekonać!

Fasolka (nie)szparagowa

Sezon warzywny rozpoczęty, mamy już tegoroczne plony i zaczyna się - najpierw pomidory, a teraz co treściwsze warzywa. Obecnie urodzaj jest na fasolkę - szparagową i jak się okazuje, nie tylko.
Fasolkę szparagową to ja uwielbiam! Poza brukselką, która ostatnio spadła w rankingu, bo pomieszkują w niej jakieś robaczki - fasolka szparagowa jest w czołówce warzyw.
Najlepsza jest taka zwyczajnie ugotowana i polana bułeczką z masłem. Pychotka!
Jak wygląda fasolka szparagowa, wydaje się, że ogólnie wiadomo - żółta lub zielona, ale zawsze długa, cienka i taka glistowata.
Jadamy fasolkę od tygodnia co drugi dzień. Dosłownie.
Nie jest to więc nic niecodziennego i wydawało mi się, że oboje z Łukaszem dobrze wiemy, co jest fasolką szparagową, a co nie.
Dzisiaj Łukasz szedł na zakupy i miał między innymi kupić fasolki szparagowej. Przed wyjściem o niej rozmawialiśmy i mówiłam mu, że jeśli będzie za gruba, to aby nie kupował, bo będzie łykowata. Niech popatrzy czy nie jest za wielka i czy nie ma wyraźnych zgrubień na nasionka, takiej nie chcemy.
Łukasz tylko kiwał głową i przytakiwał. Na moje pytania typu "Wiesz...?" odpowiadał z przekonaniem, że wie.
Poszedł.
Wrócił z torbą fasolki. Nie szparagowej.
Nie wiem, jakiej, bo się na fasolkach nie szparagowych nie znam. W ogóle fasoli jako takiej i grochu nie cierpię i nawet taka fasola z puszki mi nie smakuje. Tylko szparagowa.
Zajrzałam do tej torby i już sama nie wiedziałam czy to taki psikus, czy mam złudzenia?
Łukasz był dosyć zdumiony faktem, że kupił fasolkę nie taką, jaka miała być. Nieszparagową. Rozłożył ręce i stwierdził, że pan, który mu ją sprzedawał, zachwalał, że to taka ładna fasolka!
No owszem, ładna, niczego sobie. Ale ma jedną wadę: nie jest szparagowa!
O fasoli nieszparagowej nie wiem nic. Poza tym, że czasem Mama mówiła coś o jakimś Jasiu, co bardziej kojarzyło mi się z poduszką do spania, niż jedzeniem - ten gatunek warzywa dla mnie nie istnieje.
No cóż, wsadziłam ją do garnka z wrzątkiem, posypałam cukrem i solą i teraz się gotuje. Albo w zasadzie ma się gotować, bo jeszcze nie zaczęła.
Mam nadzieję, że da się ją tak po prostu zjeść. Z bułeczką i masełkiem.
Szparagowa czy nie, skończy tak samo.
Jutro ja kupuję fasolkę. U innego pana. U takiego, który na hasło "poproszę kilogram fasolki szparagowej" nie wsadzi mi do worka zwykłej fasolki. :)

Smog jak w Moskwie

Palą się lasy w Rosji. To nie jest news, każdy to wie, trąbią o tym w TV od tygodni. I pokazują zdjęcia z Moskwy, gdzie dymu jest na ulicach pełno i ludzie chodzą w maseczkach, aby móc oddychać.
W łikend byliśmy w Mielcu. Droga do Mielca upłynęła pod znakiem śmierdzącego dymu, bo chyba w całej Polsce ludzie się sprzysięgli, aby akurat tego szczególnego wieczoru palić liście, gałęzie, śmieci, czy cokolwiek innego organicznego oni tam palili. Wyjątkowo śmierdząca noc! Przez moment rozważałam nawet opcje, że może to ten dym z palących się w Rosji lasów nawiedził też Polskę i to on tak śmierdzi. Łukasz jednak zdecydowanie zaprotestował. Ale kto wie - śmierdziało jak diabli, na całej rozciągłości. Jeszcze nie zdążyliśmy z osiedla wyjechać, kiedy zaczęło capić
My jechaliśmy oczywiście z otwartymi oknami, bo skoro nie mamy klimy w aucie, to jak inaczej wytrzymać? I ten cały smród, bo przecież nie nazwę tego zapachem, wlatywał z powietrzem do samochodu, a ja chciałam się skręcić.
Nienawidzę zapachu dymu z palonych liści. Robi mi się od niego niedobrze.
Niecierpię, kiedy jesienią ludzie tłumnie rozpoczynają porządki na działkach i wszyscy na hura palą pozostałości po ostatnich plonach. Wiosną jest to samo, ale w większym nawet stężeniu, bo powietrze jest mniej wilgotne i ten sam się o wiele lepiej rozchodzi. Bleh!!!
Naprawdę, nie ma nic gorszego!
Pamiętam, że kiedy byłam mała i chodziłam na piechotę do podstawówki przez pół Głuska, łąki, przez całą masę działek, łąki i ogródki - co wiosnę i co jesień nos mi wykrzywiało, bo śmierdziało dymem. Strasznie mi to obrzydzało tą piękną wiosnę, która i tak była nie do zniesienia sama w sobie, bo nagle robiło się gorąco i ledwo powłóczyłam nogami w drodze do domu.
Teściowie palą papierosy. W ten łikend okazało się, że mam jakąś alergię na dym papierosowy i kiedy oni zapalali, ja zaczynałam kichać. Łukasz i Tusia od dawna prowadzą kampanię antypapierosową i powtarzają rodzicom, aby rzucili palenie. Bez skutku.
I tu następuje komiczna opowieść:
Tusia ostatnio zastosowała drastyczne środki i pewnego pięknego wieczoru oznajmiła Tacie, że kiedy on pali, to ona się czuje, jak w Moskwie, w tym smogu papierosowym.
Ja, kiedy to usłyszałam odpadłam ze śmiechu.
Tata podobno się obruszył, ale że nie jest obrażalski, to szybko zawarli z Tusią rozejm.
Ale ten tekst był pierwszorzędny! To tylko Tusia mogła wymyśleć! Z jej miłością do Rosji i języka rosyjskiego (zupełnie dla mnie niezrozumiałą z resztą) tylko ją mogło natchnąć na taki tekst.
Zdecydowanie było to porównanie tygodnia! :)

Atrament niesympatyczny

Zakupy robi Łukasz. Mówi, że lubi. Mi to jest na rękę, bo wiadomo - czasem się nie chce, czasem siatki są ciężkie.
Inna kwestia, że Łukasz, jak ma kupić chleb, masło i pomidory, to idzie na zakupy i wraca z chlebem, masłem i pomidorami. A jak ja mam kupić chleb, masło i pomidory, to idę na zakupy i wracam z siatką zakupów, czasem dwoma - przy czym siatki trzeba sobie kupić w sklepie, bo przecież na 3 produkty, to mi wielka siata nie była potrzebna, więc ze sobą nie miałam - ale oczywiście wracam bez chleba, masła i pomidorów. W najlepszym wypadku brakuje dwóch z trzech produktów.
Dlatego ja nie bardzo lubię robić zakupy, bo jak wchodzę do sklepu, to mi się wydaje, że potrzebujemy wielu rzeczy i tak to się kończy, że nagle biednieję o kilkadziesiąt złotych.
Poza tym Łukasz jest zawsze mniej lub bardziej chętny aby skoczyć do sklepu. Kiedy więc niespodziewanie coś nam potrzebne, można liczyć na Łukasza.
I tak z 3 tygodnie temu wpadła do nas po pracy Justi. Ja akurat wtedy siedziałam zarobiona w ogórkach, już drugi tydzień żywiliśmy się wyłącznie sałatkami, a w mieszkaniu unosiła się upojna woń octu, ale Justi jakoś to nie zraziło. Na kolację miała być standardowo - sałatka. Łukasz zaoferował się, że skoczy do sklepu po bułki i co tam jeszcze potrzebujemy, ja miałam tylko zrobić listę zakupów.
Dodam tu, że miałam recyklingować papier. Łukasz mi to powtarzał, że "trzeba odzyskiwać co się da", czy coś w tym stylu i w związku z tym ja odzyskiwałam trochę różnych kartek i robiłam z nich karteluszki na zakupy.
Na pierwszy ogień poszły faktury papierowe. W dobie e-faktur, papierowe nie są nam do niczego potrzebne, ale UPC z uporem przysyła nam co miesiąc fakturę i notesik. Notesiki ok, ale faktury idą prosto do kosza. No - przepraszam, idą na makulaturę. Przecież sortujemy śmieci bardzo przykładnie.
Pierwsza śmieszna historia przydarzyła się Łukaszowi na zakupach, kiedy dostał listę sprawunków spisaną na odwrocie faktury. A właściwie to kawałek tego rachunku drukowanego na formularzu przelewu - takim czerwonym. Kawałek blankietu był spory, a poza tym bardzo charakterystyczny - kiedy więc Łukasz dotarł w Stokrotce do kasy, kasjerka rzuciła okiem na to, co trzymał w ręce i zapytała krótko:
- Płaci pan rachunek, tak?
Łukasz najpierw szybko zaprzeczył, po czym trochę się speszył, schował ten świstek blankietu głęboko do kieszeni i... tym sposobem dostałam zakaz recyklingowania faktur. Od tej pory zakupy spisujemy wyłącznie na kartkach czystych z obu stron. :)
No i kto by pomyślał, że to się też na biednym Łukaszu zemści??
Tego octowego popołudnia chwyciłam pierwszy lepszy cienkopis i zapisałam listę zakupów na kawałku papieru odzyskanego z kalendarza. Biały z obu stron. OK - można recyklingować. Taki był sztywny, tekturowy, trochę jakby kredowany. Może nawet trochę bardzo...
Zapisałam co na sałatkę, co do przetworów ogórkowych i Łukasz poszedł, a my z Justi sobie w najlepsze plotkowałyśmy w tych oparach sałatki ogórkowej.
Po jakiś 20-tu minutach wpadł Łukasz do mieszkania i od progu mówi:
- Justynka, popatrz, co ty mi dałaś! - i podaje mi kartkę z listą zakupów - Przeczytaj sobie, co ja miałem kupić!
Wzięłam tą kartkę, trochę zdziwiona, co on w ogóle ode mnie chce, spojrzałam na nią - pusta.. odwróciłam z drugiej strony, znów obejrzałam... Hmm... Też pusta?
Kartka była cała pusta! Z obydwu stron była biała i czysta. No z jednej była prawie idealnie czysta. Jak się było dobrze przyjrzeć, można było zobaczyć delikatniutkie smugi cienkopisu. Smugi! Ledwo widoczne! Zero szans przeczytania, co tam było napisane. Taka kartka wielokrotnego recyklingu. :)
Łukasz przed wyjściem schował tą kartkę z odzysku do kieszeni, a wtedy cienkopis się wytarł do cna!
W sklepie coś tam niby jeszcze można było dojrzeć, jakieś literki, ale po ponownym zatknięciu kartonika do kieszonki, starło się już wszystko kompletnie.
I biedny Łukasz musiał się nagimnastykować, aby przypomnieć sobie, co to dokładnie miał kupić. A w Stokrotce na naszym osiedlu zasięgu nie ma wcale, więc nawet nie dzwonił po dyrektywy.

My z Justi prawie spadłyśmy z krzeseł na widok tego psikusa. :)
Śmiałyśmy się jak szalone. A kartoniki oczywiście wylądowały wszystkie na makulaturze jeszcze tego samego wieczoru.
Od tej pory mało co recyklingujemy, bo jakoś przeważnie te wszystkie kartki odkładane na makulaturę mają z jednej strony coś podrukowane. I co na to ochroniarze przyrody i orędownicy recyklingowania?? Pewnie by mi powiedzieli, że trzeba ćwiczyć pamięć... :))

środa, 11 sierpnia 2010

Handel i biznes

Kupiliśmy sobie grę Monopoly. Kiedyś grało się w Eurobiznes. Teraz jesteśmy trochę bardziej światowi i gra się w Monopoly.
Pamiętacie Eurobiznes?? Graliście?
Chyba każdy grał, kiedy był średnio-mały. My graliśmy. Pożyczyliśmy sobie grę od kuzynki i łupiliśmy w nią całe wakacje non stop. Naprawdę trudno się było od niej oderwać. Kto tylko u nas był, zostawał wciągnięty w ten hazard i grał z nami. Pamiętam, ze w owe rozkoszne wakacje grali z nami kuzyni. Chyba cały ich pobyt u nas upłynął nam nad planszą na dywanie.
Co ciekawe ten dywan był taki trochę sznurkowy, a że była burza, to nakapało na niego z okna. Okna z resztą wtedy były bardzo nieszczelne, podobno robili je pijący cieśle i w efekcie zrobili tak, ze jak padały duże deszcze i zacinały od którejś strony, to my lecieliśmy z ręcznikami i ścierkami, aby łapać wodę, żeby nie zalała podłóg. Bo wtedy podłogi by nasiąknęły wodą i by się spaczyły. Co z resztą i tak się zdarzało. Jak lał wielki deszcz, to woda wciekała tak szybko, ze nie nadążaliśmy jej zbierać. Zdaje sie, że sączyła się tak skutecznie po murze, a właściwie między murem a futryną okna. Jakkolwiek - woda zawsze znajdzie sobie drogę.
Z perspektywy czasu to wydaje się nawet zabawne, takie łapanie deszczu. Wiatr wiał najczęściej z zachodu - w moje okno - lub ze wschodu - w okno w dużym pokoju. Jak tylko zaczynała się większa ulewa, to my robiliśmy tą akcję "ścierka" i lecieliśmy do odpowiedniego okna wszyscy hurmą. Słowo daję, że to byłaby niezła scena do jakiejś komedii na temat domu budowanego przez tak zwanych fachowców.
W te wakacje - jakimś sposobem deszczu napadało cichaczem i naleciał on pod dywan w moim pokoju. Tam, gdzie graliśmy w Eurobiznes. Pamiętam, jak siedzieliśmy na dywanie i coś mi śmierdziało. Coś nieokreślonego, takim nieprzyjemnych i nieznanym zapachem. I wcale nie mogłam go zlokalizować. W końcu, w końcu po bardzo długich poszukiwniach, obwąchaniu wszystkiego i wszystkich, doszłam do wniosku, że to dywan śmierdzi. Bliższe oględziny potwierdziły wynik mojego śledztwa. Nie pamiętam niestety co stało się z dywanem, czy go praliśmy czy został wywalony. Jego dni i tak były policzone, chociaż go lubiłam.
Za to pamiętam że w Eurobiznes zabawa była fantastyczna! I że naprawdę trudno było nam wstać od planszy.
W Monopoly najpierw zagraliśmy z Łukaszkiem. On pamięta całą planszę z Eurobiznesu - gdzie było jaki państwo i miasto. Naprawdę ma dobrą pamięć, ja pamiętam je mniej więcej, ale na pewno nie wyrecytuję ich po kolei, jak Łukasz.
Łukasza ograłam ja. Nieźle mi poszło. Chociaż to trochę kiepsko tak obłupić własnego męża, nie jestem tego typu żoną. No ale co miał robić? Płacił i bankrutował.
W niedzielę natomiast Łukasz pracował, a ja rano zapakowałam się i grę do auta i pojechałam do rodziców. Było śliczne słoneczko, Mama miała plan wypoczywać. Tata miał natomiast Misję-Na-Marsa - ugotować obiad. Poza Babcią nie było nikogo więcej.
Wypoczywałyśmy więc z Mamą obie na trawniku przed domem, grając w Monopoly. Przez pół dnia z małą przerwą na obiad! Grało się świetnie, bankrutowało się jeszcze lepiej. Od 11.30 do 16.30 Mama zdążyła mnie doprowadzić do ruiny!
No cóż, jak ktoś ma dyplom z zarządzania nieruchomościami, to nie trzeba z nim grać w Monopoly, bo od razu wychodzi na wierzch, kto się na tym zna, tak?
I jak ktoś nie ma pieniędzy, to nie trzeba się nad nim litować i mu pomagać, bo potem to szczęście się odwraca i gryzie cię w dupkę, a ten ktoś staje się bogaty, ma mnóstwo nieruchomości, a na nich masę domów i nawet hotel i jak przypadkiem się zaparkujesz na jego posiadłości to wyskakujesz z grubej kasy, której nie masz i musisz się zastawiać, aby zapłacić. A i tak po drugim takim drogim noclegu jesteś niewypłacalny, bank ma w zastawie wszystko co posiadałeś i nie masz nawet jednego domu, czyli dachu nad głową.
Tak mniej więcej wyglądała strategia mojej Mamy, którą to pokonała mnie radośnie i wygryzła z tego rynku. :)
Skutkiem całego około-południa na słoneczku była opalenizna. Ja się tylko lekko zażółciłam, bo moja skóra do opalania jest bardzo oporna, ale przynajmniej łapie od razu brązowy kolor. Za to Mama sobie przypaliła jedną stronę.
W poniedziałek dostałam od niej SMSa z pytaniem, kiedy znów gramy w Monopoly bo ma do opalenia drugą stronę. :)

Boso ale szykownie

W sobotę kolega z pracy się żenił. Kiedyś pracował z Łukaszem, teraz pracuje ze mną. Łukasz dostał nawet zaproszenie na wesele. Na zaproszeniu było napisane, żeby przyszedł z... osobą towarzyszącą.
Chyba wszyscy z pracy, którzy dostali zaproszenia od Maćka, mieli tak napisane. Pomimo, że mają żony czy mężów, a niektórych Maciek nawet zna osobiście. Na przykład mnie.
Następnego dnia po tym, jak Łukasz przyniósł zaproszenie, poszłam do pracy i na powitanie wyciągnęła do Maćka rękę mówiąc:
- Cześć, jestem Osoba Towarzysząca.
Miał bardzo zdziwioną minę. Warte to było zobaczenia jego miny. :)
Maciek ogólnie ma często minę cokolwiek zdezorientowaną. Nie to, ze głupią czy coś - po prostu ma taką minę, jakby mocno o czymś myślał.
Ma też ten szczególny dar zawieszania się, kiedy się do niego mówi. To bywa bardzo zabawne. Czasem, kiedy mu coś tłumaczę w pracy, on patrzy na mnie i chyba nawet nie mruga oczami. Słowo daję, że najpierw myślę sobie, że chyba właśnie plotę jakieś farmazony, po czym błyskawicznie weryfikuję w myślach, co właśnie powiedziałam, bo mina Maćka jest cokolwiek niepokojąca i trochę wybija z pewności siebie. Po czym pytam wprost:
- Maciek ty rozumiesz, co mówię?
A on przytakuje i faktycznie rozumie, a ja wcale głupot nie wyplatam.
To jest super zabawne. :)
Kiedyś, kiedy szukaliśmy we trójkę z Marcinem rozwiązania do czegoś, Maciek oświadczył, że on musi się z problemem przespać, a rano będzie miał gotowe rozwiązanie. Bo on tak ma.
A my mieliśmy wtedy dopiero głupie miny! Zawiesiliśmy się na wizji, że komuś mózg może sam z siebie przetwarzać dane, kiedy on śpi i bez głębszego zastanawiania się, rano ma gotowy koncept na rozwiązanie problemu! Wow!
W sobotę na swoim własnym ślubie na nasz widok miał równie zdumioną minę, co w pracy czasami. Łukasz stwierdził, że chyba się Maciek wystraszył, że jednak zdecydowaliśmy się iść na wesele i że miejsca dla nas nie będzie. :)
Całe składanie życzeń przez to było bardzo dezorientujące i takie inne niż zazwyczaj, bo po tym, jak nas oboje przedstawiłam Pannie Młodej i ona się trochę zdziwiła.
No nie wiem, ja tam się cieszę, jak ktoś mi się przedstawi, zwłaszcza jakby mnie miał za chwilę ciumnąć i uściskać.
Z wyjazdu na ten ślub przywiozłam sobie kontuzje. W zasadzie to za wielkie określenie otarć, ale nie szkodzi. Poszliśmy po ślubie na lody. Ślub był w Nałęczowie, ogólnie to rzadko tam bywamy, a miasteczko jest trochę klaustrofobiczne i zawsze jest problem z parkowaniem.
Zostawiliśmy więc auto pod kościołem i podreptaliśmy na piechotę. Ja miałam małą czarną sukienkę, do niej szpile, które musiałam zdjąć, bo upał mnie wykańczał. Zdjęłam też rajstopy, a że spodziewałam się gorszej pogody, zabrałam na zmianę tylko balerinki.
I obtarły mnie cholery tak na tej gołej stopie, że zanim doszłam do lodziarni już dłużej nie mogłam ich mieć na nogach. Z lodziarni więc wróciłam boso. Z butami w ręce. W tej czarnej obcisłej mini. No może bardziej midi niż mini, ale małej czarnej. Z eleganckim Łukaszem w butach obok.
Szłam sobie przez miasteczko beztrosko i tylko wypatrywałam na chodniku psich-wiecie-czego, aby w nic nie wejść. Samochód stał chyba z kilometr od lodziarni, wiec trochę sobie pospacerowałam boso.
Zrobiłam przy tym odkrycie, ze nawet w upał, idąc boso jest chłodniej. W zacienionych miejscach może się nawet zrobić zimno. I że chodzenie boso jest bardzo przyjemne! Zwłaszcza po równej i gładkiej kostce brukowej.
Po drodze minęliśmy pieska, który przylegał czym tylko zdołał do ziemi. Chyba po raz pierwszy rozumiałam, jak skutecznie to chłodzi! :)
Dziś już moje stopy mają się dobrze i trzy kompletnie starte miejsca się goją. Ale do dzisiaj chodzę tylko w japonkach, bo mam te otarcia w bardzo strategicznych miejscach i nie mogę zakładać żadnych innych butów.
A co najciekawsze japonki kupiłam po raz chyba pierwszy w życiu w tym roku i tylko dzięki reklamie Kariny, która odkąd ją znam głosi, że są to najwygodniejsze buty świata. Teraz przyznaję jej rację, ale dopiero w tym roku odważyłam się spróbować jak to jest chodzić z butem wsadzonym miedzy palcami. :)
Nie wiem w czym bym chodziła, gdyby nie te japonki. Dobrze jest czasem odważyć się i wypróbować coś nowego. :)


Koci...co?

Pojechaliśmy do Tesco na szybkie zakupy. Lał deszcz, było już późno, a Tesco długo otwarte. Pojechaliśmy więc na wieczorną rundkę po markecie.
Zapakowaliśmy do koszyka co było nam potrzebne, po czym rozpoczęłam wymyślanie, co też w tym tygodniu można ugotować. I zaczęłam krążyć między półkami w poszukiwaniu różnych składników.
W pewnej chwili mijałam samotną paletę słoików z czymś w środku. Stała sobie tak ni przypiął, ni przyłatał koło chłodziarek i tak dosyć przyciągała oko. Rzuciłam więc na nią okiem w przelocie i przeczytałam "Kocityłek".
Zanim do mnie dotarło, co przeczytałam i co to znaczy byłam już w połowie alejki.
Zaciekawiona wróciłam więc pod paletę i przyjrzałam się literkom dokładnie.
A tu: Kociołek.
Kociołek jakiś tam.
Żaden kociołek nie wyglądał, jak kociołek. To chyba jakiś wymysł Winiarów, tak sobie nazwali to zgrabnie Kociołek. Tyle tylko, że można sobie to trochę zabawniej odczytać.
Nie skusiłam się na ten Kociołek Kocityłek. Zamiast tego mamy dziś przepyszne spagetti. Nijak się nie kojarzy inaczej. :)

Z pamiętnika pewnej Blondynki

Do tej pory sądziłam, że te wszystkie absurdalne kawały o blondynkach wymyślają ludzie. Trochę złośliwie, a trochę dla zabawy, ale wymyślają. Wysysają z palca. Że nie ma w nich prawdy. I że tak naprawdę, to blondynki nie robią takich rzeczy.
Zostałam jednak uświadomiona, że owszem, blondynki robią różne rzeczy, które są bardzo absurdalne i równie śmieszne. I można je sobie opowiadać, jak świetny dowcip!
Pewna Blondynka opowiedziała nam co nieco o swoich przebojach.
Pierwsza zabawna rzecz wydarzyła się kilka tygodni temu, kiedy Blondynka jechała sobie beztrosko samochodem. Stanęła sobie na światłach, grzecznie czekając, kiedy pojawi się zielone, stała, rozmyślała, zielone się zapaliło, a tu... bum! Coś ją puknęło. Dosłownie puknęło, bo ani nie wjechało w nią, ani nie uderzyło. Po prosto - coś w nią delikatnie stuknęło. Blondynka rozejrzała się zdezorientowana dookoła, zupełnie nie wiedząc co to było, co się stało i co właściwie ma dalej z tym robić. Wyszła więc z auta i skonfrontowała się z drugą kierownicą samochodu, który stał za nią. Laska z auta, które puknęło naszą Blondynkę najpierw zapytała "Co to było? Stoczyła się pani na mnie, czy co?". Blondynka tylko wzruszyła ramionami, bo co, jak co, ale jeździć umie. A na pewno umie stać na światłach bez staczania się. Koniec końców rozjechały się, uznając, że żadnej szkody nie ma i że właściwie żadna z nich nie jest pewna, co się stało i jak to się stało.
Historia sama w sobie nie jest jakaś bardzo absurdalna czy komiczna, ale widok wstrząśniętej i lekko zdezorientowanej Blondynki, która nam opowiadała, że w zasadzie, to nie wiadomo, co się na tym skrzyżowaniu stało - był bezcenny!
Kolejną opowieścią Blondynka uraczyła nas sama. O tym, jak jechała autem w okularach przeciwsłonecznych i kiedy wjechała na parking pod marketem - cokolwiek ciemny - wpadła w popłoch, że jechała bez świateł, a tu przecież ciemno się zrobiło!
Świetna historia, ale najlepsze zostawiła nam na koniec!
Pewnego dnia Blondynka wybierała się na dyskotekę. Nie chciała brać torebki, ale brała żakiet. Wpadła więc na genialny pomysł, że aby nie zgubić kluczy od mieszkania, zaszyje je sobie w kieszonce. Mieszka sama, pomysł był bardzo dobry.
W tym momencie Blondynka urwała swoją opowieść i nastąpiła chwila ciszy, podczas której moja wyobraźnia ruszyła galopkiem. Zobaczyłam więc oczyma wyobraźni Blondynkę, stojącą na schodach pod swoim mieszkaniem i zaszywającą te klucze w kieszeni. I zastanowiło mnie, co też ona poczęła z igłą, kiedy już je zaszyła. Zatknęła w wycieraczkę? Wyrzuciła do śmietnika? Bo przecież nie zabrała ze sobą.
- A co zrobiłaś z igłą? - zapytałam nie mogąc wymyślić nic lepszego, niż wetknięcie jej pod wycieraczkę.
- No w tym właśnie tkwi sedno sprawy, bo ja wpadłam na ten genialny pomysł, aby sobie te klucze zaszyć... zanim wyszłam z domu!
W tym momencie umarłam ze śmiechu!
Była to opowieść wszech czasów.
W tym momencie dotarło do mnie, że ludzie naprawdę robią wszystkie te śmieszne rzeczy, o których potem krążą legendy i kawały!
Mam nadzieję, że nasza Blondynka będzie nam takich opowieści dostarczać regularnie. :))

wtorek, 3 sierpnia 2010

Antystresownik

W czwartek w pracy trafił mnie nagły szlag.
Moja wytrzymałość doszła do granic i tak się wkurzyłam, że przesiedziałam cały dzień nie mając ochoty się nawet odzywać, po czym wróciłam do domu z silną potrzebą wyżycia się na czymś.
Akurat miałam nowy proszek do prania do wypróbowania i ogromne zaległości w praniu, sprzątaniu i innych porządkach.
A ja ostatnio mam fazę na porządkowanie. Przebrnęłam już przez moje płyty, muzykę, filmy, gazety, papiery, półki i szuflady.
Tego dnia nadeszła kolej na zwyczajne mycie podłóg, kurze i pranie. Przez robienie weków miałam w tym zaległości, ale niestety nie byłam w stanie się rozdwoić i w jeden wieczór robić coś więcej niż wekowanie.
Zabrałam się za te porządki z takim zapałem, że o 18-tej było już w większości wysprzątane, a pralka prała drugą turę. Zważywszy na to, że zaczęłam całą akcję o 16-tej, to tempo miałam naprawdę zawrotne.
Spędziłam na takim zajęciu cały wieczór. Położyłam się spać zmęczona, ale wyżyta. I wyżęta z sił.
I to byłoby nic, gdyby nie fakt, że w piątek poczułam zakwasy. WSZĘDZIE!!
Bolały mnie całe nogi - uda, łydki, ręce, coś w plecach i nawet jakieś mięśnie w pasie. O tych to nawet nie wiedziałam, że w ogóle istnieją i w pierwszej chwili myślałam, że mam zwyczajne siniaki nad biodrem.
Zakwasy były koszmarne! Dwie godziny aerobiku by mi takich nie zrobiły!
Nie bardzo mogłam używać swoich nóg przez dwa dni i czułam wielkie pragnienie przeciągania się i wyciągania co chwila.
Kto by pomyślał - sprzątanie lepsze niż trening. Dobrze mój Tata mówi, kiedy namawia na kopanie ogródka, tudzież inne prace przydomowe, że to taki aerobik, ale za darmo. Proszę, jaki skuteczny...
Mięśnie przestały mnie boleć dopiero w sobotę po południu, po tym, jak zmogła mnie Amelki bajka i się zdrzemnęłam przed telewizorem. Teraz już jestem, jak nowa. Chociaż przez tą pogodę średnio tryskam energią.
Dzisiaj w pracy Puczo się mocno frustrował. Powiedziałam więc, że na stresy polecam sprzątanie, ja się na nim w czwartek wyżyłam bardzo skutecznie. Na co Magda odparowała, że chyba mi jednak nie pomogło, bo średnio jestem spokojna. No to mi przygadała!
No co tu dużo mówić, codziennie tam wracam po swoją porcję frustracji, a sprzątania aż tyle, aby mi starczyło na każdy wieczór nie mam!

¿cómo estás?

Uczę się hiszpańskiego.
Przymierzałam się do tego już od jakiegoś czasu. Sam język bardzo mi się podoba i jest bardzo zrozumiały w mowie, więc był dosyć zachęcający do pouczenia się. A poza tym jest bardzo popularny.
Do nauki języków zachęcał mnie bardzo Dziadek Bogdan. Jak byłam mała, kłóciłam się z Babcią. No moja Babcia ma specyficzny charakter i mało serca dla dzieci, a ja byłam dosyć pyskata. Więc się trochę kłóciłyśmy. Nie bardzo się dawałam Babci, skutek był taki, że sobie przygadywałyśmy. A Dziadek tylko wtedy chodził koło mnie i mówił:
"No Tisia niedługo nauczysz się szprechać po angielsku, to będziesz mogła Babci nagadać, a ona nie będzie wiedziała, co mówisz!"
Trochę mnie ta filozofia dziwiła, bo przyjemność w kłóceniu jest wtedy, kiedy druga strona usłyszy nasze argumenty. Więc odpowiadałam Dziadkowi, że ja tak nie chcę, bo jak Babcia mnie nie zrozumie, to jaki jest sens w kłóceniu się?
Dziadek się nadal tylko uśmiechał. :)
W podstawówce uczyłam się rosyjskiego - jak wszystkie dzieci z mojego rocznika i sąsiednich lat. Rosyjski mi się bardzo nie podobał, przez kiepskie skojarzenia. Trochę przez to, że Polska była pod takimi wpływami Rosji (wtedy nie Rosji tylko ZSRR), trochę przez to, że ten kraj kojarzy mi się z zacofaniem, bidą, małym ucywilizowaniem pod względem komfortu życia i ogólnie to mnie zawsze drażniło, ze przez ambicje kolesi ze wschodu Polska była zacofana, nic nie było, nic się nie rozwijało i tylko na tej polityce przyjaźni straciliśmy.
Rosyjskiego uczyłam się, bo musiałam, szło mi przyzwoicie, ale serca do tego języka nie miałam. Z resztą! Co tu mówić o sercu! Miałam ochotę warczeć, jak otwierałam tą książkę do rosyjskiego z Wilkiem i Zającem na okładce. Mieliście taką? Brązowa, a na niej Wołk i Zajac. Chyba zresztą Wołk obejmował Zajaca ręką. Czy coś w tym stylu.
W podstawówce jednak zaczęła się era angielskiego i ku mojej wielkiej radości w jakiejś piątej czy szóstej klasie zaczęliśmy naukę bardziej cywilizowanego języka. Och, to był raj dla mnie! Nie pamiętam, ile miałam lat, która to była klasa, ale pamiętam tą dziką radość, że niedługo będę umiała mówić po angielsku, zrozumiem piosenki i filmy. A był to już czas, kiedy ja wypisywałam fonetycznie dialogi z filmów, bo chciałam się tak bardzo nauczyć angielskiego! Pamiętacie serial "Depsey i Makepeace na tropie"? Miałam całą kartkę cytatów z tego filmu, same fonetyczne zapisy, bo nie miałam pojęcia, jak to się naprawdę pisze po angielsku. Bez tłumaczenia, dziesiątki cytatów, ale wszystkie wiedziałam kiedy padły w filmie i jak je lektor przetłumaczył.
Pamiętam tez, jak mnie denerwowało, ze tak powoli idzie program angielskiego i tak mało się uczymy na jednej lekcji. Ja chciałam dużo, na już, im więcej tym lepiej.
W liceum za to nauczyłam się angielskiego świetnie i tak mi już zostało. Plus tego LO był taki, ze mieliśmy 5h angielskiego w tygodniu, a w grupach było nas tylko z 6-7 osób. Wypracowania pisaliśmy co kilka dni, na przeróżne tematy. Zalety i wady tego lub owego. Moje zdanie o tym, moje doświadczenia z tym... Ćwiczenie nader przydatne nie tylko w kwestii nauki języka, ale i formułowania swoich wypowiedzi, opinii i ogólnie wypowiadania się na przeróżne tematy. Teraz zaargumentowanie czegokolwiek nie stanowi dla mnie problemu.
Teraz mogę wreszcie oglądać filmy bez literek i lektora i rozumiem. No, chyba, że mówią Irlandyczy, to nie rozumiem połowy ich wypowiedzi, bo oni szczególnie te słowa memłają i wypluwają kompletnie zniekształcone.
W LO również uczyłam się niemieckiego i ten język mi się nie podobał prawie tak samo bardzo, jak rosyjski. Taki, jakby pocięty siekierą, twardy i niemelodyjny. Nie za fajny.
Uczyłam się, bo musiałam, szło mi ok, nigdy nie miałam problemów z językami.
Ale miłością do niego nie zapałałam.
Chociaż nie powiem, teraz fajnie jest zrozumieć cokolwiek, co mówią po niemiecku. Przynajmniej wiem, jak ten język jest zbudowany i co się jak pisze, o co w nim chodzi. Pamiętam coś tam, ale już się w tej kwestii nie rozwijam.
Za to teraz naszło mnie na hiszpański.
Kupiłam sobie kurs językowy, słownik i kilka książeczek pomocniczych typu tabele gramatyczne z czasownikami. I uczę się. Na razie jestem jeszcze na etapie wstępnym, ale widzę, że powoli zaczyna mi to wchodzić do głowy. Grunt to się rozkręcić i oswoić z językiem.
Hiszpański bardzo mi się podoba i bardzo mnie do niego ciągnie. Szkoda tylko, że mając 30 lat już nie mam tak świetnej pamięci jak dekadę temu. Ale jakąś tam mam. Może trochę wolniej niż w szkole, ale w końcu zapamiętuję te słówka.
Do żadnej szkoły językowej się nie zapiszę, a przynajmniej nie do czasu, kiedy już będę umiała podstawy. Ale możliwe, że wcale nie zapiszę się nigdy. Po pierwsze to ponieważ mam wstręt do nauki zorganizowanej w ogóle i szkoła wszelkiego rodzaju jest dla mnie postrachem. A po drugie dlatego, że nie ma nic gorszego niż grupa średnio chętnych do nauki leniów, z którymi w nieskończoność będzie się wałkować odmianę "być" lub "mieć". To jest dla mnie czarne wspomnienie po początkach nauki języka, a z angielskiego przerabiałam to trzy razy: w podstawówce, LO, na studiach. Dziękuję i nigdy więcej. Podstaw mogę się nauczyć sama. Podobnie jak całych kilometrów słówek. Z resztą język jest nauką czysto pamięciową. Wkuwasz słówka, odmianę czasownika i inne końcówki, przedimki, zaimki i takie tam drobnostki.
A więc, hasta luego amigos! :)

Poranny SMS

Zaszłam dzisiaj rano do pracy i na sam start dostałam SMSa. Jeszcze nie zdążyłam wyjąć telefonów z plecaczka, nawet nie zdążyłam usiąść, a tu brzęczyk SMSa.
Odbieram, czytam, a tu jakiś dziwaczny numer pisze do mnie coś po angielsku.
Trochę mnie to zdziwiło, bo numeru nie znam, treść jakaś mało treściwa, a przy okazji średnio zrozumiała. Co jest?
Wyraziłam swoje lekkie zdziwienie na forum pokoju, padły jakieś komentarze i temat się skończył.
Skończył się do momentu, kiedy mi się przypomniało trochę później, że nie wiem nawet z jakiego kraju ten SMS przyszedł, bo kierunkowy nic mi nie mówił. Niektóre kierunkowe znam, ale tylko te najpopularniejsze, z krajów, z których coś kiedyś dostałam; Anglia, Hiszpania, USA. A ten jakiś nieznani mi wcale +94.
Wrzuciłam w google hasło "numery kierunkowe krajów" i wyszukałam sobie całą obszerną tabelę. Ku mojemu zdumieniu kierunkowy "94" nie istnieje. Ale za to istnieje kierunkowy "946". Popatrzyłam na numer, z którego przyszedł SMS, no faktycznie, na początku ma 946, czyli trzycyfrowy kierunkowy... Iraku!
Zrobiło się ciekawie.
W pokoju od razu wszyscy się bardzo ucieszyli, że SMS z Iraku i od razu ruszyły teorie spiskowe i przepowiednie mojej rychłej śmierci w zamachu bombowym, tudzież ataku terrorystycznym. Bardzo pokrzepiające, nie powiem. Na niektórych osobników można zawsze liczyć!
Śledztwo trwało nadal. Zgłębiając więc temat, przyjrzałam się bliżej treści SMSa. Kontekst był dla mnie zupełnie niezrozumiały, za to język angielski w tym SMSie tchnął zamierzchłymi czasami. Był ewidentnie niedzisiejszy.
SMS brzmiał, cytuję:
"David said unto the Young Man that told him, Whence art thou? And He answered, I am the son of a stranger, an Amalekite."
Koniec cytatu.
Trochę niedzisiejsza angielszczyzna, prawda?
Najpierw postanowiłam zacytować to w mailu Karinie, która skończyła filologię angielską i powinna rozumieć wszystko, co się do niej w tym języku napisze. Ale jak tylko puściłam maila do niej, przyszło mi do głowy, ze najpierw trzeba było zapytać o to przyjaciela googla. On wie przecież najlepiej. Wrzuciłam więc cały SMS w wyszukiwarkę i co mi wyskoczyło??
Bardzo ciekawa informacja, że jest to cytat z Biblii!
W tym momencie już byłam mocno zdumiona.
A kto z Iraku wysyła cytaty Biblijne? I to jeszcze po angielsku? I to takim angielsku, który trzeba znać raczej lepiej niż gorzej!
Czy oni tam nie uprawiają jakiejś innej religii?? Obstawiałabym Islam, ale może: co ja tam wiem...
Albo czy nie mają jakiegoś innego języka, niż angielski? Ich język ma literki, które wyglądają, jak pełzające robaczki i za nic nie idzie go ani odczytać, ani zrozumieć. Chyba nie jest to powszechne, aby mówili do siebie, albo pisali po angielsku.
Przyszło mi na myśl, że SMSa mógł wysłać ktoś rodem z kraju anglojęzycznego. Czy USA nie ma obecnie w Iraku jakiś wojsk? Może to jakiś biedny żołnierz pomylił numer i wysłał mi, zamiast swojej żonie lub mamie...
Cytat "2 Samuel 1:13" był z określonego rodzaju Biblii - English Revised Version. Nie wiem czy jakiś szczególny kościół z tego korzysta.
Ja za to zgooglowałam sobie na stronie z jakiego fragmentu to cytat i znalazłam na stronie Świadków Jehowy całą opowieść. Mało pokrzepiająca, zupełnie jak komentarze na forum pokoju, gdzie mnie już rozerwali na strzępy bombą i odżałowali tą stratę.
Otóż Dawid, wtedy jeszcze nie król, w efekcie zabija tego Amalekitę, bo ten mu mówi, że dobił konającego Saula.
Czy to nie kojarzy się z wojną?
Czy w Iraku czytują Biblię?? I czy wojują wg Starego Testamentu??
Zapraszamy do współczesności. Mamy w Nowym Testamencie przesłanie pokoju, mówiące, aby nie mordować się na wzajem. Cywilizacja wypracowała sobie bardziej humanitarne rodzaje kar za królobójstwo, tudzież eutanazję.
Słowo daję, nie wiem co o tym SMSie myśleć, poza tym, że to raczej pomyłka.
Odpisywać na ten numer raczej nie będę, bo to ryzykowne.
Teorii spiskowych, jakich się dzisiaj nasłuchałam, możecie się domyśleć. Całe stado, przeróżnych. Powtarzać nie będę. Swoją drogą: wyobraźnia to potężna rzecz. Można sobie dorobić historyjkę do wszystkiego i to taką najbardziej skomplikowaną i wyszukaną. Grunt to dać pole do popisu twórczym kolegom z pracy - już oni przepowiedzą ciekawą przyszłość...

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Przetwory

Zrobiłam trochę przetworów na zimę.
Najpierw z pomocą Łukasza, Kamisio i kuzynki przerobiliśmy wiśnie.
Mama kupiła wiśnie, a my je słoikowaliśmy.
W tym roku na wiśnie był nieurodzaj. Podobno wiosną były jakieś kiepskie warunki do zawiązywania się owoców, spadł jakiś kwaśny deszcz (czyżby z tej chmury pyłu wulkanicznego z Islandii?), było zimno. A w lato je wytępiła zaraza. Podobno na niektórych plantacjach wiśniowych nie ma nawet liści na drzewkach! To dopiero nazywa się dramat!
Wiśnie znalazły się na skupie. Kupiła je koleżanka Mamy, Mama przywiozła i przekazała nam do dalszej obróbki.
Pierwszego dnia robiliśmy dżem.
Izie przypadło w udziale przebieranie wiśni, Kamisio i Łukasz drylowali, a ja robiłam dżem i wekowałam. Cały wieczór z głowy! Wróciliśmy do domu o północy, na wpół żywi po całym dniu w pracy i całym wieczorze wiśniowania.
Pech chciał, że tego dnia miałam iść z koleżankami na przyjemne plotki i coś chłodnego. Miałyśmy ambitny plan siąść na deptaku i się relaksować. Był upał, marzyło się nam zimne piwo. Zamiast tego miałam gorący, bulgocący dżum w garnku.
W piątek, drugiego dnia ambitnie pojechaliśmy z Łukaszem robić syrop z wiśni. Efekt był taki, że urwaliśmy liści na jedną porcję, umyliśmy buteleczki i zrobiłam jedną porcję syropu. Po czym wróciliśmy do domu równie zmęczeni co poprzedniego dnia.
W sobotę, trzeciego dnia, dzielnie pojechałam robić syropu ciąg dalszy. Tego ciągu dalszego miało być 7 porcji co najmniej. Ja byłam jak zezwłoka, po wstaniu z łóżka od razu zamarzyłam o powrocie do niego. Siłą woli dowlokłam się do auta i zmusiłam do pojechania do rodziców. W domu królowała Kamisio, rodzice zapakowali kuzynkę i wnuczkę i wybyli na cały łikend. Na pocieszenie ugotowałyśmy sobie leczo cukiniowe na obiad, po czym - nie było rady, ruszyliśmy na ogród w poszukiwaniu liści na wiśniach.
Tu miał swój udział także Piotruś Pan - musiał nam pomóc, skoro zagoniłam wszystkich hurtem pod drzewko.
Liści na wiśniach jest, jak na lekarstwo. Trzeba było rwać, co się miało w zasięgu ręki, o wybieraniu nie było mowy. Zazwyczaj sobie przebierałam listki - ten mi się podoba, a ten nie, ten ma plamki, a ten jest dorodny. W tym roku były marne, pordzawione, wyjedzone i jakby przyschnięte. Mimo tego wyszło z nich planowe 8 porcji syropu. Coś prawie 60 buteleczek po małych Kubusiach i innych soczkach.
Naprawdę źle się czułam tej soboty i wyjątkowo nie miałam siły. Nawet oznajmiłam Łukaszowi, że więcej przetworów nie robię, mam to gdzieś!
Miałam to gdzieś do samego popołudnia sobotniego, kiedy to Ewa napisała mi SMSa z pytaniem czy chcę... ogórków do zawekowania. Bo jej teściowa ma wyjątkowy urodzaj w tym roku, już ich nie może przerobić i Ewa może mnie tymi ogórkami uraczyć. To świetnie, ogórki bardzo chętnie! Tym sposobem wpadłam z deszczu pod rynnę, a raczej spadłam z wiśni w ogórki.
W niedzielę Ewa z mężem podrzucili nam ogóreczki pod blok. Mieliśmy z dostawą do domu. :)
W niedzielę jednak się na nie nie porwałam. Doczekałam do poniedziałku.
Za to w poniedziałek wróciłam z pracy wprost w słoiki i sałatkę ogórkową.
Ogórki też trwały trzy dni. W poniedziałek jeszcze dostałam ich drugą porcję i narobiłam świetnych sałatek na zimę. Dwie wypróbowane, a trzecia eksperymentalna.
Octem śmierdziało w mieszkaniu całe trzy dni. Ja już przeszłam tym zapachem do szpiku kości i wykręciło mi nos. A w dodatku ja niecierpię octu i nigdy go nie biorę do ust w postaci żywej, na żadnej galarecie, galantynie, ani tymbalikach. ocet w kuchni dla mnie nie istnieje, poza tym drobnym wyjątkiem w postaci wekowanych ogórków. Więc kiedy tylko zamknęłam ostatni słoik z ogórami, wyszorowałam kuchnię, zdezynfekowałam, wymyłam i wytarłam do sucha wszystko, co tylko się dało.
I tak zakończyłam przetwory na lipiec.
Na sierpień planuję dalszy ciąg dżemów owocowych, na wrzesień również, bo to miesiąc jeżynowy, a na jesień sałatkę do słoików z kapusty, przepis mam od Agaty, jeszcze nie robiłam nigdy takiej, będzie inauguracja.

Reaktywacja

Czas się reaktywować...
Jakoś nie miałam weny na pisanie od dłuższego czasu ostatnio. Za dużo się działo. I za nieciekawie. Nie będę jęczeć na blogu, a poza tym niektóre rzeczy nie nadają się obwieszczanie wszem i wobec.
Nadal ciekawie nie jest, ale kiedy już się człowiek oswoi z tym, to można wrócić do w miarę normalnego funkcjonowania.
W pracy mamy mętlik nadal. I zero nastroju. Poza tym, że w pokoju jest wesoło, w pracy jest raczej niewesoło. Osobiście mam trochę dość. Nawet trochę bardziej niż trochę. Trzeba się rozejrzeć za alternatywą...
Pogoda jest ładna. Za ładna.
Tak to nie będzie szczególnie wesoły post.
Pogoda mnie dobija. Te upały chyba mnie ugotują w tym roku.
Dobrze, że w pracy jest klimatyzacja, bo inaczej bym cierpiała straszliwe męki. W tym roku zaczynam rozumieć mojego Tatę, kiedy mówi, że mógłby przyjść mróz. I że mu gorąco. Mi też jest gorąco. Mrozu bym nie chciała, bo to takie "drugie dobrze" po upałach, ale deszcz by się przydał. W zeszłym tygodniu była taka piękna pogoda... deszczowo, zimnawo! Wspaniale!