wtorek, 29 grudnia 2009

Papierowe stringi

Dzisiaj w pracy - chyba nie do końca jeszcze pozbyłyśmy się świątecznego, frywolnego nastroju odbyła się ciekawa rozmowa.
Siedziałyśmy w kuchni z Ewą i Jolą, ja jadłam swój nieśmiertelny bigos, przez wszystkich mylnie zwany kapustą, a laski się relaksowały. Ewa to w zasadzie było po pracy, bo ona na pół etatu, to nawet nie zdąży się rozpędzić, a już wychodzi do domu. Po pracy czasem zostaje chwilę, ja idę wtedy zjeść obiad i sobie gadamy.
Ewa stwierdziła, że chce kupić siostrze prezent. Nie bardzo miała pomysł co może jej kupić, bo siostra w zasadzie wszystko ma - kosmetyki ma, ubrania ma, Ewa była w kropce co też może jej sprezentować. Wymyśliła sobie, że stringi. Oczywiście Jola od razu zapytała:
- A co myślisz, że twoja siostra nie ma bielizny?
Ja z kolei upewniłam się, czy stringi to aby nie ubranie, bo do tej pory wydawało mi się, że tak. Skąpa, bo skąpa, ale jednak część garderoby.
Ewa odparła nasz atak z wdziękiem i wyjaśniła, że stringi wydają się jej ciekawym pomysłem na drobny podarek, a siostra siostrze może taki intymny prezent sprawić.
Zdecydowana wcielić swój plan w życie, Ewa zapytała, gdzie w okolicy znajdzie sklep ze stringami. :) Uczynnie poradziłyśmy jej sklep na Watykańskiej (dosyć daleko, bo jednak trzeba podjechać, został więc skreślony na samym początku), La Vantil w L'eclercu - ale ten wzbudził w Ewie święte oburzenie!
- No gdzież w La Vantil! Tam mają same drogie rzeczy! Po ile tam stringi mają? Pewnie po jakieś 10 złotych!
Spojrzałyśmy na siebie z Jolą - 10 złotych to chyba mało, bielizna potrafi być koszmarnie droga.
- Chyba raczej po trzydzieści... - sprostowała nieco nieśmiało Jola - Ale akurat mają promocję minus 30 %....
- No, to wyjdą ci akurat po 10 złotych! - dodałam ze śmiechem
Ewa nadal była wzburzona, że wysyłamy ją do takiego drogiego i snobistycznego sklepu, gdzie za 10 centymetrów koronki i metr gumki do majtek zszytych razem biorą koszmarne pieniądze.
- Ja nie kupuję stringów w takich sklepach! - odparła oburzona
- A gdzie kupujesz? - zapytała Jola. Ja chwilowo czułam się zbesztana.
- Kupuję na allegro dziesięć par za 14.90! - padła odpowiedź.
Znów spojrzałyśmy po sobie z Jolą, trochę zaskoczone.
- Ale to z materiału te stringi są? - zapytałam niby poważne. Ewa przytaknęła.
- I pierze się je? - ciągnęłam swoje. Ewa się trochę zdezorientowała, do czego zmierzam, ale znów przytaknęła. - I jesteś pewna, że one nie są papierowe, jednorazowego użytku??? - dokończyłam.
Parsknęłyśmy śmiechem obie z Jolą, a Ewa biedaczka, trawiła powoli mój żart, nie bardzo wiedząc czy ma się zaśmiać czy obrazić. Miała przy tym minkę, jak mała dziewczynka w przedszkolu. Słowo daję - Amelka robi taką samą. To jest zapewne jedna z tych uniwersalnych min, które są wspólne dla całej ludzkości, niezależnie od pochodzenia, religii i obyczajów.
Jola nalegała (zupełnie poważnie) aby Ewa podała nam linka do tego sprzedawcy nie-papierowych stringów na allegro, bo chętnie sobie obejrzymy jego bieliznę w sensownej cenie. Ewa jednak już miała focha i zdecydowała nas zignorować, poza tym nie wierzyła, że chcemy na serio ten link, bo chyba wyszła z założenia, że my majtki to tylko drogie.
- Nie rozmawiam z wami, wy snobki! - żachnęła się, chociaż oczywiście w żartach - Wy chyba zarabiacie krocie i sobie kupujecie majtki za 10 złotych, to nic wam nie będę mówić.
- Ja nie kupuję! Wcale tak nie mówiłam. - broniła się Jola
- No właśnie, nie kupuje i nie nosi wcale. - zakpiłam, idąc za ciosem. Jola zniosła to z godnością i z radością. Nie obraziła się za to.
- Nie tak poważnie, to pewnie z 5 złotych po promocji w La Vantil - gdybała Jola.
- To i tak za dużo! - oponowała Ewa
- No właśnie - podchwyciłam - widzisz, że ona maksymalnie 1.49 za stringi daje....
- Za 1.49 to nawet nie opłaca się prać! - zawyrokowała Jola - Zdejmować i wyrzucać można.
Nadal mnie ciekawi ta aukcja, ale linku nie dostałam do tej pory. Ewa poszła do domu z nosem trochę zwieszonym na kwintę, że się z niej śmiałyśmy. Joli trochę też się dostało, ale się nie fochała.
Ubaw miałyśmy naprawdę niezły, zwłaszcza obie z Jolą. Dobrze, że w kuchni nie było świadków, bo by pomyśleli, że my tak zawsze... A my tak tylko czasem, ale jak ktoś taką okazję do postrojenia sobie żartów wykłada, to szkoda byłoby nie wykorzystać. :)))

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Zmora

Dzisiaj w pracy moja kochana przyjaciółeczka Ewa... nastraszyła mnie!!!!
Co za dobra kobieta!! Nastraszyła mnie jakąś zjawą!!
I to jaką! Zjawą małej dziewczynki, która pojawia się gdzieś pod Mielcem na trasie.
W ramach zemsty na mojego bloga powrócił straszliwy zegar - postrach Ewy. Nie pamiętam, z jakim to strasznym filmem się ci kojarzy, ale na pewno ty pamiętasz, więc jesteśmy kwita!
Ewuś - ze specjalną dedykacją dla ciebie, bo Łukasz mówi, że ta dziewczynka rzekomo pojawiała się przy szosie, którą ja jeżdżę do Mielca! Na wjeździe od strony lasów janowskich.
A ja ostatnio jechałam tamtędy w zeszły wtorek, tuż przed północą. Sama! I nawet trochę miałam dreszcze, przejeżdżając przez lasy za Niskiem. Trochę było tam strasznie o tej porze dnia... Właściwie to nocy.
Po drodze minęłam stado dzikich zajęcy, tylko ich oczy świeciły - takie mętno-zielone. Potem spotkałam sarenkę, która stała sobie na poboczu i tylko grzebała nóżką i kiwała łebkiem, bez żadnego zamiaru ucieczki. Potem jeszcze był jeden samotny królik, który kicał sobie dziarsko po poboczu, a wielki był, jak na królika! Aż się zdziwiłam. A nie, dzikie to są zające. A na koniec spotkałam psa, miałam przez chwilę nadzieję, ze będzie to kolejna dzika leśna egzotyka, ale to okazał się tylko piesek.
Ten odcinek trasy skojarzył mi się z jednym odcinkiem "Strefy Mroku" - tego filmu, który składał się z trzech części i pierwsza miała jakiś taki początek typu samotny kierowca zabiera pasażera, ten opowiada mu historyjkę o wampirach czy wilkołakach, po czym sam zmienia się w takiego stwora.
Przejechałam jakoś te straszne ciemne lasy, po śniegu, z zawrotną prędkością 40 km/h bo przy większej prędkości śnieg zrywał mnie w stronę rowu na poboczu. Kolein na śniegu prawie nie było, droga mi się ciągnęła, jak guma do żucia i nie bardzo mnie ta okolica napawała radością. W dodatku skończył mi się płyn w spryskiwaczach, ale nie mogłam się zatrzymać byle gdzie, aby sobie czegoś dolać. Musiałam dojechać do jakiegoś cywilizowanego miejsca i to nawet nie pierwszej lepszej wioski, bo te mało przyjazne sprawiały wrażenie. Jeszcze by na mnie wyskoczył jakiś dziki zwierz, albo dziki człowiek i dopiero bym wtedy miała atrakcje!
Na czarnych szosach, gdzie samochody zdążyły już rozjeździć śnieg było pośniegowe błoto, które trzeba było zmywać płynem z przedniej szyby za każdym mijającym samochodem, no chyba, ze nie zależy komuś na dobrej widoczności. Płyn do spryskiwaczy skończył mi się w okolicach wyjazdu z Niska.
A żeby było jeszcze zabawniej, to płynu do szyb oczywiście nie miałam. Miałam za to do wyboru - zmarzniętą na kość wodę w butelce, która przeleżała w samochodzie tydzień siarczystych mrozów i wcale nie roztopiła się przez 2h jazdy i ciepłą herbatę w kubko-termosie. Na szczęście nie słodzoną. Za to z czarnej porzeczki, więc pyszną. Ale, że ja się czułam w potrzebie, a stacji benzynowej od Niska już nie uświadczysz po drodze, to jej nie piłam. Ani widoków na płyn do spryskiwaczy, ani na "za potrzebą" nie było. Więc dolałam sobie tej herbaty do spryskiwaczy zamiast płynu.
Mówiąc krótko - herbata niesłodzona sprawdza się świetnie jako produkt zastępczy dla płynu do spryskiwaczy. Myje szybę rewelacyjnie, a przy tym pachnie porzeczkowo. TeeKane robi produkt pierwszej jakości. :)
Więc dzisiaj rozmawiałam na przerwie z Ewą o tej podróży
pełnej dreszczy - a Ewie jedyne co przyszło do głowy po wysłuchaniu mnie (a nawet nie po wysłuchaniu mnie, bo jeszcze nie zdążyłam skończyć) to zapytać czy nie bałam się tak jechać po nocy sama, bo tam się pojawia ta dziewczynka...
- Jaka dziewczynka??
- No ta zjawa! Nie słyszałaś? To gdzieś w okolicach Mielca, jak to możliwe, że nie słyszałaś?? Łukasz ci nie mówił??
Prawie spadłam z taboretu w kuchni! Ta to wie, co powiedzieć!
No nie mówił mi Łukasz nic, bo on wie, co może mi powiedzieć bez szkody dla mojej psychiki i nie straszy mnie bez sensu jakimiś zjawami cytuję: "dziewczynek w białej sukience" - tu Ewa spojrzała wymownie na swoją białą bluzkę. Zupełnie, jakby to jej alter ego miało straszyć na tej trasie.
Na nic zdały się moje prośby aby oszczędziła mi szczegółów, bo ja naprawdę nie pragnę wiedzieć kto, gdzie straszy, zwłaszcza jeśli tym "gdzie" jeżdżę sama w środku nocy!
Ewa twardo powtarzała mi, że dziewczynka się tam pojawia i nie można było jej niczym zakneblować.
Na domiar złego Łukasz, kiedy go zapytałam stwierdził, że owszem słyszał taką historię i zawsze, kiedy jedziemy tamtą trasą, on wypatruje tej dziewczynki, ale jeszcze jej nie widział. A gdyby zobaczył... No tak miał mi nie mówić o niej, skoro jej nie było, ale, jakby się pojawiła, to by mi ją pokazał!!
Świetny z nich duet, prawda? Nic tylko oglądać jakieś zabłąkane dusze, w dodatku małych dziewczynek!
Ewa zupełnie nie przejęła się tym, że ja się od tej historyjki trochę zjeżyłam, ciągnęła swoje opowieści nie zrażona, w kółko powtarzając, że powinnam była to słyszeć, bo o tym było głośno. Może i tak, ale ja TV nie oglądam i radia nie słucham, więc byłam bezpieczna. Do dzisiaj. Od dzisiaj chyba się trzeba jakoś znieczulać, przed samotną wyprawą w nocy do Mielca. Albo nie jeździć samotnie, ale to trochę komplikuje nasze plany czasem...
Obiecałam Ewie, że ja też ją czymś nastraszę, bo skoro już tak sobie robimy, to nie zostanę w tym konkursie w tyle. No i proszę bardzo koleżanko - ze specjalną dedykacją dla ciebie - straszny zegarek.
A a propos straszności, to Rodziewiczówna, którą obie mamy w planach przeczytać napisała "Strasznego dziadunia" - coś w sam raz dla ciebie, chociaż fabuły już nie pamiętam, bo czytałam to z 15 lat temu. Mam jednak nadzieję, że cię ten zegarek do spółki z dziaduniem wystraszy!
Kolorowych snów! I spokojnej nocy! :)))

niedziela, 27 grudnia 2009

Kevin w szklanej pułapce - zawsze na święta

To już się zrobiła mała tradycja w naszym wydziale: co roku, kiedy zbliżają się święta Bożego Narodzenia Artek i Puczo wertują program TV i szukają w nim tych stałych, powtarzalnych co roku pozycji.
Pierwszy zestaw to trylogia pod hasłem: "Kevin sam gdzieś-tam" a drugi zestaw to druga trylogia znana w Polsce pod tytułem "Szklana pułapka".
Obie pozycje znajdują się w ramówce TV co roku w okolicach Bożego Narodzenia, tudzież w same święta i chyba już co najmniej trzecie pokolenie jest nimi karmione. Pierwsze dwa to byliśmy my i nasi rodzice, kiedy te filmy były jeszcze nowościami na tyle świeżymi, że puszczali je po raz pierwszy. Po nas już oglądają je nasze dzieci. Tak, znam osoby, które w wieku 30 lat mają dzieci, którym już wolno oglądać oba te sequele.
Kevin spędza samotnie gwiazdkę rok w rok. Rodzina nieodmiennie jedzie na święta gdzieś daleko a on się gubi, albo sam w domu, albo sam w Nowym Jorku, albo nie wiem gdzie tam się dzieje ta trzecia część. Pierwszą znam na pamięć, chociaż widziałam ją może góra z 4 razy, film jest bardzo charakterystyczny. I jeśli ktoś ogląda TV co święta, to już musi znać dialogi na pamięć.
"Szklana pułapka" (ten tytuł ma się nijak do fabuły, ale to nie nowość i wręcz jest to bardzo charakterystyczne dla filmów tłumaczonych na polski) leci w zasadzie w każde ważniejsze święta, bo tam zdaje się tylko jedna część ma choinkę w tle. Pozostałe części mogą puszczać dowolnie, kiedy się im zamarzy.
Więc co święta, zwłaszcza te z choinką, Artek i Puczo wertują program TV i utyskują na coroczny stały repertuar. Ostatnio już nawet przestali się złościć, ogarnia ich swoista rezygnacja, kiedy po raz kolejny widzą znajome pozycje. :)
Nie mniej jednak taka scena się rozgrywa co roku i co roku nas bawi.
Ale w tym roku przeczytałam pasjonujący artykulik w świątecznym dodatku telewizyjnym do Gazety Wyborczej. Otóż był to artykuł na temat właśnie samotnego na święta Kevina. Ktokolwiek pisał ten artykulik oznajmił wszem i wobec, że Kevina w naszej telewizji nie było na jedne święta! TAK! Były takie święta, kiedy Kevina nie wyemitowali! Wydaje się to bardzo nieprawdopodobne, prawda??
Przecież Kevin to taki nowożytny symbol Świąt Bożego Narodzenia, niczym Św. Mikołaj, albo choinka, szopka, żłobek czy aniołki. Widząc twarzyczkę małego Kevinka od razu staje nam przed oczami stół wigilijny i prezenty pod choinką. Jeszcze z rok czy dwa i producenci ozdób choinkowych i dekoracji świątecznych zaczną produkować małe Kevinki do powieszenia sobie na choineczce albo postawienia przy żłóbku w szopce. Każdemu będą się kojarzyć jednoznacznie; nierozerwalnie ze świętami Bożego Narodzenia.
Wracając do artykuliku, bo były to dwie mini kolumienki na kawałku strony. Autor stwierdził w nim, że w tym roku, kiedy nie puścili Kevina, do redakcji przyszło mnóstwo listów z pytaniem: Dlaczego?? Dlaczego w te święta nie było w telewizji Kevina? No właśnie, dlaczego? Przecież on niemalże w tej naszej telewizji mieszka i objawia się zawsze z niezachwianą regularnością!
Więc od tej pory - tu trzeba by powiedzieć: więc od tych niepamiętnych czasów - Kevin jest w ramówce TV co roku jako bezsporna pozycja, której wyeliminować się nie da. Ludzie go przecież kochają!
Ale co w tym artykule było najciekawsze - autor wzniósł się na wyżyny swoich możliwości próbując usprawiedliwić coroczną obecność Kevina. Stwierdził, że jest to pozycja świetnie wszystkim znana (taa...!) a co znajome budzi w widzach poczucie bezpieczeństwa. A o to przecież w czasie świąt chodzi, abyśmy czuli się bezpiecznie.
Kiedy to przeczytałam, sama nie wiedziałam czy teraz trzeba się śmiać czy płakać, a może tylko przytaknąć zgodnie i ze zrozumieniem głową?
Słowo daję, że już nic lepszego w obronie Kevina nie da się powiedzieć.
To przecież już prawie członek rodziny, który co roku wpada z wizytą na święta, aby nas trochę ucieszyć swoimi psikusami... Pewnie że znajomy! I pewnie, że przy nim można się czuć bezpiecznie, sam pokonał przecież dwóch dorosłych, chociaż niezbyt sprytnych rabusiów! Z takim Kevinem każde święta upływają w atmosferze radosnego bezpieczeństwa!
A gdyby TV puściła w kolejne święta coś innego nić Kevin? Co by to mogło się stać?
Nie daj Boże jeszcze by się widzom wykształciła jakaś nowa szara komórka w mózgu i zaczęliby myśleć... zamiast gapić się bezmyślnie na świetnie znane poczynania sprytnego Kevina....
Bezpiecznie czy nie, ja jestem zdania, że ci, którzy planują repertuar w TV na święta uważają widzów za niewybrednych głupków. W dodatku sklerotyków.
Chyba wszyscy wiemy, co myśli, kiedy ktoś opowiada po raz setny tą samą swoją przygodę, albo ten sam dowcip? Mniej więcej to samo można myśleć o naszych stacjach telewizyjnych; nudne, męczące, niekreatywne, żałosne...
Oj zaraz, a tak dobrze chcieli, chyba jestem niewdzięczna! I to w święta!

piątek, 25 grudnia 2009

Wesołych świąt!

I mamy święta.
Po całym roku ciężkiej pracy, biegu z przeszkodami za swoimi sprawami i zmagania się z przeciwnościami losu - doczekaliśmy się finiszu i możemy sobie odpocząć przy stole pełnym smakołyków, wesołej choince pełnej świecidełek i wśród bliskich.

Razem z Łukaszem życzymy wszystkim; wesołych świąt, w spokoju i mnóstwa radości!
Śmiechu każdego dnia, wielu żartów i towarzystwa do pośmiania się razem.
Miłości i zrozumienia, akceptacji i wsparcia we wszystkim i zawsze.
Pomocnej dłoni w potrzebie i życzliwej duszy, która wysłucha, kiedy chce się pożalić.
Powodzenia i szczęścia we wszystkim! Zdrowia i sił!
I spełnienia marzeń i życzeń! :))

piątek, 18 grudnia 2009

Święty Mikołaj

Amelka wierzy w Świętego Mikołaja. Myślałam, że w wieku siedmiu lat już się jest na tyle uświadomionym, że wie się, kto przynosi prezenty w Mikołajki i kto je potem podkłada pod choinkę.
Z drugiej strony jednak jeszcze rok temu Amelka latała od okna do okna wypatrując Wróżki Zębuszki, bo jej wredna ciotka powiedziała, że Wróżka lata po ulicy i szuka Amelki domu.
No ale Amelka już chodzi do szkoły, a tam - wiadomo - są różne dzieci i różne rzeczy im rodzice mówią. Spodziewałam się, że w pierwszej klasie SP jakieś dziecko sieje już ten ferment i rozpowszechnia wiadomosć, ze Święty Mikołaj nie istnieje, a jeśli znajdziesz pod choinką prezent, to masz jak w banku, że podłożył go ktoś z rodziny.
W tym tygodniu rozmawiałam z Amelką przez telefon. Zapytałam dyplomatycznie, czy wie już, co chciałaby, aby jej święty Mikołaj przyniósł pod choinkę. Amelka oznajmiła z całą swoją siedmioletnia stanowczością, że gitarę! Jaką gitarę? Normalną gitarę! Małą, taką dla dzieci? Nie, dużą, dla dorosłych! Nie tego się spodziewałam. Jęknęłam "Dziecko, a gdzie ja ci gitarę kupię?" a Amlkla na to zapytała mnie:
- Chwila, chwila, a kto te prezenty przynosi, Święty Mikołaj czy ty?
Tu mnie złapała. Wybrnęłam z tego mówiąc, że oczywiście, to Święty Mikoła, ale tak tylko zapytałam, bo przecież on też musi te prezenty gdzieś kupić. Amelka uświadomiła mnie więc dodatkowo, że Święty Mikołaj prezentów nie kupuje, on je robi, czy coś w tym stylu, nie pamiętam. Nie przyłożyłam się do tej lekcji zbierając w popłochu myśli i rugając się w nich, że tak dziecku bym dramatycznie jednym niefartownym zdaniem zakończyła beztroskie dzieciństwo w krainie baśni.
Rozmowa o prezentach toczyła się jeszcze przez dłuższą chwilę, podczas której próbowałam usilnie przesterować pragnienia dziecka z gitary dla dorosłych, do której ma i tak za krótkie rączki jeszcze, na flet, który z resztą chciała bardzo jeszcze w wakacje.
Od wtedy flet zyskał niejaką przewagę nad gitarą, ale jego konkurentka nie znika z placu boju.
Dzisiaj dziecko napisało list do Świętego Mikołaja. Poprosiła o instrument - dyplomatycznie. Nie gitarę, bo moje argumenty chyba do niej troszkę trafiły, ale też nie flet, bo chyba ma jednak nadzieję, na ta gitarę. Tłumaczyłam jej, że gitarę dostanie za jakieś 2 lata, kiedy po pierwsze dorośnie na tyle, aby dostawała rękami do strun i gryfu, a po drugie, aby mogła zacząć się uczyć na niej grać. Póki co flet byłby jednak łatwiejszy w obsłudze, no i na flecie, to nawet ja ją mogę uczyć grać. Żadna filozofia.
Poza instrumentem Amelka chce dostać czekoladę i książkę. Zaszczepiam jej miłość do książek, a widzę, że Adam i Ewa to podtrzymują. Mikołaj ma więc bojowe zadanie kupić dziecku flet i takie dodatki do niego, aby się z prezentu ucieszyło i aby ta nieszczęsna gitara poszła w niepamięć.
Flet już wiem gdzie kupić, bo Łukasz zadzwonił do kolegi, który prowadzi w centrum sklep muzyczny. Problem w tym, ze to centrum i muszę się tam jakoś dostać... Chyba w poniedziałek.
Ale lepszy wiz był, kiedy Amelka napisała już list, włożyła do koperty i zaadresowała do Świętego Mikołaja. Dziecko wyciągnęło rękę z listem, zademonstrowało nam go wszem i wobec, wzdłuż i w poprzek i zapytało mnie czy pójdziemy jutro na pocztę, aby go wysłać. Hmm... Zaniemówiłam z wrażenia i przez moment nie wiedziałam, "jak" się mówi, bo że "co" powinnam powiedzieć, to już nie wspomnę. Po czym odwołałam się do tego jakże dorosłego sposobu na każdą niewygodną sytuację i skłamałam, ze ja ten list wezmę i go wyślę. Po czym wzięłam go od Amelki i dałam Łukaszowi, aby "położył go na półce, gdzie kładziemy listy do wysłania". Nie ma takiej półki. Ale przecież nie mam też dokąd tego listu wysłać. Święty Mikołaj już usłyszał życzenia małej Amelki i wie, co ma jej pod choinkę podłożyć.

Kłamstwa

Oglądam serial "Lie to me". Oglądnęłam już wszystkie, które były pasjonujące i dorwałam ten. Przez pierwszą serię był średniawy. W dodatku jakimś sposobem obejrzałam najpierw 5 odcinek, potem 8 i 9 i dopiero zorientowałam się, że zaczęłam oglądać pierwszą serię od środka. Z braku lepszego serialu do oglądania wciągnęłam się w "Lie to me" na tyle, że wytrwałam do drugiej serii. Po połowie pierwsza seria, a miała ona 13 odcinków, zrobiła się ciekawa i zaczęła powoli wciągać. Powoli. Bardzo powoli.. A za to druga seria okazała się wielkim krokiem naprzód i jest świetna! Po 4-tym odcinku serial rozkręcił się na wiele różnych sposobów i teraz żałuję, że zrobili dopiero 10 odcinków. Przypuszczam, że po mniej więcej 13, podobnie, jak pierwsza seria, druga też się zakończy i trzeba będzie czekac na kolejną minimum pół roku z ryzykiem, że go zlikwidują. Chociaż może przetrwa do kolejnej serii. Chyba jest popularny.
W polskiej TV też leci i ma jakiś patetyczny tytuł "Magia kłamstwa". Jak oni te tytuły tłumaczą, to aż żal bierze! Jakbym była producentem, to bym ściśle kontrolowała, jaki tytuł dają mojemu serialowi w innych krajach, aby go tak nikt nie kalał. Czasami polski przekład tytułu odbiera ochotę do oglądania serialu.
W każdym razie, serial opowiada o instytucji zajmującej się wykrywaniem kłamstw i rozwiązywaniem zagadek rozmaitej maści. Do czego zmierzam...
Dzisiaj śpi u nas Amelka. Przyszłyśmy do domu po mojej pracy, jej szkole i rundce przez zakupy w Leclercu, zmęczone i zmarznięte, bo brnięcie przez śnieg i mróz nas wykończyło.
Łukasz czekał na nas z pysznym obiadkiem. Zasiedliśmy we trójkę do stołu.
Amelka marudziła na surówkę, że ona nie chce, ale po krótkich, aczkolwiek stanowczych targach osiągnęliśmy porozumienie, ze to są witaminy i trzeba je jeść, więc jedną łyżkę zje.
Trochę namawiałam Amelkę na tą surówkę wbrew sobie, bo dwa tygodnie temu, kiedy Łukasz ją robił, akurat weszłam do kuchni w chwili, gdy wlewał do salaterki burą ciecz. Był to dressing do tej surówki. Olej, musztarda i coś tam. Wyglądało fatalnie. Od razu stwierdziłam, ze surówki nie jem. Ale przy stole zmusiłam się i spróbowałam jej i okazała się prześwietna, więc teraz jest jedną z moich ulubionych. Tylko wolałabym nie oglądać jej w trakcie przygotowań, bo ten dressing mnie zniechęca.
A wiec siedliśmy do obiadokolacji, jemy i widzę, że Amelka nie pała do tej surówki wielkim entuzjazmem. Zapytałam ją więc czy jej smakuje jedzenie. Amelka pokręciła nosem i powiedziała, że nie smakuje jej wcale.
Dzieci są bardzo bezpośrednie i stanowcze. I mówią wprost, co myślą. Nie zwracając uwagi na etykietę i nie bawiąc się w przewidywania, co druga osoba sobie pomyśli i poczuje.
Pomyślałam, że siedem lat, to jest już taki, wiek, kiedy dziecko mogło by zacząć myśleć o tym, czy nie urazi drugiej osoby. Tylko, w zasadzie - jak ma m to jej wytłumaczyć?
Zaczęłam więc delikatnie, że mogłaby powiedzieć to jakoś mniej wyraziście. Po czym zwątpiłam.
- Właściwie to ja ją uczę kłamać, nie? - zapytałam Łukasza. Przytaknął.
Pomyślałam, że nic nie będę dziecku mówiła. Niech wali swoją prawdę prosto z mostu i będę miała nadzieję, ze dorastając nie zgubi tej cennej zdolności. Tak czy owak środowisko nauczy ją, że nie mówi się wszystkiego i wszystkim. Ale może przynajmniej nie będzie miała oporów przed powiedzeniem komuś, co myśli.
Ja nie bardzo jestem w tym dobra.
Wkurzę się na kogoś, ponarzekam sobie do Łukasza, będę tego kogoś omijała z daleka przez miesiąc, ale nie pójdę i nie powiem mu, że zachował się okropnie i że aktualnie jego PR jest dosyć nieładny. I w ogóle co o tym myślę.
Jakoś mi się wydaje, że będzie temu komuś przykro, głupio czy cokolwiek innego.
A może powinnam, jak to dziecko - powiedzieć wprost - nie zachowuj się, jak głupek itd.
No i nie nauczyłam Amelki kłamać. Niech się sama uczy w procesie dorastania. Ma jeszcze czas.
A ja może następnym razem pomyślę dwa razy, zanim zapytana czy mi coś smakuje, odpowiem, że tak, bo tak wypada, bo akurat przygotował to ktoś tam inny...
Był taki film z Jimem Carreyem, w którym on grał kłamliwego karierowicza. I jego synek zażyczył sobie, aby tatuś nie kłamał. Wcale. I co? Narobiło się. Zycie tatusia legło w gruzach.
Fakt, faktem - bez kłamstwa w dorosłym świecie się nie zajdzie daleko. Można sobie mówić, że są to niewinne małe białe kłamstwa w stylu "Ładnie wyglądasz" powiedziane komuś, kto wygląda, jak z krzyża zdjęty, albo jakby przyszedł do pracy na kacu gigancie. Albo "Wcale nie widać, ze przytyłeś" a efekt jojo po diecie przerósł najśmielsze prognozy. Albo "Nie ma sprawy, nic się nie stało" a w środku gotuje się ze złości, bo akurat kibluje się drugi tydzień w pracy i robi za czterech, bo wszystko jest pilne i ważne i siedzi się po godzinach.
Hmm... Lepiej być dzieckiem nie? Można powiedzieć co się myśli i nikt się nie obraża i nie robi afery, bo przyjęte konwenanse nie przewidują takiego scenariusza.
Ten serial ma sens. Jakby się człowiek znał tak świetnie na zachowaniu ludzi i umiał rozpoznawać kto kiedy kłamie, to dopiero była by zabawa... I jeszcze być na tyle bezpośrednim, aby to wytykać kłamiącym, bez względu na ich intencje. :)

środa, 16 grudnia 2009

Widzieć w teatrze

Wybieramy się do teatru. Tym razem już nie grupowo, bo jakoś ostatnie niepowodzenia w rezerwowaniu miejsc na wyjście grupowe mnie zniechęciły. Idziemy z Łukaszem, Kamą i chyba jeszcze z kimś, co do końca nie jest ustalone jeszcze.
Pomysł na wyjście zrodził się z naszej codziennej korespondencji mailowej z Kamą.
Ona była w niedzielę z Mamą na nowej sztuce "Noc wielkiego sezonu" Szulca. Spodobała się jej średnio, Mamie znaczniej bardziej, a co najlepsze sztuka była mocno erotyczna. Widocznie starsze pokolenie ma bardziej wyzwolony gust. :) No dobra, nie o to chodziło, w każdym razie Kama zapragnęła zobaczyć coś lepszego i między innymi "Idiotę". My też chcieliśmy to zobaczyć, a dokładniej mówiąc: ja chciałam zobaczyć w tym Sędrowskiego, a Łukasz "Idiotę". Sztuka nam obojgu pasowała. :)
Problem w tym, że "Idiotę" już wycofują i w styczniu zagrają po raz ostatni. Od słowa do słowa postanowiliśmy, że idziemy. Łukasz uwzględnił to w swoich preferencjach grafikowych, a my zaczęłyśmy kombinować z rezerwacją miejsc. Zadzwoniłam do Kamy. Po krótkiej wymianie zdań na temat terminu postanowiłyśmy, że wybierzemy się na ostatni spektakl, w niedzielę, będzie pożegnanie spektaklu, zobaczymy, jak się to odbywa. Miejsca koniecznie pierwsze, co nie znaczy że w pierwszym rzędzie. Miejsca pierwsze to takie, z których widać całą scenę.
- A może na balkonie? - zaproponowała Kama - Siedziałyśmy z Mamą na balkonie w niedzielę, było świetnie widać, pierwsze miejsca, tyle, że wysoko.
- Może być na balkonie - odpowiedziałam - A zarezerwujesz?
- Miałyśmy numery 19, 20 i 21 - ciągnęła Kama instruując mnie, z jakich to miejsc na balkonach dobrze widać - w pierwszym rzędzie na tym balkonie.
- Może być, ja kiedyś siedziałam na balkonie i było dobrze widać. A zarezerwujesz?
- No to mówię ci, które miejsca, żebyś wiedziała jakie rezerwować. - Kama była nieugięta i najwyraźniej nie załapała mojego podstępu. A ja chciałam aby to ona zadzwoniła, bo trzy dni wcześniej sama odwoływałam naszą rezerwację na piątkowy spektakl i jakoś tak mnie chciało mi się dzwonić i robić kolejnej. W koncu postawiłam sprawę jasno:
- No ale może ty zadzwonisz, bo mi jakoś się nie chce... Siądziemy tam, gdzie zarezerwujesz, byle koło ciebie. Dwa miejsca poproszę.
Kama westchnęła i stwierdziła, że może zadzwonić i zaraz to zrobi.
Wróciłam do komputera i napisałam do Łukasza, że Kama zarezerwuje miejsca na balkonie. A Łukasz na to odpisał:
"Na balkonie? To daleko, nie będzie nic widać..."
No to ja napisałam SMSa do Kamy, że Łukaszowi balkon się nie podoba, bo stamtąd daleko do sceny i nic nie będzie widać. Kama odpisała mi:
"To ja nie rezerwuję. Bo ja zawsze na balkonie. Ty wybierz bo ja widzę wszędzie:)"
Na taką odpowiedź zebrałam się w sobie, ruszyłam moje cztery literki i wyszłam na korytarz, aby zadzwonić do teatru.
Pani, która odebrała sprawdziła miejsca i poinformowała mnie, że na niedzielę są tylko drugie i trzecie miejsca - czytaj: mało albo wcale nic nie widać. Odpadały więc. No to na sobotę, nie będzie pożegnania spektaklu, ale sam spektakl będzie. Pani zaczęła mi wymieniać, które miejsca ma wolne: pierwszy rząd, drugi.... ósmy, dziewiąty.... Skoro tak się sprawy mają, to poprosiłam o miejsca w drugim rzędzie. Pani mi zarezerwowała, a ja wróciłam do pokoju rozbawiona obrotem sprawy. Napisałam od razu do Łukasza, że miejsca zarezerwowałam takie, że na pewno będzie wszystko widział, w drugim rzędzie. Łukasz najpierw myślał, że żartuję, potem miał nadzieję, że żartuję, a potem musiał pogodzić się z tym, że zasiądzie pod samą sceną. Pocieszyłam go, że oparłam się pokusie zarezerwowania miejsc w pierwszym rzędzie, a były tam też wolne.
Następnie zadzwoniłam do Kamy, bo chciałam jej to powiedzieć (poniekąd) osobiście i usłyszeć jej chichot, kiedy się dowie, gdzie zasiądziemy.
- Zarezerwowałam nam miejsca takie, że Łukasz na pewno wszystko zobaczy. - zaczęłam, kiedy odebrała
- W pierwszym rzędzie? - na Kamę zawsze można liczyć, jej poczucie humoru nigdy nie zawodzi
- Nie, ale zaraz za nim - w drugim!
Tu nastąpiło chichranie się po obu stronach linii.
- Może Sędrowski spadnie ze sceny po naszej stronie przejścia, to będziemy dobrze widzieć.
- Mam nadzieję, że naprawdę spadnie ci prosto pod nogi! - skomentowała Kama nie do końca chyba jeszcze przyjmując do wiadomości fakt, że posadziłam nas pod samą sceną.
Łukasz stwierdził, że on przejmuje ten interes i od tej pory to on będzie rezerwował miejsca w teatrze. No chyba się mu mój mały psikus średnio spodobał. A tak chciałam mu się przysłużyć... ;)
Ciekawe czy po obejrzeniu tej sztuki będą nas bolały karki od zadzierania głów w górę...


poniedziałek, 14 grudnia 2009

Żartowniś

Jest w naszej pracy kilka nowo-przyjętych osób, które aktualnie są w trakcie szkolenia się. Nowe twarze, przez pierwszych kilka dni chodziły dosyć zdezorientowane, po czym zaczęły nabierać rozeznania co i jak i zaczęło im przybywać śmiałości. Kilka dziewczyn i kilku chłopaków.
Każda kolejna grupa przyjmowana do pracy jest ode mnie coraz młodsza. Pracuje u nas koleżanka mojej siostry, która jest ode mnie o 11 lat młodsza... Byłam w szoku, kiedy ją zobaczyłam i kiedy mi uświadomiła, kim ona jest.
Ci nowi też wyglądają na młodszych, nie jakiś bardzo młodych, ale jednak młodszych.
Poznałam, że to nowi ludzie po tym, jak pierwszego dnia jedna dziewczyna przyniosła ze sobą termos z herbatą. Najwyraźniej niezorientowana co i jak u nas wygląda. Ciepłej herbaty z domu nie musimy przynosić. Jak na przyzwoite warunki pracy przystało mamy kuchnię z czajnikiem i bieżącą wodą i nawet wodę pitną w dystrybutorze. Teraz to taki raczej standard prawda?
No więc ci nowi ludzie przewijali się co rano przez kuchnię, bo tak się składało, ze Paweł robił im przerwę wtedy, kiedy my z Jolą wychodziłyśmy zjeść śniadanie.
Nie bardzo kojarzę jeszcze tych ludzi z twarzy, za wyjątkiem tej laski od termosu, bo ona jest dosyć wysoka i charakterystyczna więc łatwo ją zapamiętać. Przez pierwszy tydzień nowi ludzie byli dosyć skrępowani i cisi, w tym tygodniu wyraźnie już się oswoili z nowym otoczeniem i z ludźmi, a niektórzy to chyba aż za bardzo.
Dzisiaj siadłyśmy z Jolą w kuchni rano. Akurat było pusto. Pojedyncze osoby podchodziły do automatu z kawą za naszymi plecami. Wyjęłam z siateczki mój chlebek drewniany - takie pieczywo chrupkie typu Wasa czy cokolwiek innego. Wygląda to jak kawałek deseczki. Taka klepka kanapkowa. Jem takie nie dlatego, że się odchudzam, ale dlatego, że zwyczajnego pieczywa nie jem, bo nie przepadam za nim, poza tym jestem leniwa w zakresie szykowania sobie jedzenia do pracy a tych desek nie trzeba kroić. Już są w plasterkach.
Położyłam sobie jedną klepkę na talerzyku i zaczęłam obierać jajko na pół-twardo. W tym tygodniu ćwiczę jajka. Uwielbiam kanapki z jajkami na twardo, chociaż z tym chlebem drewnianym jajka nie smakują. Coś jednak trzeba jeść, nawet jeśli nie mam apetytu.
Nagle zza pleców usłyszałam komentarz jakiegoś chłopaka:
- Chyba się przejesz taką ilością jedzenia nie? Siły ci od tego nie przybędzie... Nie za dużo tego masz?
Odwróciłam się totalnie zaskoczona, aby sprawdzić, kto mi tak przyłożył i zobaczyłam jakiegoś kompletnie mi nieznanego gościa w pomarańczowej bluzie i okularach. Stał sobie luzacko oparty o blat i komentował moje śniadanie.
Nie znam go!! No obcy gość! Dlaczego więc komentuje moje jedzenie??? Czy jest to jakiś spisek czy co? Że znajomi, to już się przyzwyczaiłam. Że współpracownicy, to przymykam oko. Ale obcy faceci?? To już mnie zdrażniło.
Obejrzałam go od stóp do głów, wyryłam jego podobiznę w pofałdowanej szarej istocie mojego mózgu i postanowiłam sobie go zapamiętać. Po czym odwróciłam się do niego plecami i zawahałam co mam mu odpowiedzieć na taką impertynencję. Po chwili wymyśliłam, że to musi być ktoś z tego szkolenia, nowy - ale jak widać bardzo śmiały. Postanowiłam więc jednak powstrzymać się od jadowitej riposty, bo jeszcze się zrazi do pracy u nas, a na to zawsze jeszcze będzie miał czas.
Kiedy tylko wróciłam do komputera wysmarowałam maila do Pawła z pytaniem czy ma szkoleniu takiego chojraka w pomarańczowej bluzie i okularach. Paweł odpisał bardzo jednoznacznie: "No jest taki, a co zrobił?'". Śmiesznie to wyszło, bo na pytanie Pawła odpisałam, że nic nie zrobił, ale wyśmiał moje jedzenie. Już sobie wyobrażam, jak Paweł po drugiej stronie ściany uśmiecha się do swojego komputera czytając moje żale.
Środa
Dowiedziałam się, jak się ten śmiałek nazywa i powzięłam decyzję, że następnym razem już mu odparuję jak należy. Ale
następnego dnia poczułam delikatny niepokój idąc na śniadanie, że może pojawi się znów znienacka za moimi plecami i skomentuje mój zestaw śniadaniowy ponownie. W tym tygodniu codziennie był taki sam. Klapka i jajko.
Kolesia rozpoznaję i omijam z daleka. W kuchni się nie pojawił od poniedziałku.
Ale dowidziałam się, że jest on bardzo gadatliwy i wygadany i wkomponowuje się różnym ludziom do rozmowy zupełnie niepytany. To mnie nieodmiennie zadziwia. W naszej pracy przewijają się różni ludzie. I jest taki rodzaj charakterków, które mają tendencję do uspołeczniana się bez względu na towarzystwo i okoliczności i wszyscy ich rozpoznają, bo ciągnie się za nimi ta sława osób mających zawsze coś do powiedzenia.
Nie powiedziałabym, że jest to bardzo chlubne, jeśli jednak komuś zależy, aby szybko zaistnieć w grupie, to jest to jakaś metoda i to dosyć skuteczna.
Poza tym, co ciekawsze jednostki i co bardziej przebojowe dostarczają rozrywki całej ekipie. Było u nas kilka oryginałów, które swoimi pomysłami nas bawiły i po których zostały legendarne opowieści.
Ciekawe czy kolega-w-pomarańczowej-bluzie będzie też z tej elity przebojowców, czy okaże się tylko gadatliwy...

sobota, 12 grudnia 2009

Książki Moore'a

Przeczytałam już całego tego Christophera Moore'a, tzn. wszystko co jest do kupienia w Polsce.
Kończę "Ssij, mała ssij" i czekam tylko, aż Ewa skończy czytać "Baranka", aby sobie też tą książkę pożyczyć i dokończyć, bo po przeczytaniu połowy w wersji elektronicznej, jakoś straciłam cierpliwość do gapienia się w monitor komputera.
Mam mieszane uczucia co do twórczości tego powiedzmy-pisarza. A już na pewno nie rozumiem czym on zarobił na swoje luksusowe życie w Kaliforni. To jest zupełnie inny rynek, w USA. I zupełnie inna mentalność ludzi, więc może oni chłoną wszystkie książki Moore'a, bo taki typ pisania im odpowiada. Albo może precyzyjniej było by powiedzieć: pisanie na takim poziomie jest dla nich strawialne.
Jest pewien klucz w tym, jak Moore pisze, zasada jest prosta: grube książki są świetne,
cienkie książki są... cienkie. Nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa.
Grube są:


"Baranek" - fantastyczna opowieść o młodym Jezusie - oczywiście cała w tonie łobuzerskim i trzpiotowatym, z tymi charakterystycznymi dla nowoczesnych pisarzy komentarzami, napisana bardzo współczesnym stylem i z bardzo nowoczesnym podejściem do wszystkiego co duchowe, transcendentne i religijne. Bardzo mi się podobała, chociaż muszę ją dokończyć.




"Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości" - bardzo fajna, o pilocie nieudaczniku, który wcale nie jest takim ostatnim nieudacznikiem. Styl, komentarze i zachowanie postaci typowe dla Moore'a - jak najbardziej zachowane.






"Brudna robota"
- świetna książka, naprawdę zabawna. Poza tym - jak powyżej. Sama fabuła jest bardzo ciekawa, no i brawo za pomysł. Bardzo mi się podobała i pochłonęłam ją błyskawicznie.





"Krwiopijcy"
- dobra książka, bardzo przyjemnie się czyta, o wampirach ale z alternatywnym podejściem do tematu, co z resztą jest dla Moore'a typowe. Taka nowoczesna opowieść, jak by to było zostać wampirem w XXI wieku - zalety i wady bycia nieśmiertelnym, ale nieodpornym na światło dnia.

Tu kończy się lista dzieł Moore'
a, które mi się podobały i zaczyna się lista cienkich jego wypocin. I tych już nie poleciłabym nikomu, chociaż Adam i Ewa (i nie chodzi mi o tych z raju, tylko o mojego brata i jego dziewczynę. Nieźle się dobrali nie? To za to jest bardzo w stylu mojego brata. :) )łykają książki Moore'a jak leci, w całości z zachwytem nad każdą.
Chyba grymaszę, nie? ;)

Więc z tych kiepskich mamy:
"Najgłupszy anioł" - najgłupsza książka na świecie, pisałam już o niej, nie rozumiem jak można takiego gniota opchnąć do publikacji (pytanie do pisarza), jak można ją wydać (pytanie do wydawcy), jak można ją kupić (pytanie do brejdaka), jak można się nią zachwycać (pytanie retoryczne) i jak można na jej podstawie kręcić film?????? (pytanie bez odpowiedzi)
"Błazen" - czasy Szekspirowskie potraktowane z przymrużeniem oka. Ja oko przymrużyłam po pierwszych 40 stronach, a w zasadzie to zamknęłam obydwoje oczu, nie chcąc więcej na tego gniotka patrzeć. Nie przebrnęłam, bo szkoda mi było czasu, a poza tym takie przedstawienie tamtych czasów - bez żadnej amortyzacji - mnie zniechęciło. Wiem, ze ludzie wtedy się rzadko myli, spali na kupie i śmierdzieli, poza tym byli na ,milion sposobów obleśni, ale nie potrzebuję czytać o tym na co drugiej stronie.
"Ssij, mała ssij" - ta jest kontynuacją "Krwiopijców", też o wampirach, nie jest jednak nawet w połowie tak udana, jak jej pierwsza część.
Innych książek Moore'a w Polsce jeszcze nie wydali. Pewnie za jakiś czas się pojawią, jeśli się dobrze sprzedaje. Te książki są naprawdę ładnie wydane, wszystkie w twardej oprawie z obwolutą, tylko kolory mają super jaskrawe, no ale to pasuje do jego języka literackiego.
Mam taką nadzieję, ze może te niewydane jeszcze są grube i będą fajne... Jak będą cienkie, to nie ma nadziei...
Powiem tak - nie można się na tych książkach rozpędzić czytając je. Świat tych opowieści jest przedstawiony tak... powierzchownie. To jest naprawdę męska literatura, wszystko w niej tchnie mężczyzną - od języka, sposobu narracji, komentarzy, po zachowanie postaci i otoczenie. Opisów jest mało, nie ma wielkich przemyśleń bohaterów, akcja toczy się wartko. I tak się te książki czyta: wartko. I tak samo wartko umyka wrażenie po nich.
Jest to taki typ pisania, który na pewno przeczytaliby chętnie licealiści w ramach lektur obowiązkowych. Ale jeśli szuka się wrażeń w książce, to nie będzie ich za wiele.
Mimo tego przy czytaniu tych grubych, bawiłam się dobrze. Bardzo dobrze. Trochę tak, jak bawi się na urlopie czytając Harlequiny. Mózg odpoczywa. To taka wersja romansów dla mężczyzn. Romansów jako takich w nich nie ma, najwyżej można się natknąć na prostytutkę tu i ówdzie, ale za to typ literatury jest właśnie z tego nurtu, tyle, że przyswajalny dla męskiej części społeczeństwa. Lekka, łatwa i przyjemna*. (*określenie nie odnosi się do "Błazna", był wybitnie nieprzyjemny, jak na książkę)
A w ogóle Moore na zdjęciach sam wychodzi jak błazen, bo robi takie miny, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy czasem nie jest opóźniony w rozwoju... Pewnie specjalnie tak, przynajmniej patrząc na jego książki można go o takie wygłupy podejrzewać.

Fiołki

W wakacje, kiedy malowaliśmy Babci pokój, zawiozłam jej trzy fiołki. Wybrałam spośród moich takie większe, z różnego koloru liśćmi, co wróżyło różnego koloru kwiaty. Rozsadziłam je, dzieląc na pół i jedną połówkę rośliny dostała Babcia.
Wczoraj dowiedziałam się, że jej fiołki już zakwitły.
Moje siedzą w ziemi i nawet nie urosły. Rosły do momentu rozsadzenia, a od wtedy utknęły i tak sobie tkwią w doniczce nie bardzo przejawiając chęć do rośnięcia, a już do kwitnięcia tym bardziej!
Nie wiem, co z moimi fiołkami jest nie tak i nie wiem, co im poprawić, aby zaczęły rosnąć.
W tym mieszkaniu nic mi nie chce urosnąć. Jedyne, co jeszcze nie zdechło, to dracena. Miotła miała swoje lepsze i gorsze czasy, ale przetrwała i ma się całkiem ładnie. A wszystko pozostałe zmarniało.
Kwiatki balkonowe co roku napadają przeróżne plagi - od grzybów po szarańcze typu mszyce czy przędziorki. Zioła mi zdychają albo same z siebie, albo z ataku szkodników. Nawet tym głodomory nie przepuszczą! Miałam wielkie krzaki bazylii w doniczce i co? Pod koniec lata znalazłam na nich jakieś żyjątka. Całe dwie donice wylądowały w koszu. Nie było sensu z nimi walczyć, pryskać ich chemikaliami, skoro potem mielibyśmy je jeść.
Fiołki już drugi raz hoduję. Pierwsza plantacja padła chyba zagrzybiona, ale nie mam pewności. Możliwe, że to nawóz je spalił, miałam wtedy taki super-zabójczy, chyba źle skomponowany.
Storczyki - dwa miałam i dwa zdechły. Drugi już dogorywa.
Straciłam już zapał do hodowania zielonego w tym domu. Chyba sobie odpuszczę. Zwłaszcza te kwiatki balkonowe mijają się z celem. W tym roku mszyca skoczyła na nie dosyć późno, bo koło września dopiero. Ale wcześniej regularnie co tydzień pryskałam wszystkie kwiatki profilaktycznie przed szkodnikami. Jak zrobiłam kiedyś mijaka od strony barierki, tydzień później znalazłam tam mszycę. A jak już mszyca siadła, to nie mogłam się jej pozbyć.
Dobrze, że chociaż Babci fiołki rosną, jak powinny. Może jej powinnam zawieźć pozostałe moje sadzonki? Póki jeszcze żyją?
Widzę na nich coś, co zakrawa na jakiegoś grzyba, ale mam nadzieję, że to przezwyciężą...

piątek, 11 grudnia 2009

Ha ha!

Znalazłam w swojej skrzynce mailowej wiadomość od gadu-gadu, w której mi pogratulowali, że założyłam sobie nowe konto gg!!!
Ależ mnie to rozśmieszyło! :))
Coś w tym jest, faktycznie te gratulacje są bardzo na miejscu! Ich program nie daje się zainstalować najłatwiej. Trzeba się przy tym wykazać nie lada uporem i silną wolą!
Instalowanie pokazywało najpierw dziwne komunikaty w stylu "Nie można rozpakować", ale postęp był, więc nie zwracałam uwagi. A potem się zaczęło. Jedna próba uruchomienia, druga, trzecia - jakiś błąd. W końcu ruszyło. Próba zalogowania do starego konta, mały bieg z przeszkodami. Instalacja nowego konta i znów komunikaty czerwone: "Nieznany błąd" kilka razy.
W końcu ruszyło.
Czuję, że zasłużyłam na te gratulacje. :)
A tak przy okazji, to może zamiast pisać: "Nieznany błąd", oprogramowali by sobie komunikaty błędów, aby mówić użytkownikowi wprost co jest nie tak, albo co robi nie tak... Czy potrzebują w tym pomocy?
Może te błędy przy uruchamianiu gg są celowo zaprogramowane, aby wyeliminować niekonsekwentnych potencjalnych użytkowników? Czy to taki test ze strony twórców gg? :)
"Wykaż się sprytem i uporem, a włączymy cię do naszego grona. Dostaniesz swój numerek do komunikowania się ze światem!" ?? :))


GG be be

Zainstalowałam gadu-gadu. Rany, jak ja niecierpię tego programu!!!!
Jakiś rok temu gg stwierdziło, że nowa wersja nie idzie w parze z Vistą i nie dało się zainstalować po tym, jak re-instalacja Windowsa na laptopie wymiotła wszystkie programy. Każda próba zainstalowania kończyła się wielkim fiskiem. Nie można było uruchomić żadnego konta po zainstalowaniu.
Od wtedy moja wola instalowania gg zanikła.
Mój numer, skądinąd bardzo fajny, został już przydzielony komuś innemu. Ewa niedawno zobaczyła, że znów jestem dostępna na gg, zaczepiła mnie, ale okazało się, że to nie byłam ja.
W przeciągu ostatniego roku gg ewoluowało. Nie wiem na ile ta ewolucja je ulepszyła, ale na pewno program zrobił się o wiele nowocześniejszy i zaczął kosmicznie wyglądać.
Założyłam jakieś nowe konto na gg, ale używać go nie zamierzam. Już wystarczająco dużo czasu spędzam na korespondowaniu mailowym, a pisanie na gg to koszmarny złodziej czasu.
Dzisiaj za to wykasowałam swoje konto na naszej-klasie. Jakoś nie było mi szkoda, nie wahałam się i nie żałuję. Poczułam ulgę. I tak od ponad roku nie wrzuciłam ani jednego nowego zdjęcia, a ichniej poczty używałam bardzo sporadycznie.
Bywało śmiesznie. Jeden kolega z LO po wymienieniu kilku maili zamilknął. Odezwał się po 7 miesiącach i przyznał, że przegapił ostatnią moją odpowiedź. Zabawne. :)
Póki co jestem jeszcze na facebooku i goldenline, ale może kiedyś się z tych portali też wypiszę.
Póki co znajomi wysyłają mi na facebooku jakieś rybki do hodowania... Naprawdę? Rybki? Wirtualne? Słowo daję, czy ludziom nie szkoda czasu na takie pierdoły??
O ile niektóre quizy na facebooku są zabawne, o tyle te wirtu-rybki mnie po prostu osłabiły.
Rybki to ja owszem, bardzo chętnie bym sobie kupiła, ale w wersji live. Takie co to żyją w mokrej wodzie, pływają i trzeba je karmić robakami, bo inaczej zdechną, a jak woda się od ich trupków zaśmierdnie, to będzie czuć w całym mieszkaniu i będzie to wiele wyrazistsze, niż jakiś komunikat na ekranie monitora w stylu: "Zły pan, zagłodziłeś rybki!". Albo cokolwiek innego, co tam autor wymyślił w tej aplikacji, nie wiem, bo nie odpaliłam rybek na facebooku. A kolega wysłał mi ich podobno 20! Toż to cała ławica... Jakby były w puszce, sardynki na przykład, to byłby z nich jakiś pożytek, a tak?? Zdechną, bo ich nie przygarnę...

środa, 9 grudnia 2009

Czerwone wino - bez komentarza

Kilka dni temu na forum naszego pokoju w pracy odbyła się rozmowa, która dosłownie wyjęła mnie z kapci!
Powstrzymam się od komentowania, wystarczy zapewne, że ją przytoczę.
W pokoju było mieszane towarzystwo - pół na pół dziewczyn i chłopaków, ale zwłaszcza obecność chłopaków wymaga podkreślenia na samym wstępie.
Zaczęło się od tego, że Pewna Dziewczyna rzuciła wzdychając: "Suszy mnie jakoś... Karinka, to chyba po tych dwóch lampkach czerwonego wina, które mam zamiar wieczorem wypić."
Karinka na to zapytała mnie: "Justynka, czy to nie ty wiedziałaś coś negatywnego na temat picia czerwonego wina?"
Zapytana wprost musiałam się już włączyć do rozmowy, jakkolwiek bardzo by mnie interesowała lub nie ta dyskusja. Włączanie się do podobnego typu rozmów w naszym pokoju jest o tyle ryzykowne, że nigdy nie wiadomo, w którym kierunku rozmowa zostanie popchnięta i jak się rozwinie, a tym samym czy nie pożałuje się, że się w ogóle odezwało. Zaryzykowałam. :)
Odparłam, że owszem: "Po wypiciu czerwonego wina robią się sińce pod oczami na drugi dzień".
Na to Pewna Dziewczyna zapaliła się do tematu czerwonego wina i rozpoczęła przejętym tonem rozgłaszanie wszem i wobec co ona na ten temat ciekawego się dowiedziała: "Ja czytałam na internecie, że kobiety, które piją co najmniej dwie lampki czerwonego wina dziennie..." - tu się zawahała, myśląc, jak efektownie przekazać ciąg dalszy, na co ja nie wytrzymałam i wtrąciłam swoje: "...są alkoholiczkami?".
Okazało się jednak, że nie, nie o to wcale chodziło! No dziwne, to raczej była jednoznaczna zapowiedź. Pewna Dziewczyna ciągnęła niezrażona za to z jeszcze większym zapałem: "Też tak pomyślałam na początku, ale to wcale nie tego dotyczył artykuł. Były prowadzone badania, które dowiodły, że kobiety, które piją co najmniej dwie lampki czerwonego wina dziennie są (uwaga!) lepszymi kochankami!"
No tego to się nie spodziewaliśmy! Po pokoju przetoczyły się rozmaite reakcje.
Parsknęłam śmiechem i zapytałam, że niby jak? Co ma wino do bycia dobra kochanką? Czy to jakoś pobudza wyobraźnię?
Pewna Dziewczyna pospieszyła z bardzo szczegółowymi wyjaśnieniami, że po czerwonym winie "jest lepsze ukrwienie pochwy" (!!!) i czegoś tam jeszcze, czego nie zapamiętałam, bo mózg mi w tym momencie fiknął koziołka i na słowo "pochwy" przestał rejestrować ciąg dalszy wypowiedzi. Mi opadła szczęka. Chłopakom w tym momencie musiały chyba zwiędnąć uszy. Jakkolwiek jest to zwyczajny narząd w ciele kobiety, to może jednak praca nie jest właściwym miejscem, gdzie chciało by się o tym dyskutować. Co innego gabinet ginekologa na przykład.
Ponieważ dyskusja była nadal w toku, zapytałam w czym niby to ukrwienia pomaga? Bo chyba nijak to działa w dziedzinie fantazji kochanek, a ludzkość głosi przekonanie, że bycie lepszym czy gorszym w te klocki nie zależy od fizjologii, ale raczej od fantazji. Jak więc od tego ukrwienia pochwy ktoś staje się lepszą kochanką?
Pewna Dziewczyna twardo obstawała przy swoim zdaniu wyjaśniając, że "Były prowadzone bardzo poważne badania naukowców (to powiedziała z wyraźnym naciskiem i odpowiednim tonem) na grupie Hiszpanek. Bardzo poważne badania!" podkreśliła jeszcze raz.
Mruknęłam, że na takiej nacji to sobie można dowieść wszystkiego w dziedzinie bycia kochanką, ale mój komentarz przeszedł niezauważony.
Coś tam jeszcze na ten temat padło na forum pokoju, a ja na koniec oznajmiłam, że słabe kochanki zrobią wszystko aby się usprawiedliwić i podnieść na duchu i znajdą zawsze jakąś wymówkę lub sposób na poprawienie swojego warsztatu.
Nadal pozostaje tajemnicą, jak też to wino ma się do bycia dobrą kochanką i nieodparcie nasuwa się tu pytanie "co ma piernik do wiatraka?".
Widocznie jednak czegoś nie ogarniam moim małym rozumkiem... Nie to, aby mnie to interesowało, ale ta dziwna interpretacja wyników badań mnie zastanawia.
Jedna koleżanka znalazła na necie artykuł w podobnej tematyce, trudno jednak stwierdzić, czy to o ten artykuł chodziło Pewnej Dziewczynie, bo zamiast Hiszpanek występowały w nim Włoszki, a o byciu lepszą kochanką nie było ani słowa. wynikiem badań było stwierdzenie, że od czerwonego wina wzrasta popęd.
To nas zastanowiło jeszcze bardziej - czy można sobie aż tak znadinterpretować wyniki badań, aby dowiodły tego, na co się akurat liczy?
Ciąg dalszy tej historii nastąpił wczoraj. Pewna dziewczyna westchnęła, że zamówiła jakieś gadżety, które zamierza rozdać w swoim dziale, jako prezenty gwiazdkowe. "Mam nadzieję, że zdążą przyjść przed świętami, abym miała co pod choinkę położyć. Bo jak nie przyjdą, to chyba sama się pod nią położę..."
W tym momencie mnie podkusiło i oczywiście nie powstrzymałam się i zapytałam czy wcześniej wypije dwie lampki wina?
Na to hasło temat badań owych naukowców powrócił. Upewniłam się, że to miały być Hiszpanki, teoria została wygłoszona ponownie do wiadomości tych, których przy pierwszym głoszeniu nie było. Nic jednak nie rozjaśniło mroku i nie wyjaśniło wątpliwości.
Trwamy w przeświadczeniu, że coś tu się nie zgadza w myśleniu przyczynowo - skutkowym i cała ta interpretacja wyników badań jest mocno naciągana... nie da się nie dodać: na własny użytek. :)


Pogawędka z księdzem

Do znajomej przyszedł po kolędzie ksiądz. Zadzwonił do drzwi, akurat, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon. Usłyszałam tylko jej zdziwienie na dźwięk dzwonka i potem powitanie:
- Szczęść Boże!
W tym momencie powiedziałam jej "No to cześć!" i się rozłączyłam. Dalszy ciąg dialogu ksiądz - koleżanka, znam z jej relacji.
Rozbawiło mnie to, chociaż księdzu musiało być nie za bardzo do śmiechu, ale że był rozmowny i chciał parafian poznać, to na własne życzenie dostał zestaw mocnych wrażeń.
Koleżanka otworzyła mu ubrana w krótkie różowe szorty i wydekoltowaną koszulkę. Ubranie nie bardzo do witania księdza, ale w sam raz, kiedy w mieszkaniu jest ciepło, bo mieszka w nim małe dziecko. Inna sprawa, że koleżance zawsze jest gorąco.
Ksiądz roznosił opłatek. Dziecko opłatek rozpakowało w try miga i wysypało na podłogę. Rzucili się oboje - koleżanka i ksiądz, aby zbierać, przy okazji gawędząc.
Ksiądz oznajmił, że zna koleżankę z twarzy z kościoła. Przytaknęła, że do kościoła chodzi, ale staje zawsze na dworze, bo z dzieckiem nie bardzo jest sens pchać się do środka. Wiadomo - małe dziecko jest ruchliwe i szybko się nudzi.
Ksiądz pochwalił, że to bardzo dobrze, że chodzi do kościoła, bo niektórzy parafianie nie chodzą, a przy tym mają wiele pretensji i roszczeń do Boga i kiedy się z nimi rozmawia, to trudno się przez to przebić.
Na to koleżanka oznajmiła księdzu, że ona, w swoim niezbyt jeszcze długim życiu, miała już wiele przejść i na dodatek jej Mama nie żyje, ale pretensji nie ma i do kościoła chodzi.
Ksiądz zapytał więc o te przejścia, koleżanka ostrzegła go jednak, żeby na ten temat nie schodził, bo jakby księdzu opowiedziała, to by zwątpił.
Mogę sobie tylko wyobrazić minę księdza na tym etapie rozmowy.
Opłatek został pozbierany z podłogi, ksiądz wyciągnął drugi z torby i dał koleżance, mówiąc, że zostawi jej drugi, świeży, a może część opłatka przekaże komuś, mamusi na przykład. Na to koleżanka wypaliła:
- No przecież mówię księdzu, że mama nie żyje. I to już kilka lat.
Ksiądz lekko zwątpił. No tak, wspomniała. No to może teściom da... Na to znów usłyszał ostrzeżenie, żeby tego tematu lepiej nie zaczynali, bo nic to dobrego nie wróży. Opłatek się jednak na pewno zużyje.
A kiedy koleżanka przyjdzie do spowiedzi może księdzu w konfesjonale poopowiadać o swoim życiu dokładnie, ale roznoszenie opłatka to nie jest odpowiedni na to moment.
Ksiądz był dzielny. Pomimo, że dotarło na pewno do niego, że jego parafianie mają swoje problemy i to takie, których nie da się streścić w dwóch zdaniach i rozwiązać samemu, to jednak nie stracił zapału do rozmowy. Rezonu może trochę stracił, ale nie dawał tego po sobie poznać.
Za to poznawanie parafian musi być dla księdza doświadczeniem momentami trudnym.
No i co jest trudniejsze w takiej sytuacji? Bycie księdzem czy bycie parafianką?

Papierowe jedzenie

Od tego zapalenia gardła, które napadło mnie już prawie trzy tygodnie temu straciłam apetyt.
Wyleczyłam się po tygodniu mniej więcej. Długo to trwało, bo psikanie gardła bioparoxem nie jest najszybciej działającą metodą. Gardło bolało mnie bity tydzień. Złe samopoczucie ciągnęło się jeszcze z 4 dni dłużej.
w końcu wzięłam niezawodnie działający eurespal i mi przeszło to chorowanie w ciągu jednej tabletki. Ale nie pomogło mi to tak całkowicie i chyba do tej pory nie doszłam do siiebie, bo
apetyt straciłam dokumentnie. Wręcz dostałam jakiegoś prawie-wstrętu do jedzenia.
głodna nie czuję się wcale, bez względu na to kiedy coś zjem i co zjem. Okropne to jest. Patrzę na jedzenie i czuję niechęć, a jak już coś jem, to takie to wszystko jest bez smaku... Chciałabym powiedzieć, że smakuje mi jak wióry, bo to jest dosyć bliskie skojarzenie, ale tak w prawdzie, to lepszym określeniem jest coś zawierającego w sobie "nie smakuje" niż "smakuje".Bo smak straciłam w stopniu znacznym.
W poniedziałek byłam na mieście i przy okazji zahaczyłam o Plazę. W zasadzie to poszwędałam się po Plazie tylko dlatego, że jadąc do centrum widziałam koszmarne korki, zmierzające zwłaszcza w kierunku, w którym ja miałam wracać. Chciałam więc je przeczekać. Postanowiłam zjeść Longera, bo było już późne popołudnie, a ja w zasadzie od śniadania nie jadłam nic. No i longer z colą jest moim ukochanym fast foodem, jedynym, jaki jadam i jaki uwielbiam w dodatku. Pomyślałam, że to będzie terapia dla moich kubków smakowych.
Kupiłam tego longera, bez coli, bo jakoś cola przerosła już moje możliwości. I nawet go zjadłam ale specjalnie nie myślałam o nim w trakcie jedzenia, bo mi się go odechciewało. Smakować - nie smakował mi za bardzo.
Ale przynajmniej miał trochę smaku. ochoty na jedzenie nie zrobił mi wcale.
W domu postanowiłam, że spróbuję ocucić moje kubki smakowe, tudzież przewody nerwowe, które zaszwankowały, jakimś wyrazistym smakiem. Zjadłam więc kabanosa z chipsami paprykowymi. Kabanos był w smaku nawet dobry, pomimo mojej ułomności w tej dziedzinie, ale chipsy smakowały cokolwiek papierowo.
Bigos w pracy mi nie podchodzi wcale! Mój ulubiony bigos bez mięsa! Aż mnie odwraca.
Wczoraj jadłam ciastka - zwykłe herbatniki. I mlekołaki czekoladowe muszelki. Normalnie je uwielbiam, ale teraz jest nienormalnie i są mi obojętne.
Odkryłam, że kiedy człowiek je coś smacznego to czuje taki entuzjazm przy tym. Ja go teraz nie czuję. Wydedukowałam, że ten entuzjazm idzie w parze ze smakiem i apetytem. W zasadzie to jest trio, a nie para. Chwilowo brakuje mi wszystkich trzech elementów.
W zasadzie to tylko bezsmakowe jedzenie mi jako tako przechodzi przez zęby - kanapka z serkiem twarogowym bez smaku, albo mleko.
No i co jest z tym moim smakiem i apetytem nie tak?
Ostatni taki okres, kiedy żywiłam się tylko mlekiem z chlebem, miałam pisząc prace magisterską. Ale wtedy się stresowałam, miałam miesiąc na napisanie wielkiej bukwy i było to uzasadnione. Teraz się nie stresuję. Tylko mam jakieś pozostałości pochorobowe.
Jola mi powiedziała, że po swoim wiosennym katarze straciła do pewnego stopnia węch. Odblokowało się jej to po pół roku, dopiero niedawno.
Jeśli moje kubki smakowe będą tak wolno się regenerować, to piękna perspektywa przede mną! Nie ma co! Pół roku przymusowego jedzenia żywności o smaku papieru...
Buuu....

wtorek, 8 grudnia 2009

Poprawka fryzury

Na sobotniej imprezie Łukasz zrobił mi zdjęcie. Dokładnie mówiąc - zdjęcia sztuk dwa. Całą stertę! Chociaż można to i tak uznać za sukces. Niestety wyglądam na nich fatalnie! Jedno lepsze od drugiego.
Pierwsze zdjęcie z profilu - nie wypowiem się na temat tego, co sądzę o moich profilach, na szczęście zdjęcie z lewego, a lewy jest ciut lepszy.
Nic to jednak nie pomogło, bo kiedy obejrzałam to zdjęcie, przeraziła mnie moja fryzura! Totalna porażka.
Trzy tygodnie, czy ile tam, po tym fatalnym obcięciu, a włosy wyglądają coraz gorzej. Myślałam, że jak odrosną trochę, przestane wyglądać, jak chudy chłopaczek i będzie się ten mój fryz lepiej prezentował. Wielka pomyłka!
Najlepsze jest to, że zanim tak krótko obcięte włosy można jakoś podciąć aby skorygować linię, muszą odrosnąć dosyć zdecydowanie. Jeszcze mi nie odrosły nawet nie zdecydowanie, a już miałam na głowie chaos nie do opanowania. Włosy spierały się jedne na drugich wyginały, linia była… o fatalna, zero kształtu czy kobiecości, z boku to coś wyglądało porażająco.
Patrząc na to zdjęcie najpierw opanowałam swoje osłupienie, po czym miejsca podjęłam decyzję, że idę do pierwszego lepszego fryzjera, aby cokolwiek poprawić te włosięta.
Zaczęłam się zastanawiać gdzie jest pierwszy lepszy fryzjer, do którego mogę iść. I nagle olśniło mnie, że przecież koło naszego bloku jest salonik, który prezentuje się bardzo przyzwoicie. Pomyślałam, że pewnie w osiedlowym saloniku nie będzie tłoku, więc spróbuję zajść tam po pracy.
Dotarłam do tego fryzjera dopiero po 18-tej. Weszłam, a tam pusto. Przywitał mnie jakiś pan, który jednak nie miał zamiaru mnie obcinać i na pytanie czy obcina kobiety od razu zwiał i zawołał z zaplecza fryzjerkę. Powiedziałam, że wszystko jedno kto mnie obetnie, gorzej już i tak być nie może.
Laska posadziła mnie na krześle, założyła mi pelerynkę i zapytała co chcę poprawić. Dogadałam się z nią w ciągu kilkunastu sekund. Od razu zobaczyła co się nie układa i dlaczego, gdzie włosy są za długie, co trzeba skrócić i o ile.
Zrobiła to w ciągu 10 minut. Nawet bez mycia głowy, tylko lekko zwilżyła włosy. Obcięła mnie po grzebieniu, bez zbytnich ceregieli i aż miło było popatrzeć, jak sprawnie i wprawnie obcina. Nożyczki tylko śmigały w jej rękach, nawet nie musiała się przymierzać, ustawiać, czesać włosów i szacować jak je podejść.
Byłam pod wrażeniem!
Na koniec zademonstrowała mi rezultat swojej pracy w wielkim rozkładanym lusterku i pokazała, co jest jak obcięte i jaki jest tego efekt. Dokładnie zrobiła to, o co mi chodziło! Bez pokazywania zdjęcia, bez długich tłumaczeń i nieporozumień. W lot wiedziała co zrobić i to zrobiła.
Wyszłam bardzo zadowolona, zapłaciłam za ta błyskawiczną usługę zawrotną sumę 14 PLN. A dzisiaj rano, po raz pierwszy od wielu dni nie miałam problemu z ułożeniem włosów i nie miałam ochoty z rozpaczy walić głową w ścianę. :)
Odzyskałam swoją godność! :)
Zamierzam wrócić do tego saloniku fryzjerskiego z intencją, żeby tą panią fryzjerkę przetestować, kiedy już dohoduję się włosów, które będą nadawały się na zrobienie jakiejś konkretnej fryzury.
Mam już na oku ładne ścięcie, znalazłam zdjęcie w gazecie u Teściowej, ale do tego, muszę zaczekać chyba z pół roku, aby mi włosy podrosły.
Fryzjerka wydaje się bardzo kompetentna i konkretna i żywię wieeelką nadzieję, że będzie mi ładnie obcinać włosy, bo wtedy będę miała fryzjera pod domem i nie będzie problemu z kręceniem się po mieście, parkowaniem, dojazdem, umawianiem się itp.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

I po "Dumie.."

No to sobie posłuchałam!!!
Wgrywanie update'a na MP3-kę sformatowało mi cały dysk. Nic się nie uchowało. Skopiowałam pliki na komputer, zanim zaczęłam całą instalację, ale nie sprawdziłam ich. A kiedy chciałam je wgrać z powrotem na odtwarzacz zauważyłam, że są źle skopiowane! I to jak!
Pokiereszowane! To jest najlepsze określenie!
Niektóre nie odtwarzały się wcale. Inne miały przerwy i przeskoki, jeszcze inne miały zupełnie inne tytuły. Zupełny misz-masz się zrobił!
Skasowałam całe 7GB,a w tym moją "Dumę i uprzedzenie".
Piosenki mi niepotrzebne, zgram je sobie ponownie w wolnej chwili, ale ta książka mnie naprawdę wciągnęła i chciałam jej posłuchać na dobranoc!
Rozpoczęłam więc poszukiwania oryginalnej płyty.
Już przeszukałam wszędzie, gdzie tylko mogła by być i nic. Nie ma!!
Łukasz ją chyba wywiózł do Mielca!!! O nie!!! Ja nie mam książki w wersji papierowej, bo Świat Książki w tym swoim abonamenciku daje je co 2 miesiące i pech chciał, ze 4 już mam, a tej jeszcze nie! I nie mam co dosłuchać...
Jestem niepocieszona. A Łukasza nie ma jeszcze z pracy i nawet nie mam kogo wziąć na przesłuchanie, aby się dowiedzieć czy faktycznie dobrze się domyślam i audiobook leży sobie grzecznie na półeczce... 170 km poza moim zasięgiem.
No co mnie podkusiło, aby akurat dzisiaj instalować to oprogramowanie na MP3-ce, to nie wiem. Mogło mi się poprzycinać jeszcze kilka dni, aż bym skończyła tę książkę.... Tak to jest, jak się człowiek nudzi i szuka konstruktywnego zajęcia. To okazało się ciekawe w skutkach. :)
Chyba pogrzebię w akcie desperacji na chomiku...

Ładowarka

Przekonałam się, że na swojej pamięci nie mogę polegać.
Kiedy w wakacje byliśmy nad morzem, ja słuchałam "Anny Kareniny" na swojej MP3-ce usilnie oszczędzając baterię. Laptopa nie braliśmy, na kwaterach komputera nie było, kawiarenki internetowej nie zamierzaliśmy szukać. Polegałam na żywotności baterii - miała wytrwać do 16h słuchania i faktycznie mniej więcej tyle wytrwała. Wyłączałam ją za każdym razem, kiedy przestawałam słuchać, pilnowałam tego bardzo uważnie i od mniej więcej połowy wyjazdu martwiłam się, kiedy MP3-ka mi zdechnie. Najbardziej obawiałam się, aby nie padła mi w jakimś ciekawym momencie audiobooka, albo w jakimś nudnym momencie naszego urlopu, abym nie została tak sobie sama bez ciągu dalszego.
MP3-ka była bardzo kochana, bo padła ostatniego dnia i to dopiero w momencie, kiedy czekaliśmy na stacji PKP na pociąg. Idealnie!
Przez cały wyjazd mówiłam Łukaszowi, że powinni robić do MP3-ek takie ładowarki podłączanie do gniazdka z prądem, a nie tylko dawać kable do mini USB i wymagać, aby zawsze pod ręką użytkownika znalazł się komputer, bo inaczej leżysz i beczysz - a MP3-ki nie naładujesz.
To było w lipcu.
W listopadzie, po zakupie serwisu obiadowego trzeba było zwolnić jedną półkę w szafce, aby gdzieś go upchnąć. Przy okazji przekładania książek z jednej witryny do drugiej, postanowiłam wyrzucić opakowanie po MP3-ce.
Vedia robi piękne opakowania. Odtwarzacz był zapakowany tak elegancko i porządnie, że po pierwsze - aż miło było popatrzeć i odpakować, a po drugie w transporcie na pewno mu nic nie groziło.
Wyjęłam więc z szafki pudełeczko po Vedii, otworzyłam je, a w środku znalazłam wszystko to, co sobie w nim zostawiłam; zapasowe gąbeczki do słuchawek, silikonowe etui na odtwarzacz i ... ładowarkę do gniazdka z prądem!!!!
No w tym momencie to już nie miałam siły nawet zareagować!To ja cały tydzień nad morzem drżałam, że mi MP3-ka padnie w połowie zabawy i snułam marzenia, jak by to pięknie było taki wynalazek mieć i żałowałam, że nikt go nie wymyślił, albo przynajmniej nie dał mi z MP3-ką, a tymczasem mój wymarzony wynalazek leżał cichutko w szafce nieużywany i czekał na stosowny moment, aby się objawić!
Grunt to wiedzieć co się ma.
Ładowarkę już wypróbowałam, odtwarzacz ładuje się szybciej, mam wrażenie, niż po kablu USB od komputera. A na pewno jest mi tak z gniazdka ładować łatwiej.
Na kolejny wyjazd na pewno ją zabiorę, a przynajmniej będę już wiedzieć, że ją w ogóle mam. I że moje genialne plany ktoś już ubiegł, wymyślił, wyprodukował i nawet dołączył w standardzie do zestawu z odtwarzaczem.
A tak mi się przypomniało, bo właśnie sobie update'uję oprogramowanie Vedii. Po tym, jak wypuścili zawieszającą się wersję beta, jest już pełny build i ma działać rewelacyjnie. Oby, bo beta nie była za dobra.
Przy okazji zrobię porządek w plikach na odtwarzaczu i może wymyślili już w tym buildzie jakiś sensowny sposób wyszukiwania i odtwarzania plików z folderów, bo w wersji beta to był dramat. Aby odtwarzać pliki po kolei musiałam wyszukać sobie je wśród wszystkich - powtórzę z odpowiednim podkreśleniem: WSZYSTKICH - plików wgranych na MP3-kę. Chyba ktoś tego nie przemyślał. Pojemność jej to 8 GB, więc po wgraniu piosenek i audiobooków w kawałkach na większości dysku - to było trochę jak szukanie igły w stogu... utworów. :)
Jutro testujemy. Aktualnie słucham "Dumy i uprzedzenia" i muszę przyznać, że chociaż nie podoba mi się, jak Szczepkowska to czyta, to powieść Jane Austin w wersji do słuchania jest o wiele łatwiej przyswajalna niż w wersji do czytania i nawet mnie wciągnęła. Czekam ciągle, że wybuchnie tam to płomienne uczucie między Darcym a jedną z tych sióstr, ale nie mogę się doczekać. I tak mnie to motywuje do słuchania. :)

Mikołaj

Przez ta naszą urodzinową imprezę zupełnie zapomniałam, że w niedzielę chodzi gruby brodaty i wyimaginowany Mikołaj i rozdaje jakieś prezenty.
Zeszłoroczne spotkanie z Mikołajem trochę mnie zniechęciło do niego. Mikołaj przyszedł do działu Łukasza i tam rozdawał prezenty. Łukasz był na urlopie, zostałam więc zawołana abym odebrała w drodze zastępstwa prezent dla męża.
Mikołaj na samym wstępie, tuz po powitaniu mnie swoim gromkim
- Ho ho ho!
Uprzedził, że ma prezent tylko dla mojego męża, a dla mnie nie. A to dlatego, że nie gotuję mężowi obiadków i tylko go głodzę, więc nie zasłużyłam na prezent. No to klops!
A raczej - nie ma klopsa, nie ma prezentu!
Ciekawe skąd ten Mikołaj, cokolwiek znajomo wyglądający spod tej wacianej brody - znał takie szczegóły naszych kulinarnych kuluarów. Ciekawe kiedy to uciął sobie tak owocną pogawędkę z moim mężem i w zasadzie to było równie ciekawe na jakiej podstawie on te wnioski wyciągnął. No ale, było już za późno na prostowanie, Mikołaj dał mi prezent dla męża.
Na pocieszenie zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Taka byłam wielkoduszna.
Mikołaj, tak się złożyło, że był na urodzinach w sobotę. Przyszedł dla niepoznaki w cywilu. Kiedy rozmowa zeszła na ubiegłoroczne prezenty, a ja publicznie pożaliłam się, jak to mnie ostro potraktował - Mikołaj oznajmił,że w tym roku prezent mi da, bo widzi po pełnym stole, że już gotuję. :)
Chwilę potem coś Mikołajowi się jednak nie spodobało i już mnie postraszył, że mogę o prezencie zapomnieć.
I taka to szopka z tym Mikołajem! Nie można mu wierzyć na słowo, bo zmienia zdanie jak kapryśna primadonna.
O prezentach zapomniałam, no i na nic nie liczyłam.
Wczoraj wróciłam wieczorem od Rodziców, a Łukasz mówi do mnie tak.
- Ty wiesz co się stało? Siedzę sobie w pokoju i oglądam TV a tu nagle słyszę stukanie do okna!
Ja zamarłam słysząc ta mrożącą krew w żyłach opowieść! Jak to stukanie do okna?? Do jakiego okna, skoro my na drugim piętrze mieszkamy?? Już się zdążyłam przestraszyć i śmignęła mi przez głowę myśl, że skoro takie rzeczy się dzieją i ktoś puka do naszych okien, to ja nie zostanę więcej sama w domu po zmroku! Ale tak spojrzałam na Łukasza i widzę, że oczy mu się śmieją - coś kombinuje.
Łukasz tymczasem dokończył swoja opowieść o tym, jak to wyjrzał przez okno i zobaczył torebkę z prezentem dla mnie. A to Św. Mikołaj ją zostawił!
Najpierw poczułam ulgę, że jednak nikt nam do okien nie puka i mogę czuć się bezpieczna. A potem poleciałam oglądać prezent, odgrażając się Łukaszowi, że prawie śmiertelnie mnie nastraszył.
Zajrzałam do torebeczki z prezentem a tam... No właśnie! Pomysłowość Łukasza mnie powaliła!
Kilka tygodni temu poszłyśmy z Kamą na film "Julie & Julia". Był tam taki motyw - Julia Child uczyła się gotować w prestiżowej szkole dla kucharzy, gdzie nauczyciel kazał im sprawić sobie moździerz, bo jest to podstawowe narzędzie dla każdego kucharza i klucz do odpowiedniego przyprawiania potraw.
Mąż Julii przytargał jej więc wielki kamienny moździerz w prezencie urodzinowym. Opowiedziałam o tym Łukaszowi, bo był to super śmieszny motyw w filmie i strasznie mnie rozbroił.
Kilka dni później piekliśmy mięso i stanęłam przed dylematem - jak mam rozdrobnić pieprze i ziele angielskie i liście laurowe, aby przyprawić nimi aromatycznie mięso. Oczywiście przypomniał mi się moździerz Julii Child. W dzisiejszych czasach niby przyprawy są gotowe, zmielone, zapakowane w torebeczki, a zamiast moździerzy używa się młynków elektrycznych.
I Łukasz kupił mi wczoraj moździerz właśnie! Genialny pomysł! :)
Mam teraz mały prywatny moździerzyk w kuchni i mogę w nim wszystko rozdrabniać do woli! Już go wypróbowałam i działa!
Do tego dał mi Łukasz, oj, to znaczy Święty Mikołaj dał i tradycyjnie kalendarz na przyszły rok ze zdjęciami Audrey Hepburn.
Strasznie fajny ten Święty Mikołaj w tym roku! I wcale nie podobny do Bartka... Chyba jest ich więcej niż jeden i ten drugi nie jest taki srogi. :)

niedziela, 6 grudnia 2009

Mięso czy gabka...?

A propos szycia pokrowców. Pewnego wieczoru odbyła się taka krótka rozmowa moja z Łukaszem:
ja: Skończyłam już pokrowce na krzesła, są uszyte, tylko trzeba je pozakładać.
Łukasz: O rany trzeba będzie tą gąbkę powtykać w nie...
ja: To co? To już drobiazg!
Łukasz: Wiem, ale ja niecierpię dotyku takiej gąbki...
ja: No wiesz, a ja się tak starałam!
Łukasz: Wiem, ale to tak, jak tym masz z mięsem. Ty nie lubisz mięsa a ja gąbki.
ja: Hmm... Nie wiem, czy wiesz, ale gąbki na ogół się nie je!
Chwilę jeszcze trawiłam to - jakże zaskakujące zestawienie, po czym parsknęłam śmiechem i długo nie mogłam przestać. Uznałam, że to porównanie jest bardzo... celne! I będzie moją bronią na przyszłość, kiedy nie będę chciała czegoś mięsnego zjeść.
Mamy nowe powiedzenie: to mięso smakuje jak gąbka. :)
I to nie w przenośni.
A swoją droga, to ja niecierpię dań z kurczakiem po ich odgrzaniu. Wszelkiego rodzaju duszony z czymś kurczak smakuje faktycznie gąbczasto na drugi dzień. Uwielbiam dania jednogarnkowe, pierś z kurczaka w kawałkach uduszona z czymś tam, ale wyłącznie tego dnia, kiedy się to przyrządzi. Na drugi dzień mięso smakuje fatalnie. Może więc niechcący Łukasz bardzo je trafnie zrównał z gąbka. :)

Urodziny

No i nasze przyjęcie urodzinowe chłopaków było, odbyło się i udało.
A tak szybko minęło, że kiedy wszyscy zaczęli się zbierać do domu poczułam się strasznie zawiedziona, że ten czas tak szybko mija!
Już wiemy, że 13 osób w naszym mieszkaniu i tak zwanym salonie się mieści i wcale nie jest ciasno. Nowy stół został już przetestowany, ochrzczony i zdał egzamin. Krzesła z pokrowcami były wygodne, a przynajmniej nikomu nie było twardo w dupkę i nie zwiewał do domu zaraz po przyjściu. O tych pokrowcach to chyba nie wspominałam, zdaje się. Uszyłam je z polaru, w kolorze ślicznego różowego ecru. Pod polarem jest trzy-centymetrowa gąbka, bo krzesła są plastikowe - konferencyjne. Wzięliśmy je od rodziców, u których stoi tych krzeseł w piwnicy całe stado. Mają one dla nas tą zaletę, że pięknie wchodzą jedno na drugie i do przechowywania nie wymagają wiele miejsca. A że plastikowe, to będą u nas składowane w piwnicy. Pokrowce natomiast spakujemy w pudełko i też wylądują w piwnicy.
Na szycie pokrowców miała dwie wizje, które były ze sobą dosyć sprzeczne. Jakimś cudem jednak nie uświadamiałam sobie tego do momentu, kiedy zabrałam się do szycia. W tym momencie Mama zweryfikowała mój biznes-plan od strony praktycznej i pokazała mi, że moje dwie wizje skombowane w jedną nie do końca są wykonalne. :) Ależ byłam zdumiona! W ogóle nie wiem, jak to się stało, ze przeszłam płynnie od jednego pomysłu do drugiego bez dostrzeżenia, że oba się na wzajem wykluczają.
Pokrowce jednak powstały. Mięciutkie i śliczniutkie i uszyłam je w dwóch turach poświęcając na to nie więcej niż 2 godziny za każdym razem. Osiem sztuk na siedzenia i osiem sztuk na oparcia.
Serwis obiadowy został też wykorzystany, sprawdzony w praktyce i muszę przyznać, że na stole znacznie lepiej się prezentuje, niż w mojej głowie. Nawet mój nieszczęsny bogracz wyglądał na talerzach o wiele lepiej niż w garnku! A to był mój prywatny dramat.
Ugotowałam ten gulasz w nocy w pt. Bo to do odgrzewania. Musi się odstać, aby nabrało mocy. Zrobiłam ten bogracz według przepisu Makłowicza, wydawało mi się, że skoro on taki znany i poważany, to chyba wie, co zaleca i jak się gotuje. Powiem tak: wszyscy ci znani kucharze mogą sobie od tej pory wsadzić te swoje przepisy i wskazówki gdzie chcą! Byle bym ja na nie nie trafiła! Kazał Makowicz wszystkie składniki drobno pokroić i na sam początek wrzucić paprykę i cebulę. Kiedy już zrobiłam to według jego wytycznych i gulasz się ugotował, zerknęłam do garnka i załamałam się. Wyglądał w garnku okropnie! Mnóstwo ugotowanych wiór w kolorze marchewki i ziemniaków, zero papryki i cebuli, bo przecież przez półtorej godziny duszenia rozpadły się na miazgę! A na dodatek robiłam wu-zetkę i cały litr śmietany się zwarzył, zamiast ubić. Wkurzona na maksa wylałam śmietanę do zlewu, pozłościłam się trochę i poszłam spać, nie mogąc już nawet patrzeć na ten gulasz. A może patrzeć nie mogłam zwłaszcza, bo pachniał całkiem ładnie. Jak smakował, to nie wiedziałam, bo nie miałam nawet ochoty próbować.
Następnego ranka Łukasz kupił mi nowy litr śmietanki, która ubiła się pięknie i wu-zetka wyszła super smaczna, bogracz natomiast spróbowałam i doprawiłam dopiero tuż przed przyjściem gości. Łukasz powtarzał mi, że nie ważne, jak wygląda, liczy się, jak smakuje. Nie przemawiało to do mnie jednak wcale. Zadzwoniła po południu też Kama B. i powiedziała mi to samo, dodając, ze mogę go na talerzach posypać na przykład serem, aby nie było go widać, za bardzo. Cha cha. Loża szyderców.
Przez ten bogracz jednak nie mogłam wcale spać w nocy i tylko myślałam jak go podać, aby nie tylko smakował, ale też wyglądał. Dla 13-tu porcji gulaszu to nawet nie bardzo jest jakaś alternatywa. Pod żadnym względem.
Ku mojemu zdziwieniu jedna porcja bogracza na talerzu wyglądała całkiem zachęcająco, a smakowała bardzo dobrze. A dzisiaj byłam już bezgranicznie zdumiona, kiedy mi Marzenka napisała, że oboje z Sylwkiem się tym bograczem zachwycali! No proszę, jak to nigdy nie można ufać, że jest się nieomylnymi że ma się zawsze rację. Zwłaszcza, kiedy się popada w czarną rozpacz nad garnkiem gulaszu. :)
Makłowiczowi zostało częściowo wybaczone, na przyszłość jednak postaram się przemyśleć jego wskazówki i ewentualnie skorygować po swojemu.
Zaopatrzyliśmy się na te urodziny we wszystko w ilości minimum 12 sztuk, a i tak okazało się, że czegoś brakuje! :) Jedyne o czym nie pomyślałam, to kieliszki do wina. Mamy ich 4 sztuki, a było 6 pijących wino kobiet - bo żaden mężczyzna się tym nie skalał i wszyscy dzielnie ćwiczyli wódkę, z różnym po tym skutkiem. :)
Michał dostał komplet kieliszków w prezencie i proszę - były jak znalazł! Dwa zostały od razu użyte. :)
No i spotkanie się udało. Mogę być trochę nieobiektywna, ale w sumie, to dzisiaj dotarły do mnie tylko głosy zadowolonych gości, więc trwam w takim przekonaniu. Niezadowoleni - jeśli tacy są, a chyba niekoniecznie - są taktowni i milczą. :)
Kiedy będę bogata i będziemy mieszkać w wielkim domu z ogromną jadalnią i stołem wielkości pasa startowego na lotnisku, będę wydawać takie kolacje i inne mini przyjęcia, bo jest to super zabawa. Cały miesiąc nie mogłam się doczekać, a w tym tygodniu to już radość mnie rozpierała. Szkoda tylko, że na samo spotkanie czas nie chciał spowolnić i tak szybko zleciał. No ale to nie od dzisiaj wiadomo, że wszystko co dobre szybko się kończy. Widocznie było bardzo dobre.
O 23-ciej wszyscy goście zebrali się do wyjścia. Zawinęli się wszyscy na raz, na zasadzie, że skoro i oni, to i my. Część jechała razem do domów w jednych taksówkach, a inni to chyba tak dla towarzystwa wyszli ze wszystkimi.
Ania dzisiaj mi opowiadała, że taksówkarz po zapakowaniu do samochodu czwórki imprezowiczów stwierdził, że musiała być nieźle zakrapiana zabawa i że on będzie jechał z głową odwróconą od nich, bo jeszcze się nawdycha tych procentów i będzie z nim kiepsko. :) Ale miał niefarta, że akurat on zabrał towarzystwo. :)

piątek, 4 grudnia 2009

Scrable zdobyte

W Tesco mają super promocję na zabawki i w ostatniej ichniej gazetce reklamowej wyczytaliśmy, że mają w ofercie Scrabble Deluxe za 100 PLN. To jest super niska cena. W sklepach ta gra osiąga zawrotną wartość 189PLN, przy czym co do wartości to bym się kłóciła, ale ceną taką ometkowali.
Na allegro znalazłam ostatnio za 125PLN + przesyłka, więc cena Tescowa jest naprawdę atrakcyjna. A do tego za zakup zabawek za min 100 PLN w dniach: dzisiaj i jutro Tesco daje bon o wartości 20 PLN. Nie zapytam ile w takim razie mogłaby kosztować ta gra, skoro de facto Tesco puszcza ją za 80 PLN.
Nie ważne. Sam zakup Scrabble okazał się ciekawym doświadczeniem.
Poszłam na stoisko z zabawkami - mocno rozbudowane, bo przecież pojutrze Mikołaj i wszyscy biegają z dziką paniką w oczach i szukają sensownego prezentu dla dziecka. Szukałam tego Scrabble Deluxe dłuższą chwilę, po czym jedyne co znalazłam to miejsce, gdzie najprawdopodobniej było ono wyłożone. miejsce wionęło pustką, a nad nią widniała sama cena bez opisu za jaki to towar. Ale kiedy zobaczyłam plakietkę "100zł" wiszącą smętnie nad pustą przestrzenią uznałam, że do pewnego momentu musiały tam leżeć moje wymarzone Scrabble Deluxe. Poszłam więc zapytać pierwszą lepszą osobę z obsługi czy mają jeszcze grę na magazynie. Dziewczyna wysłała mnie do pani w jasno fioletowej bluzce, która układała towar dwa rzędy półek dalej. Poszłam więc i zapytałam drugą panią o to samo. Pani odparła, że chyba ma coś jeszcze na magazynie, po czym zapytała czy jestem grą zainteresowana. Dziwne pytanie, zważywszy, że po obleceniu dwóch alejek z zabawkami przeprowadziłam małe prywatne śledztwo i zadałam sobie ten trud, aby odpytać pracowników Tesco. Wydawało mi się to jasne samo przez się, ale ok - nie pierwszy raz usłyszałam takie pytanie, więc odpowiedziałam, że przyjechałam kupić to Scrable, a tu widzę tylko puste miejsce po nim na palecie.
Tak na marginesie tak samo zdumiało mnie takie pytanie, kiedy - szukając mieszkania do kupienia - poszliśmy obejrzeć mieszkanie na Porębie. Właściciele pokazali nam, co chcą sprzedać, zademonstrowali mieszkanie o zadziwiająco niepraktycznym rozkładzie pomieszczeń, z wielką łazienką, długą kuchnią i balkonie o wielkości - słowo daję: metr na metr. Po czym zapytali czy my jesteśmy zainteresowani kupieniem mieszkania w sensie, czy na serio poszukujemy czegoś do kupienia. Pytanie wprowadziło mnie w osłupienie. Pomyślałam, że chyba to niemożliwe, aby ludzie uprawiali oglądanie mieszkań dla sportu, ale pewnie ci właściciele mieli już wielu potencjalnych kupców, którzy po obejrzeniu mieszkania okazywali się niezainteresowani. No dziwne. Tak oryginalnie rozplanowane mieszkanie ... :)
Tymczasem w Tesco pani w jasno fioletowej bluzce oświeciła mnie więc, że przyjechał dzisiaj rano jeden klient, który kupił sobie tych Scrable 20 sztuk. Nie mają limitu towaru na jednego klienta, więc mógł tak zrobić, a co najlepsze za każde Scrable odebrał sobie bon o wartości 20 zł i był w ten sposób mnóstwo kasy do przodu. Założę się, że Scrable opchnie albo na allegro, albo - jeśli ma- w swoim sklepiku z zabawkami. Zaraz wyszukam czy na allegro jest ktoś z Lublina, kto sprzedaje Scrabble - z całym prawdopodobieństwem po atrakcyjnej cenie.
Pani poszła na magazyn i wyczarowała mi magicznie wielkie pudełko Scrabble Deluxe. Kiedy z nim wróciła, miałam szczerą ochotę ją uściskać, ale poprzestałam na podziękowaniu z wielkim i szczerym uśmiechem.
Zapłaciliśmy za zakupy i podążyliśmy do obsługi klienta, aby odebrać bon. Utknęliśmy tam w niedługim, ale nieruchliwym ogonku. Ludzie stali w tej kolejce znudzeni i znużeni, a mnie dopadła głupawka. Najpierw obkleiłam Łukasza naklepkami z pudełka na ciasto, obejrzałam asortyment w koszykach współkolejkowiczów, po czym zainteresowałam się tym, co załatwiają ludzie przed nami. Wreszcie przyszła pora na ostatnią osobę wyprzedzającą nas w kolejce. Był to młody chłopak, taki z naszego wieku. Miał naładowane w wózku pełno zabawek, z którymi nie wiadomo co chciał zrobić. Szybko wyjaśniło się, że chciał je zwrócić. Obsługująca go kobieta powitała go stwierdzeniem, że lepiej, aby załatwiał coś łatwego, bo ona nie jest z tego działu i się na trudnych rzeczach nie zna, po czym nie słuchając kolesia odebrała trzymany w ręce telefon, który akurat zabrzęczał. Koleś podszedł do lady i kiedy tylko odsłonił nam większą perspektywę na horyzont, naszym oczom ukazała się kartka, że bony wydawane do niedzieli 6 XII w godz. 8 -20. A to się zdziwiliśmy. Była już 21.
Zaczęliśmy z Łukaszem spekulować czy dzisiaj wydają te bony dłużej, czy może tak stoimy w tej kolejce bez sensu, a za nami jeszcze mnóstwo innych osób? Nie było nawet kogo zapytać, bo akurat obsługa rozpierzchła się załatwiając sprawy klientów.
- Zobaczymy czy ten pan przed nami dostanie bon, to będziemy wiedzieli. - powiedziałam do Łukasza. Chłopak oczywiście usłyszał, co mówiłam, odwrócił się i spojrzał na nas i odparł, że on bonu nie bierze.
- A dają? - zapytałam, bo mnie to najbardziej interesowało
- Ja nie biorę bonu. - odpowiedział monotematycznie, metodą zdartej płyty, cokolwiek nie na moje pytanie.
- No wiem, ale zastanawiam się czy dają. - wytłumaczyłam mu, pomijając fakt, że mniej mnie interesuje czy bierze, a bardziej staram się zgłębić tajemnicę czy w ogóle dają.
Koleś powtórzył swoją mantrę, że załatwia co innego i bonu nie bierze, uśmiechnęliśmy się wszyscy do siebie rozbawieni tym dialogiem a la gęś z prosięciem, po czym wróciła jedna z pań obsługujących i zapytała za czym my stoimy. No my za bonami. Na to pani ogłosiła wszem i wobec zwracając się nie tylko do nas, ale i do innych kolejkowiczów, że bony dawali do 20-tej i już jest za późno, zapraszają jutro.
I zagadka się rozwiązała. Koleś został ze swoimi załatwieniami przy ladzie, a my - wśród ogólnego jęku zawiedzenia, poszliśmy do wyjścia. W ślad za nami podążyło pół kolejki.
W Scrabble gra się świetnie, oczywiście ledwo dotarliśmy do domu, od razu się zabraliśmy za grę. Łukasz rozgromił mnie i przebił wynikiem o jakieś 100 pktów lepszym. Fajna zabawa. Tylko nie do końca rozumiemy reguły i chyba sobie je trochę naciągnęliśmy, układając wyrazy równolegle. Zdaje się, że literki mogą się łączyć tylko w miejscach, gdzie wyrazy się przecinają. Ale kto to sprawdza. Ja i tak zawsze w takich grach dopasowuję sobie zasady na potrzeby chwili, za co Łukasz zawsze mnie gani.
Scrabble jest bardzo fajne. Zdobyte prawie cudem. A tak długo się przymierzałam do kupienia go. :)

czwartek, 3 grudnia 2009

Bez smyczy

Dżizuuu!! Podłączyłam i skonfigurowałam sobie router! Sama!
Tu przymknę oko na wszelkiego rodzaju złośliwe uśmieszki i komentarze, że nie ma w tym nic trudnego. No, owszem, trudne się to nie okazało, ale mając zerową wiedzę w tym, jak się takie wynalazki instaluje - nie bardzo potrafiłam sobie wyobrazić cokolwiek na ten temat.
Poza tym swego czasu podjęłam próby uruchomienia super wypasionego telefonu, jaki dostaliśmy od Adasia na prezent ślubny. Można do niego jakimś sposobem zagnać Skypa i tak sobie dzwonić niby telefonicznie, a jednak internetowo-darmowo. Niestety to przedsięwzięcie zakończyło się spektakularnym fiaskiem. Rezultat tego jest taki, że od półtora roku Adam obiecuje, że mi w tym pomoże i jeszcze do nas nie dojechał, a ja uruchomiłam kartę PlFona i i od tej pory PlFon monituje mnie co jakiś czas grzecznie, aczkolwiek upierdliwie zachęcając mnie do rozpoczęcia aktywnego korzystania wreszcie z ich usług. Dziwne, że mnie jeszcze nie wykasowali ze swojej bazy użytkowników. Widocznie rozpaczliwie im zależy na każdym kliencie, nawet nieaktywnym.
I tak sobie to uruchamianie telefonu zawisło i trwa ten stan niezmienny od wtedy.
Zrozumiałe jest wiec chyba, że od tego czasu mój zapał za chwytanie się takich wynalazków i moja wiara we własne możliwości mogła zostać zachwiana. Dzisiaj się trochę odbudowała. Kto wie, może z rozpędu czepię się i tego telefonu. Podobno brakowało nam kawałka kabla do połączenia jednego bliżej niesprecyzowanego punktu A z drugim bliżej niesprecyzowanym punktem B. Podobno router coś tu upraszcza. Przed nami długie wieczory, wiec przyjdzie pora i na to. :)
Więc po dwóch latach ślęczenia na kablu, mamy internet bezprzewodowo. Dzisiejszy program sponsorują literki M oraz A z których pięknie składa się słowo MAMA - czyli osoba, która nam ten luksus zafundowała. :)
Bardzo dziękujemy, to miłe mieć świadomość, że teraz mamy internet w każdym kącie mieszkania, z łazienką włącznie, a tam mój laptopek często ze mną przebywa w kąciku piękności.
Gdyby jeszcze nie trzeba było martwić się długością czasu działania na samej baterii, to byłby raj!
Router miał nam zainstalować Adaś. Powiedział, ze to jest trudne. Hmm... Można w zasadzie stwierdzić, że własny brat mnie kłamie! :)
Zanim Adaś miałby po drodze zajechanie do nas, minęło by pewnie z 3 tygodnie najbidniej. Jemu nie jest do nas po drodze. Śmiało mogę powiedzieć, ze nigdy.
A że router przyjechał z nami wczoraj od rodziców i tak leżał sobie kusząco, to go odpakowałam i zabrałam się za jego instalowanie pchana czystą ciekawością: jak to się robi i jak bardzo przewyższa to moje umiejętności. Tu zapewne można dodać: umiejętności przeczytania instrukcji obsługi, ale darujmy sobie. Podobnie, jak ja podarowałam sobie czytanie instrukcji. Wolałam w chwilach kryzysowych zadzwonić do Adasia. Jakoś wydało mi się to łatwiejsze.
Co ciekawe - producent - niejaki Cisco, znany w pewnych kręgach ze swoich sławetnych telefonów multizadaniowych i multiskomplikowanych do obsługi - zakleił gniazdka w routerze żarówiastą naklepką ze złowrogo brzmiącym napisem: "run CD first" czy coś w podobnym stylu. W pudełku, na pierwszym elemencie, jaki się bierze do ręki po jego otwarciu, również jest wielki jak byk napis: "najpierw uruchom płytę".
No już trzeba być ślepym ignorantem, żeby najpierw podłączyć router przy tylu idiotoodpornych zabezpieczeniach.
Swoją drogą baaardzo mnie zaciekawiło co by się stało, gdybym najpierw ten router podłączyła, a dopiero potem odpaliła płytę? Czy by się zepsuł? Czy nie dałoby się tego potem odkręcić i już by nie zadziałał? Czy może trzeba by było przeinstalować Windowsa na komputerze, aby coś zresetować? Czy może trzeba by było odnieść pudełko do sklepu i udając niewiniątko oznajmić, że sprzęt jest widocznie wadliwy, bo nie działa... ;)
Doszłam do wniosku, że producent powinien pisać takie rzeczy wyraźnie, aby zapobiec sytuacjom, kiedy klient pchany wrodzoną ciekawością robi świadomie i z premedytacją to, czego nie powinien tylko po to, aby dowiedzieć się, jaki będzie skutek.
O, bo na przykład ma taką chorobę zawodową, wszystko testuje i już mu się zrobiło swoiste skrzywienie i ciekawią go wszystkie możliwe scenariusze testowe, a zwłaszcza zgłębienie niewiadomej.
Nie wiem tak w prawdzie co producent pisze, a czego nie, bo nie skalałam się wzięciem instrukcji do ręki. Brat powiedział mi wszystko po kolei od momentu, kiedy uznałam, że powinnam odpiąć router z kabla od laptopa, ale nie do końca byłam tego pewna.
Wiem już jak to działa, powstrzyma się przed dowiedzeniem się, jak to jest zrobione, rozkręcać nie będę, nie wchodzi to w zakres moich obowiązków w pracy. Testuję tylko oprogramowanie, czyli rzeczy w wersji elektronicznej. Może kiedyś na Discovery czy gdzie tam to puszczają, nadadzą odcinek "Jak to jest zrobione" o routerach. Co prawda do tej pory widziałam tylko jak robili waciki, gumki do ścierania i śrubokręty, ale może z czasem skończy się ten dziecinnie prosty asortyment i nakręcą w końcu program o czymś bardziej skomplikowanym. Na przykład routerze.
Do tego czasu będę cieszyła się wolnością i może tylko sprawdzę czy internet z routera dochodzi do wnętrza szafy, tudzież pod prysznic... :) Nie będę sprawdzała, czy laptop jest wodoodporny. Wiem już po doświadczeniach z telefonem komórkowym, że sprzęt elektroniczny bardzo źle znosi kontakt z wodą, bardzo źle...