czwartek, 26 listopada 2009

Medycyna byle nie ludowa

Tak więc nie mam anginy. Alleluja!
Mam za to Bioparox do leczenia gardła i przyprawia mnie to o pewien odruch...
Bioparox to taki jakby-inhalator. Psika się tą mgłę do ust, wciągając powietrze i pierwszy haust wchodzi w miarę gładko. Problem w tym, że trzeba to wykonać 4 razy, a poczynając od drugiego każdy kolejny zaczyna dusić i dławić i to jest okropne.
Ale na tym nie koniec ciekawych metod leczenia zapalenia gardła.
Mam jeszcze Salviasept do płukania gardła, a w taką metodę jakoś nigdy nie wierzyłam. Ten wynalazek rozcieńcza się wodą - 50 kropli na pół szklanki wody, no i płuka sie gardło, a przy okazji i całą jamę ustna a jak się mocno postarać, to da się tez wypłukać nos, ale tego nie polecam, bo potem jest dużo kasłania i ogólnie nieprzyjemne wrażenie. :)
Przy tym, jak Salviasept może szczypać w język, to masakra! Okazuje się, że pół szklanki  tego specyfiku może się ciągnąć w nieskończoność i pomimo, że płukam i nabieram kolejne łyki, to w szklance, jakby nie ubywa... Na zasadzie, że jak ci się nudzi, to czas się dłuży. Jak ci coś się nie podoba, to końca nie widać.
Mogło być jednak gorzej. Znam o wiele dramatyczniejsze sposoby leczenia niż inhalator i płukanie gardła, i to wcale nie jakiś poważnych czy śmiertelnych chorób.
Najbardziej okrutne jest stawianie baniek. To powinno być zakazane i nie obchodzi mnie, jakie to ma dobroczynne skutki dla chorego człowieka. To jest tortura. Najbardziej nieprzyjemna rzecz na świecie. Moja Mama umie stawiać bańki i było to postrachem każdego przeziębienia i kaszelku, jakie miałam w dzieciństwie. Zawsze wisiało nade mną to ryzyko, e jeśli nie wyleczę się w kilka dni, albo zachoruję za bardzo ktoś wpadnie na ten fantastyczny pomysł postawienia mi baniek, bo one akurat mi na pewno pomogą!
W ogóle to po rodzinie krąży legendarna opowieść, jak to stawiali mi bańki, kiedy miałam z 4 lata. Zdaje się, że ja sama to pamiętam, bo było to dla mnie śmiertelne zagrożenie mojego życia, tudzież integracji moich części ciała. I przy okazji niezapomniane przeżycie w kategorii: chwile grozy. Oczywiście płakałam,jak bóbr, prosiłam "A nie moglibyście jutro?" z nadzieją, że jutro im ten pomysł przejdzie. Zwiewałam do kibelka, zamykałam się tam, a na koniec, kiedy już stało się jasne, że nic mnie przed tym nie uratuje, to zaczęłam się żegnać z rodzicami i mówić: "Mamusiu pa pa, Tatusiu pa pa!". Mimo całego przedstawienia bańki mi postawili. Zdaje się, że tak szlochałam, że mi odpadały z pleców. Dziwię się, że rodzice w ogóle znaleźli w sobie tyle samozaparcia, aby pomimo tego rozrywającego serce dramatu w trzech aktach nadal obstawać przy postawieniu mi baniek, bo ja bym dała za wygraną przy pierwszych krokodylich łzach dziecka i porzuciła ten okropny pomysł na rzecz przytulania.
Miałam potem jeszcze z 2 czy 3 razy stawiane bańki i zawsze był to dla mnie koniec świata. Obiecałam sobie, że swoim dzieciom nigdy tego nie zrobię. Na coś ta medycyna musi się przydać w końcu.
Może się jednak przydarzyć przy tym całym stawianiu baniek gorszy wypadek - mały sąsiad stracił swoje bujne owłosienie na plecach, które zajęło się od pałeczki z ogniem i... no zniknęło. Jak to włosy, skuliły się, zaśmierdziały i wyparowały. Krzywda mu się nie stała, ale potem miał na plecach zdepilowaną szachownicę.
Jeszcze lepszy sposób... no może nie przebija to baniek w mojej hierarchii, ale prawie im dorównuje - moczenie nóg w wodzie z... musztardą! Bleh! Jak ktoś może w to w ogóle nogi włożyć??
Albo - smarowanie smalcem klatki piersiowej, jak się ma kaszel. Bleh!
O rany, od razu lepiej się poczułam, kiedy mi się przypomniały te wspaniałe metody rodem z medycyny ludowej. Nasuwa mi sie tu inne powiedzenie, skąd tez one rodem mogą być. Ale powstrzymam się. ;)
Dzięki Bogu, że można teraz bardziej cywilizowanymi sposobami się leczyć! I naprawdę nie przemówi do mnie żaden argument typu: naturalne sposoby są lepsze dla organizmu, medycyna ludowa ma w sobie mądrość, jest zdrowsza, skuteczna, szybko leczy... Wszystko to wlatuje mi jednym uchem i wylatuje drugim. Moja opinia jest niewzruszona - to jest obrzydliwość.
Wierzę - bardzo selektywnie - tylko w: herbatę miodem i cytryną albo z sokiem malinowym, tudzież "z prądem" wysokoprocentowym. No i jeszcze w nalewkę z dzikiej róży, którą wyrabia moja babcia. Nic więcej do tej przegródki nie wcisnę.   

1 komentarz:

Tomek Chełkowski pisze...

W moim wypadku te "cywilizowane sposoby" bardzo mi zaszkodziły. Miałem problem z tradzikiem, a dermatolodzy przepisywali mi antybiotyki nie wspominajac o diecie. Z czasem od nadmiaru leków zaczęła mnie boleć wątroba, a trądzik nie znikał. Dopiero po lekturze książek prof. Michała Tombaka zrozumiałem, że najważniejsza jest dieta, a leki to chemia, która bardziej szkodzi niż pomaga.

Zapraszam na mój blog: www.biegpozdrowie.blogspot.com

Uważam, że jest Pani w wielkim błędzie tak wychwalając tabletki i lekceważąc naturalne sposoby leczenia.