środa, 10 czerwca 2009

Łikendowa inwentaryzacja

Zaczyna się długi łikend i zaczyna się burza!
Co za sprawiedliwość na tym świecie? Człowiek tyra w pracy od poniedziałku do piątku, przy pięknej pogodzie za oknem, marząc tylko aby wyjść i cierpiąc męki Tantala. A jak ma trochę wolnego, to pogoda się psuje i równie dobrze można by wtedy pracować, bo połowa rzeczy, które można zrobić w czasie wolnym przy pięknej pogodzie – zostaje zdyskwalifikowana przez deszcz.
Przy takiej pogodzie to ani opalania, ani wyjazdu nad jezioro, ani pójść na rower. Jaka szkoda... Mam nadzieję, że jednak się coś rozchmurzy i ociepli. Trochę słońca i wyższej temperatury wcale by nam nie zaszkodziło.
Łukasz zrobił zakupy – zaopatrzył nas w same smakołyki, bo menu na nadchodzące dwa dni mamy wyśmienite. Na jutro gulasz curry z knedli kami, na piątek tortille, a na deser ule – według czeskiego przepisu. Kupiłyśmy z dziewczynami foremki do uli na Internecie, dzisiaj muszę je odebrać z poczty i mogę przystąpić do zakładania słodkiej pasieki. Przepis na ule jest bardzo prosty – nie piecze się ich. Kruszone herbatniki miesza się z cukrem i masłem i nabija w foremki uli. W środek wkłada się nadzienie – tu przepis został zmodyfikowany i nadzienie będzie budyniowe, a na spód daje się okrągły biszkopt.
Hmm… Dzisiaj Ewa przyniosła mi swoją niby-książkę kucharską. Ma taki duży skoroszyt z powklejanymi przepisami. Super sprawa! Każdy przepis ze zdjęciem, wiadomo, jak potrawa będzie wyglądać. Przepisów w jej książce kucharskiej jest mnóstwo, a mówi, że wybierała tylko co ciekawsze. Chętnie je sobie obejrzę i coś pokseruję. Grunt do ciekawa receptura.
Ja wyszukuję sobie przepisy na Internecie, ale mam je pokopiowane do Worda bez zdjęć, więc trzeba ruszyć wyobraźnię, aby domyślić się, jaki będzie efekt końcowy. Ze zdjęciem łatwiej wybrać.
Moja następna inspiracja, to ciasteczka zielone – robione z herbatą Matcha. Jest to delikatny proszek z zielonej herbaty. Można go dodawać do lodów, deserów, ciast, koktajli itp. Daje smak i kolor. Herbata raczej nie do dostania w Lublinie, bez powodzenia szukałam jej tydzień, aż w końcu kupiłam na Internecie. Teraz czekam na paczkę i piekę zielone herbatniczki.
Mój miniaturowy ogród na balkonie rośnie. Kwiatki póki co nie zostały zaatakowane i pożarte przez szkodniki. Te, które zaatakowały jakobinki w pierwszym rzucie- zostały wytrute i na razie się nie odradzają. Jakobinki za to starają się odrodzić, ale rosną wolno. Wyraźnie ich siły zostały nadwątlone przez plagę niewidzialnych szkodników.
Skrzynki zamocowane przez Łukasza i jego tatę, póki co trzymają się i nie spadły jeszcze nikomu na głowę albo samochód. W razie katastrofy mamy wykupioną polisę OC w życiu prywatnym, więc nie zbankrutujemy na rachunkach za lekarzy albo blacharza-lakiernika.
Suszki - pięknie prezentujące się w glinianych donicach - co drugi dzień próbują się zasuszyć na stojąco, bo albo piją wody na potęgę, albo woda wyparowuje przez tą glinianą doniczkę podgrzaną słońcem. Co wieczór muszę je podlewać, bo już dwa razy znalazłam je w stanie agonalnym, ze zwiniętymi listkami i zwiędnięte.
Aksamitki wyrosły wszystkie, jakie zasiałam i mają tak gęsto w skrzynkach, że chyba je trzeba przerzedzić. Może w piątek niektóre wyrwę z korzeniami i zawiozę rodzicom. U nich miejsca jest dostatek, więc mogą rosnąć i kwitnąć jak szalone.
Stokrotki - wsadzone bidy z działki rodziców - rozrosły się w skrzynce i wybujały, jeszcze nigdy nie były tak wysokie i dorodne. Najwyraźniej dobrze im - mają mokro, dawki nawozu regularnie, nikt po nich nie jeździ kosiarką. U rodziców na ogrodzie stokrotki nie były najszczęśliwsze, bo rosły gdzie popadło, a raczej gdzie się posiały same, tata systematycznie je podcinał od góry kosiarką, więc niektóre wzięły się na sposób i kwiatki wychodziły im prosto z ziemi niemalże. W górę nie miały szansy urosnąć. Chyba też trzeba skrzynkę ze stokrotkami przerzedzić i wysadzić cześć w jakieś zaciszne miejsce u rodziców.
Ostatnio wsadziłam w doniczce miętę, u rodziców jest cała plantacja, mięta rośnie i się rozrasta. Mam więc teraz kilka łodyżek w doniczce. A razem z Mamą planujemy przydybać miętę na dniach i wyciąć do suszenia zanim zakwitnie. Według zaleceń specjalistów. Będzie w sam raz na herbatkę miętową. i to swojska mięta, z domowej hodowli.
Bazylia - jedyne zioło, które mi urosło w doniczce w miarę dorodne - została już ogołocona do bułeczek i zapiekanki. Teraz czekam na nowe liście. Zasiałam sobie też nową porcję bazylii i odkryłam przy tym dlaczego tak wiele ziół mi w ogóle nie wzeszło. Otóż miały za mokro i musiały zapleśnieć w ziemi. Nową bazylię wyniosłam na balkon do wietrzenia i suszenia, może dzisiaj jej wiatr przewiał ziemię i jednak zakiełkuję. Chyba sobie posieję zioła na nowo i postawię doniczki na balkonie, póki jest ciepło, to nie utopię ich zanim urosną....

Brak komentarzy: