środa, 30 stycznia 2013

Różne koty

Po tym, jak Łukasz zaliczył stłuczkę 1 grudnia, nasz samochód stanął w warsztacie i tak sobie stał beztrosko przez półtora miesiąca, zanim mu zrobili tą stukniętą dupkę. W tym czasie nie mieliśmy czym jeździć. 
Na wsiowie kot i pies, trzeba ich karmić. Święta się zbliżały, a tu ani na wsiowo, ani coś załatwić, ani na zakupy. Zero mobilności. Dla mnie to było ogromne ograniczenie i niesamowita upierdliwość w życiu codziennym.
Gdzieś w połowie grudnia zwierzakom zaczęły się kończyć puszki z karmą, trzeba było uzupełnić zapasy. Umówiłam się z Tatą, że pojedziemy jego samochodem do Tesco, tam mają jakiś tam wybór kociej karmy i maja całkiem dobre puszki w wersji XL. 
Zarówno pies, jak i kot jedzą kocią karmę. Kot, ponieważ jest kotem, a pies ponieważ psia karma nie nadaje się do karmienia żywego inwentarza. Kiedy pies Rodziców zachorował na cukrzycę, lekarz uświadomił Kamisio, że muszą zacząć go karmić wyłącznie porządnym jedzeniem, a psia karma z puszek jest tego dokładnym przeciwieństwem. Jak to ujął weterynarz: w psich puszkach jest pies zmielony razem z łańcuchem i budą. Bardzo strawne, nie powiem. 
Toffik od kilku miesięcy, a może już i od roku nawet - jada wyłącznie kocią karmę + jakieś tam gotowane jedzenie, wiadomo + suchą karmę, która okazuje się niezbędna psom do dobrego trawienia czy czegoś tam innego pozytywnego w organizmie. 
Friga dostałam od Kamisio. Wzięła go od jakiegoś koleżki z pracy. Miał wtedy z 2 miesiące, a był już nie lada psiakiem i sięgał mi do kolan. To taki lekko skundlony labrador, więc duże psisko z niego rośnie. Z labradorami jest natomiast tak, że muszą dostawać dobre żarcie w ograniczonych ilościach, bo po pierwsze nie mają stopera na wchłanianie karmy i potrafią się roztyć, a po drugie jeśli jedzą za dużo, to za szybko rosną i szkodzi im to na szkielet i wszystko. Za szybko wtedy rosną i robią się wątłe i podatne na... a nie wiem na co, na wszystko pewnie - choroby, deformacje, uszkodzenia. (nie mogę się temu nadziwić, co za durny organizm - ma dużo żarcia, to rośnie na potęgę, bez względu na to czy ma wystarczająco dużo składników odżywczych w tym żarciu... gdzie w tym sens?) 
Karmię więc Friga wyłącznie kocimi puszkami, aby miał karmę dobrej jakości. A że to duży pies, to pochłania 2 puszki na raz i zapas kończy się dosyć szybko. 
Wtedy w grudniu więc pojechałam uzupełnić zapasy na dłuższy czas, ponieważ nie było wiadomo, kiedy odzyskamy samochód. Naładowałam do koszyka mnóstwo puszek z różnych firm, bo przecież ten pies jest grymaśny i nie chce jeść ciągle jednej i tej samej karmy. Jak to mówiła moja Babcia - frymuśny piesek! Ona co prawda mówiła tak na mnie, ale proszę, jak to idealnie pasuje do Friga! 
Gdzieś w połowie długotrwałego procesu wrzucania puszek do koszyka - Tata skapitulował i stwierdził, że on z tym do kasy nie pójdzie, bo nie będzie się za mnie wstydził. To nie, to nie. Ja twardo obstawałam, że nie będę za tydzień urządzać znów takiej samej akcji, kupuję ile wlezie, będzie spokój. Pies żreć nie przestanie przecież i tak się te puszki zużyje i tak. Co prawda Tata powstrzymał mnie przed dorzuceniem jeszcze kilku puszek na koniec, ale kiedy już się upewnił, że odeszłam od puszki z kocią karmą, zniknął z oczu w jednej sekundzie. Nic to - została mi Szwedka do pomocy.
Podjechałyśmy z tym arsenałem puszek pod kasę i wyładowałyśmy większość na taśmę. Wystałyśmy się w kolejce całe wieki, bo przecież trzeba było trafić na najwolniej posuwający się ogonek! Tata w tym czasie zdążył zrobić swoje zakupy, zapłacić i wyruszyć w drogę na parking. W końcu przyszło do podliczania nas. 
Kasjerka najpierw miała lekko zdezorientowaną minę, może pomyślała, że chcemy handlować tymi puszkami gdzieś na bazarku, czy co.  My we dwie ze Szwedką, bawiłyśmy się za to świetnie przy tych obciachowych zakupach. Komentowałyśmy sobie wszystko radośnie i trochę złośliwie. Kasjerka w końcu uległa naszemu (nazwijmy to) urokowi i zrobiła się rozmowa. I tak kasuje te puszki, kasuje i ogląda je i sprawdza ile puszek jest takich samych, liczy, kasuje i nagle mówi do mnie:
 - Jakieś różne koty pani ma...
Przyznam, że w pierwszej chwili mnie zamurowało, potem powstrzymałam się, aby nie parsknąć śmiechem na tą logikę, a potem odpowiedziałam jej najpoważniej, jak umiałam (mało poważnie mi wyszło), że kot jest jeden, karmię nimi również psa, ale im się nudzi jedzenie ciągle tego samego i muszę im tą karmę zmieniać.
Uśmiałam się za to z tego serdecznie, kiedy już odeszłyśmy od kasy! :)  
Jak ta pani sobie to wykombinowała? Jeden kot je tylko jeden rodzaj karmy? Dużo rodzajów karmy = dużo kotów? Ciekawe czy ona je ciągle jedno i to samo...? Co prawda da się tak przeżyć długie miesiące, wiem to doskonale, ale bardziej naturalne jest, że jada się zróżnicowane jedzenie. Zwierzęta mają tak samo. Zwłaszcza te moje wariaty ze wsiowa.

Brak komentarzy: