środa, 2 stycznia 2013

Noworocznie

Nowy Rok zaczął się dokładnie tak, jak powinien: od powrotu do domu nad ranem po udanej imprezie sylwestrowej,  późnego poranka i lekkiego kaca. Zestaw idealny na noworoczny chill out. 
Jako antidotum łyknęłam dwie aspirynki i poza wszechogarniającym lenistwem - koło południa byłam już w formie. 
Cały dzień strzelały na osiedlu spóźnione petardy - ostatni dzwonek na wystrzelanie całego swojego aresenału, bo od 2go to już chyba nie wolno tak sobie strzelać petardami gdzie popadnie. 
Nowy Rok ma zawsze ten urok pojedynczych wybuchów petard zupełnie znienacka.  Co roku to samo. Taka tradycja.  Co oni robią z tymi petardami w nocy, że nie wystrzeliwują wszystkich? Giną im gdzieś?  A może są zbyt pijany, aby doszukać albo doliczyć się wszystkich, jakie kupili. I potem w Nowy Rok tak szkoda aby się zmarnowały i je wystrzeliwują co kilka minut. Może być.
Imprezka sylwestrowa była super-wesoła. I pouczająca. 
Dostaliśmy obszerny wykład na temat zakupów i klientów z punktu widzenia kierowniczki sklepu. Nota bene był to sklep, gdzie kupiłam tunikę, w której byłam ubrana. Zaraz po przyjściu, prawie że na start dostałam reprymendę pod hasłem: "A ty nie kupuj w tym sklepie, a tą tunikę to masz od nas!" Najpierw mi otworzyły się szeroko oczy ze zdumienia, po czym poczułam się, jakbym była naga! O taka demaskacja publicznie!? No straszne!  
Następnie lawina ruszyła i dowiedziałam się, jacy klienci są najbardziej wkurzający (kobiety, a jakże), jakie miewają pomysły i wkurzające, rozpieszczone dzieci i jak robią zakupy w niedziele i to jeszcze rano
No fakt to mnie trochę też dziwi, do momentu, kiedy sama jestem zmuszona z braku czasu wybrać się do sklepu w ndz, ale nie zdarza się to często na szczęście. Że dziciom na zakupach się nudzi i wariują, to też zrozumiałe, bo co niby ma taki dzieciak za rozrywkę w sklepie, gdzie mamusia przymierza pińdziesiąt sukienek? Umarłabym z nudów. Ja sama niecierpię chodzić z kimś na zakupy, bo nudzi mi się tak, że już w pierwszym sklepie ciekną mi łzy od nieustannego ziewania. No chyba, że jest to Szwedka i razem przymierzamy wszystkie czarne szpilki w każdym sklepie z butami i bawimy się przy tym świetnie! :)
Słuchając tych "zakupowych opowieści w krzywym zwierciadle" nasuwało mi się pytanie: jak ja uszłam z zakupów z tego sklepu z życiem? Najwyraźniej jednak nie jestem takim najgorszym klientem. :) Chociaż najlepszym też nie jestem, bo nie daję sobie nic wcisnąć.  
Ale! Ja tam się nie dziwię tej dziewczynie, praca z klientami potrafi wykończyć! Co prawda ona ma zdrowy dystans do tego wszystkiego i najwyraźniej daje radę, skoro jeszcze tam pracuje, ale jednak takimi cennymi opowieściami sypie, jak z rękawa! Śmialiśmy się serdecznie z tych historyjek i - zwłaszcza - jej komentarzy. Mimo wszystko jednak trzeba mieć cierpliwość i zacięcie i duży dystans, aby nie dać się zwariować. 
Ja pamiętam, jaką traumę nabyłam na słuchawce w call center. Przesiedziałam tam 2 lata, po czym moje spojrzenie na świat i ludzi skrzywiło się znacznie. Uświadomiłam sobie to dopiero, kiedy już zeszłam ze słuchawki i pracowałam kilka miesięcy bez kontaktu z klientami. I pewnego dnia jechałam w autobusie i ktoś zwrócił komuś uwagę, że mu przeszkadza, poprosił aby się przesunął, czy coś w tym stylu. I powiedział to grzecznie! Zupełnie miło! A ja byłam w takim szoku - W TAKIM SZOKU! - że jak to możliwe, że on nie awanturuje się, nie krzyczy, nie złości, nie ma pretensji? Tylko tak po ludzku, uprzejmie poprosił - POPROSIŁ - aby ta druga osoba się przesunęła, bo coś tam. I uświadomiło mi to, że ja po tych 2 latach mam taki odruch - obronny chyba - że oczekuję, że każdy się będzie wściekał i złościł i pyszczył. Przeraziło mnie to! Dosłownie byłam w szoku. 
Ale wiadomo skąd się taki stan rzeczy bierze - na słuchawce przerabiasz ponad setkę kontaktów z klientami dziennie. I o ile 95% z nich jest miłymi i kulturalnymi ludźmi, którzy potrafią nad sobą panować i trafnie oceniają rzeczywistość oraz źródło ich problemu i nie drą się bez sensu na bogu ducha winnego konsultanta (albo nawet nie mają problemu, tylko dzwonią, aby coś załatwić) - o tyle te pozostałe 5% to buraki i awanturnicy. I jak się trafi taki prostak, to podnosi ciśnienie bardzo skutecznie. A jakich klientów się zapamiętuje najbardziej? Awanturników oczywiście, co ci zaleźli za skórę. I tak się skrzywia percepcja rzeczywistości, bo potem ma się w podświadomości zakodowane, że ludzie są tacy paskudni.
Po jakimś czasie przeszło mi to oczekiwanie, że każdy będzie miał do mnie pretensję i wyleczyłam się z tej traumy, ale trwało to bardzo długo, bardzo długo. Dlatego rozumiem świetnie, że praca z klientem jest naprawdę ciężkim doświadczeniem w życiu
Noworocznie życzę więc osobom pracującym w handlu i usługach samych miłych i kulturalnych klientów! :)  

Brak komentarzy: