niedziela, 21 listopada 2010

Jakby to było...

Jakby to było mieć pracę, w której nie trzeba zapamiętywać setek rzeczy każdego dnia? W której nie trzeba by było gimnastykować mózgu i zmuszać go do wysiłku każdego dnia?
Mogło by być pięknie... I trochę... nudno??
W pracy codziennie wsiąkam mnóstwo informacji. Przydatnych później, czy nie - muszę zapamiętywać, przetwarzać i szufladkować sobie w głowie do wyciągnięcia później. Kiedy później - nigdy nie wiadomo, może za tydzień, a może za rok. Nie ważne kiedy - informacja musi być pod ręką w razie konieczności. Musi trafić do właściwej szufladki i z niej wyskoczyć, kiedy będzie potrzebna. Muszę też przetwarzać informacje - dostaję pojedyncze newsy i nie tylko muszę je skompletować, aby były przydatne do wykorzystania, ale też muszę je poskładać, przetworzyć i wyciągnąć z nich wnioski.
Codziennie moją głowę zalewa rzeka śmieciowych informacji, które są przydatne tylko tu i teraz i nie są wcale przydatne w życiu na dłuższą metę.
Ostatnio (mam tu na myśli ostatnie 3 miesiące) tempo pracy było u nas szalone. Może powinnam powiedzieć, że było szalone dla mnie. Nie dla wszystkich w pracy, ale dla mnie zwłaszcza. No cóż... ciekawe doświadczenie.
Mój służbowy telefon dzwonił po pińdziesiąt razy dziennie i w bardzo niesłużbowych godzinach. Czułam się jak bohaterka "Diabeł ubiera się u Prady". Widzieliście ten film? Tak na marginesie to ja go bardzo lubię, ale jest tam taka jedna scena, kiedy zaraz po zatrudnieniu w Runwayu telefon Angie dzwoni o bladym świcie i okazuje się, że powinna być już dawno na nogach, myśląca, gotowa do pracy i w zasadzie to już powinna być w pracy. Na budziku była 6.15 rano. Albo te sceny, kiedy Angie siedzi w pracy wieczorem, chociaż już dawno powinna być w domu... Nom, właśnie tak było - w filmie i w moim życiu.
Zadziwiające to nawet było - planowałam na przykład zacząć pracę o 9 rano, o 8.15 byłam jeszcze w domu, w bieliźnie, zmierzając do deski do prasowania. I co? rozlegała się moja komórka w tym momencie i okazywało się, że trzeba zrobić coś, co jest absolutnie niewykonalne, będąc w domu. Albo scena nr II: idę do auta rano, spokojnie, bo oczywiście jest rano i pracę dopiero mam zacząć. I co? Dzwoni mój telefon! Odbieram, a tu news, który podnosi mi ciśnienie sto razy skuteczniej, niż kawa.
Albo scena nr III: godzina dwudziesta pierwsza. Jest wieczór i normalni ludzie spędzają go, żyjąc swoim prywatnym życiem. A ja siedzę w pracy. Po raz trzeci w ciągu tygodnia. Od 8mej do 21ej mija wiele godzin. Wiele, wiele godzin spędzonym na maksymalnym skupieniu i produkowaniu z siebie twórczych działań. O godzinie 21ej już jestem mocno odjechana ze zmęczenia i dzień kończy się... słuchaniem ckliwej piosenki Krzysztofa Krawczyka o tym, co dał nam los czy coś w tym stylu, którą grali na dwóch weselach, na których byliśmy w październiku. Normalnie nie słucham takiej muzyki, ale tego wieczora miałam nieodpartą ochotę wyskoczenia z siebie i stanięcia obok, aby przez chwilę się wyluzować.
Po 3 miesiącach pracy na najwyższych obrotach, mój mózg się przegrzewa. Nie mam ochoty siadać przed kompem w domu, nie mam ochoty pisać maili do znajomych, nawet pisanie SMSów mnie boli... Nie piszę nic na blogu, bo... nie piszę nic w ogóle. Poza specyfikacjami i mailami służbowymi.
Wypalił mi się mózg. Dosłownie.
W pracy potrafię wyprodukować z siebie wszystko, co potrzebne, bez zastanawiania się, czy potrafię, czy nie. Cokolwiek mam do zrobienia, robię bez wahania, nie ważne czy łatwe, czy trudne. Maksymalna mobilizacja. Biorę i robię, bo mam tyle do zrobienia, że każda chwila spędzona na zastanawianiu się jest bezcenna.
Siedzę w pracy, myślę o pracy. Wychodzę z pracy,
myślę o pracy. Biorę prysznic, myślę o pracy. Zasypiam, myślę o pracy. Budzę się, myślę o pracy. Śpię, śni mi się o pracy.
Praca, praca, praca...
Mam nadzieję, że tempo w pracy wraca do normalności, bo nie mam już siły na takie szaleństwo.
Muszę wrócić do równowagi pomiędzy pracą (1/3 dnia), a życiem prywatnym (2/3) życia. I do pisania czegokolwiek innego niż piszę w pracy.
Byłoby miło...

2 komentarze:

Nomad pisze...

Och, a już się bałem, że kolejna osoba się wykruszyła z mojej listy czytelniczej. A z pracą, to z wiekiem/doświadczeniem przychodzi coraz większy dystans do pracy. Czasami to po prostu przekroczenie pewnej granicy. Wtedy się łamiemy i nagle stwierdzamy, że praca to nie wszystko. Przestajemy się aż tak angażować w pracę i zwykle okazuje się, że nadal wszystko funkcjonuje mimo tego, że czegoś nie zdążyliśmy, że czegoś nie nadgoniliśmy. I to, że baliśmy się, że nas uznają za winnego wcale nie jest prawdą. Co więcej zyskujemy jakimś dziwnym trafem szacunek współpracowników i szefa. Czego i Tobie życzę.

Justee pisze...

Masz rację, ale pocieszam się, że w tym wypadku gra była warta świeczki. Poza tym, że czasem trzeba zawalczyć o swoje, też jestem zwolennikiem odpowiedniego dystansu do pracy...