niedziela, 28 listopada 2010

Przypadki - wpadki

To, że ja miewam różne głupie przypadki, to wiadomo. Łukasz się zawsze z nich śmieje potem dłuuugie tygodnie. I wypomina mi moje mądrości przy każdej okazji. Przyznaję, czasem niechcący palnę jakąś gafę i faktycznie śmiesznie to wychodzi. Ale to nie jest wyłącznie moja domena i każdy potrafi tak dać czadu od czasu do czasu.
Więc teraz będzie o takich przypadkach. Niekoniecznie moich. Za to takich, które są bardzo zabawne i z których się można dłuuuugo śmiać.
Oboje z Łukaszem mamy komórki służbowe. Łukasz ma przekierowanie rozmów przychodzących ze swojej służbowej komórki na swoją prywatną. Kiedy dzwonię do niego, zawsze więc odbiera telefon prywatny. Dzwoni do mnie przeważnie też z prywatnego. Ma w nim zapisane te nasze służbowe numery tak: jego służbowy widnieje jako "Służbowy", a mój jako "Justynka służbowy". Dzisiaj koło południa pojechałyśmy z Kamisio do sklepu w poszukiwaniu butów idealnych na zimowe mrozy. Łukasz w tym czasie skoczył do pracy, aby coś tam szybko załatwić. Łukasz oczywiście skończył szybciej, niż dwie baby mierzące dziesiątki butów, chciał więc zadzwonić do mnie i zapytać czy po nas przyjść. Dzwonił wiec na służbowy, który mam zawsze ustawiony wystarczająco głośno, aby go słyszeć. Raz zadzwonił - zajęte. Drugi raz - zajęte. Na prywatny więc spróbował, ale prywatnego to ja przeważnie nie słyszę, więc nie odebrałam. Co było robić, ruszył Łukasz do nas do sklepu. Spotkaliśmy się przy wyjściu. Na powitanie Łukasz oznajmił, że mam coś nie tak z komórką służbową, bo jest cały czas zajęta i nawet na pocztę głosową nie wpadł.
Ok, przyjęłam do wiadomości, ale nie przejęłam się tym.
Jakąś godzinę później przypomniało się to Łukaszowi przy obiedzie. Akurat mówiłam, że w jednym telefonie psuje mi się chyba bateria. Łukasz zapytał, czy sprawdzałam, co jest nie tak z tą służbową komórką, ale ponieważ nie miałam żadnych nieodebranych połączeń, żadnego info, że ktoś chciał się do mnie dodzwonić - co dziwne - więc zaczęłam wydzwaniać na nią z prywatnej. Wszystko działało.
Nagle Łukasz zmarszczył brwi, pomyślał, po czym zrobił zakłopotaną minę i poleciał po swój telefon.
Okazało się, że wydzwaniał na swoją służbową komórkę, a że dzwonił z prywatnej, na którą są przekierowane rozmowy, więc miał ciągle zajęte.
Brawo! Oficjalnie straciłam status jedynej zakręconej osoby w tej rodzinie. :)
Scenka II - nasza ulubiona Blondynka.
Blondynka miała tajny schowek na laptopa. Kiedy wybywała z domu na dłużej, chowała laptopa do szuflady pod kuchenką. Do tej szuflady, która mieści się pod piekarnikiem kuchenki. Laptop leżał tam zawsze grzecznie i bezpiecznie do jej powrotu. Blondynka wracała do domu, wyjmowała lapka z szuflady i wszystko grało.
Pewnego razu, po powrocie z dalekiej podróży Blondynka miała zaplanowane pieczenie ciastek. Albo czegokolwiek innego, nie pamiętam już co to było, w każdym razie wymagało to użycia gorącego piekarnika. Ciastka udały się świetnie, piekły się w wysokiej temperaturze w najlepsze, kiedy to Blondynce zaświtało, że przecież... Gdzie jest laptop?! Ano w szufladzie pod piekarnikiem. Aktualnie mocno rozgrzanym...
Na Blondynkę padł blady strach, poleciała ratować lapka, albo cokolwiek z niego zostało.
Ku jej uldze szuflada wcale się nie nagrzała od piekarnika, widocznie producent kuchenek przewidział, że trzeba ją dobrze zaizolować, bo może być wykorzystywana do przechowywania materiałów mało odpornych na ciepło. Lapek działa, nic mu nie jest, ale schowek został przekreślony raz na zawsze, jako miejsce niosące ze sobą potencjalne zagrożenie.

Brak komentarzy: