niedziela, 28 listopada 2010

Gdzie ja mieszkam...

Każdy chyba zna takie opowieści, jak to się człowiekowi pomyliło, które drzwi do mieszkania w bloku są jego. To dosyć powszechne zjawisko.
Koleżanka z pracy opowiadała mi kiedyś, że ona regularnie włamuje się do drzwi sąsiadki mieszkającej piętro wyżej. Co zabawne, sąsiadka podobnie - regularnie próbuje sforsować drzwi do mieszkania owej koleżanki - dla odmiany drzwi o piętro za nisko. Drzwi w całej klatce mają jednakowe, jeśli idą zamyślone, to sąsiadka skręca o jedno piętro za wcześnie, a koleżanka, młoda osoba, pędzi o jedno piętro za wysoko, zupełnie nie licząc, ile już minęła pięterek. Żadna z nich nie ma pretensji do tej drugiej za nieautoryzowane próby sforsowania zamka w drzwiach. Śmieją się z tego i zawsze żegnają ze śmiechem, odgrażając się, że niedługo druga z nich znów się pomyli i będą przez chwilę kwita.
Kiedy przeprowadzaliśmy się na Porębę, Tata opowiedział nam, jak jego koleżka kilkanaście lat temu pomylił mieszkania w bloku na sąsiednim osiedlu. Na Widoku. Blok był ustandaryzowany, drzwi były wszędzie takie same, białe, wcale nie antywłamaniowe. Bez numerów mieszkań. Zamki miały takiego samego typu. Taki typowy blok z czasów post-komunistycznych.
Koleżka kiedyś wrócił do domu po popijawie i był mocno wstawiony. W mieszkaniu była jego żona i najwyraźniej nie chciała go wpuścić do środka, bo pomimo dzwonienia i stukania - nie otwierała. Klucz mu też jakoś nie pasował, a złość w nim rosła. Facet tak się nakręcił tym dobijaniem do własnego mieszkania, że wkurzył się nie na żarty. Jak to on nie może dostać się do swojego domu?? Niewiele myśląc, a w tym stanie szybkością myślenia też nie grzeszył, postanowił pokonać te drzwiczki za wszelką cenę. Rąbnął więc w nie raz i drugi porządnie, z bara. I wywalił je razem z futryną. padł z tymi drzwiami do środka, rozejrzał się i... właśnie wtedy uświadomił sobie, że to nie jest jego mieszkanie.
Co się działo potem - nie wiem, poza tym, że facio składał się w pół i musiał odkupywać drzwi, futrynę i naprawiać szkody. Ale opowieść jest pierwszorzędna i ku przestrodze dla potomnych, co by po pijaku raczej spali na wycieraczce, zamiast przenikać przez zamknięte drzwi.
W czwartek spotkaliśmy się ze znajomymi. Wieczór był super, po jakiejś godzinie już, od śmiania bolały nas policzki, a znajomych jakieś bliżej niesprecyzowane coś za uszami.
Na koniec właśnie zeszło się na takie opowieści o zabłąkanych duszach w stanie wskazującym.
Andrzej opowiedział, jak jego kolega po pijaku pomylił domy. Normalnie już nie tylko drzwi, ale cały dom mu się pomylił i poszedł włamywać się do sąsiadów, bo się kolesiowi umaniło, że ten po prawej to jego dom, a nie - jak do tej pory - ten po lewej. Podobno był z tego niezły dym. :)
U nas w bloku mieszkania mają wszystkie identyczne drzwi. Na każdych drzwiach jest jednak nalepka z numerem mieszkania. Amelka, kiedy do nas idzie - nie patrzy na numer, tylko na... wycieraczkę. Nasza jest duża, charakterystyczna, słomiana, ładna z resztą. Nikt inny takiej nie ma. Więc dziecko trafia do nas po wycieraczce. To też jest jakiś sposób. :)
Mama zapamiętała nasz numer mieszkania, bo jest taki sam, jak numer jej przedszkola. Cóż - każdy sposób dobry. Kama B. do tej pory nie pamięta, pod jakim numerem mieszkamy i pomimo, że była u nas już wiele razy, zawsze zanim przyjdzie, anonsuje się telefonem z pytaniem, jaki numer mieszkania, bo nie wie, co wybrać na domofonie. Czasem odbieram od niej telefon i mówię od razu numer, bo nie opłaca się mówić długiego "cześć, co tam" itp na wstępie, skoro obie wiemy, o co chodzi. :)

Brak komentarzy: