środa, 6 stycznia 2010

Spełniają się marzenia

W poniedziałek zachciało mi się racuszków. Moja Mama robi najlepsze w świecie puchate racuszki. Nie żadne gnioty nasiąknięte tłuszczem, tylko takie puchate, mięciutkie racunie! Uwielbiam je. Są przepyszne na świeżo zaraz po wyjęciu z patelni, a jeszcze nawet lepsze następnego dnia, kiedy trochę sczerstwieją.
W poniedziałek uświadomiłam sobie, że nie jadłam ich od wieków! Jakoś nie trafiłam ostatnio ani razu do rodziców, kiedy Mama by je smażyła. Nie wiem czy z raz w zeszłym roku je jadłam… Zawsze u nas na wieczerzy wigilijnej są racuszki, w tym roku Wigilię spędzaliśmy w Mielcu, a tam jest zgoła odmienne menu niż w Lublinie i o racuszkach nikt nie słyszał.
Miałam więc takie objawienie w poniedziałek i w chwili słabości w pracy naszedł mnie obraz i nawet smak tych wspaniałych racuszków.
Tak mi się ich zachciało, że postanowiłam chociaż naleśniki usmażyć sobie, bo takich racuszków to nie potrafię. Z resztą to są racuszki mojej Mamy, a nie zwyczajne racuszki i zrobione samemu nie byłyby takie same, choćby nie wiem co. Już taki urok pewnych rzeczy, że mają wartość tylko, jeśli wyjdą spod odpowiednich rąk. :)
W poniedziałek jednak nie byliśmy po pracy głodni i obiadu nie robiliśmy wcale. Łukasz zrobił zakupy na farsz warzywny do naleśników, ale same naleśniki usmażyłam dopiero wczoraj. A i to z wielkim bólem, bo jakoś mnie leń dopadł i nie chce mi się stać w kuchni i pichcić. W dodatku pożyczyłam w pracy słuchawki Agacie i zapomniałam na koniec dnia je zabrać do domu i nie miałam jak słuchać MP3ki aby uprzyjemnić sobie czas. Przełamałam się jednak i naleśniki wyszły pyszne, z razowej mąki z resztą, więc zdrowe. Ale to nie to samo co racuszki...
Pod wieczór przyjechała Kamisio Mała Słoninka.
Otworzyłam jej drzwi, a ona na wejście wręczyła mi siateczkę z pojemniczkiem i powiedziała:
- Trzymaj, Mami przesyła ci racuszki świeżo usmażone.
Ale się zdziwiłam!!! No nie mogłam uwierzyć!
No po prostu spełniło się moje marzenie!!
Nawet nic nie mruknęłam na ten temat, a racuszki mi z nieba spadły same z siebie!!
Mama stwierdziła, że widocznie w tym roku spełniają się marzenia, mi już zaczęły się spełniać od racuszków.
Mała rzecz a cieszy. ;) Nie, powinnam powiedzieć; mała rzecz a pyszna. :)
Mama zapakowała całą furę racuszków – rozprawiłam się z nimi raz dwa. Łukasz też w nich zasmakował i nawet wyraził życzenie, że może bym tez takie kiedyś usmażyła…. Ale jak wiemy marzeń się nie wypowiada na głos, bo wtedy się nie spełniają, wiec chyba będzie musiał poczekać na kolejną partię od Teściowej, bo ja takich nie umiem niestety. Mogę spróbować w przypływie natchnienia, ale za efekt nie ręczę.

4 komentarze:

Mena pisze...

A mnie wychodzą takie właśnie racuszki o jakich piszesz Justynko :) Moja babcia je smaży co roku na Wigilię i tak mi zostały w pamięci, że w Nowy Rok smażyłam sobie i mężowi dla rozpieszczenia podniebienia. Oto przepis:
2 1/2 szkl. mąki (1/2kg)
2 jaja
1 1/2 szkl. mleka
2 łyżki cukru
3
5 dag drożdży
sól
olej do smażenia
Drożdże rozkruszyć , posypać cukrem. Mleko podgrzać, dodać do drożdży wymieszać, czekać 10-15 minut aż zacznie rosnąć. Następnie jaja wybić, lekko osolić. Dodać do drożdży mąkę i jaja i wymieszać. Pozostawić w cieple do wyrośnięcia (około godziny). Smażyć racuchy na rozgrzanym, tłuszczu z obu stron.
Posypać cukrem lub cukrem pudrem zmieszanym z cukrem waniliowym.

p.s. Można do ciasta dodać też pokrojone jabłko, będą wtedy bardziej winne ;)
Smacznego!

Nomad pisze...

Ojej, no chociaż zdjęcie tych racuszków bym zobaczył, a przepis zaraz pokazuje żonie, może zrozumie aluzje.

Justee pisze...

Ale jesteście niesamowici! :)
Zdaje się, że do ciasta się jeszcze spirytus dolewa, aby nie ciągnęły tłuszczu, ale nie wiem ile, może z łyżkę.
Menia, to chyba jednak i ja spróbuję zrobić te racuszki :)) zmotywowałaś mnie!

Justee pisze...

Dodam jeszcze, że Łukasz też się bardzo ucieszył z przepisu, bo teraz to już tylko po drożdże poleci i trzeba robić racuszki... nie będzie wymówki :)))