sobota, 16 lipca 2011

Rzęch zwany autem

Historia z naszym samochodem jest już bardzo długa. Niedługo będzie to opowieść w stylu tych z brodą. Obrośnietych legendą.
Pierwszy raz zepsuło się to koromysło (tak, już nie Rumak Zorra) w listopadzie. Dokładnie w łikend Andrzejkowy. Byłam z siostrą. Odwiozłam Adama i Ewę (wiem, nieźle się dobrali) na jakąś imprezę i stanęłam pod Stokrotką przy Mickiewicza, bo zamarzyło się nam kupić łakocie i obejrzeć razem jakiś filmek. Zakupy zajęły nam kilka minut, była już prawie g. 21, wsiadłyśmy do auta, a ono nie pali. Był już lekki mróz, my o rzut kamieniem od domu, a samochód zwariował. Po piętnastu minutach kręcenia, zaczęłam obdzwaniać Tatę i Adama. Tata nie odbierał, w toku zabawy na imprezie andrzejkowej, Adam nic mi nie umiał poradzić. Po pół godzinie szykowałyśmy się z Kamisio do ewakuacji autobusami, każda w kierunku swojego domu, już miałyśmy naszykowane pieniądze na bilety MPK, ale na sam koniec spróbowałam go odpalić i dało radę.
Od wtedy nie było problemu aż do okolic przedświątecznych, w grudniu, kiedy to mieliśmy problem z chłodnicą.
Wtedy był już siarczysty mróz, odwiozłam koleżankę po pracy do domu i wracając od niej nagle poczułam, że przestało wiać ciepłe powietrze z nawiewów. Pojechaliśmy do Tesco na zakupy z Łukaszem, a potem do rodziców. Tata dolał nam płynu do chłodnicy, bo było mało i wszystko miało być w porządku. Następnego dnia jechaliśmy do Mielca, na dodatek z ciocią Łukasza. W połowie drogi przestało nam grzać ponownie i znów wiało zimnym powietrzem z nawiewów. Nawiew musiał być włączony, bo inaczej szyby parowały i w mgnieniu oka zamarzały i nic nie było widać. Jechaliśmy więc, jak w otwartych saniach, my z Łukaszem z przodu, z mroźnym wiatrem wiejącym nam w twarz, a ciocia z tyłu, zupełnie dzielnie to znosząc. Twierdziła nawet że całkiem jej ciepło.
W Mielcu Tata i Łukasz pół soboty jeździli w poszukiwaniu chłodnicy i warsztatu samochodowego, który by ją wymienił. Może nie w tej kolejności, ale w takim zestawie. Cudem, naprawdę cudem, przy wydatnej pomocy Mamy, która sterowała całą akcją z centrum dowodzenia w mieszkaniu – udało się kupić chłodnicę i namówić warsztat do jej wymiany od ręki. Naprawdę było to wielkie osiągnięcie i do samego końca wydawało się niewykonalne. Kiedy już w aucie lśniła zamontowana nowa chłodnica, okazało się, że… samochód nie chce zapalić. Po długiej chwili mechanikom udało się go uruchomić. Diagnozy na to nie postawili żadnej, coś tam popsikali, coś tam poruszali, ale palił.
Nie wiem czy wcześniej czy później, ale jeszcze Łukasz miał fajne przejście z samochodem. Pojechał kupić szefowej prezent i w trakcie skręcenia gdzieś na osiedlowej uliczce w okolicy ulicy Pogodnej czy Lotniczej – samochód mu zgasł na środku skrzyżowania. Śniegu na ulicach było wtedy mnóstwo, Łukasz sam nie mógł zepchnąć auta, ale na horyzoncie pojawili się dwaj policjanci i Łukasz ich zawołał do pomocy. Pomogli mu i wepchnęli auto na parking. Tam samochód został do popołudnia, a po południu zapalił bez problemu.
Jakiś czas potem jechaliśmy z kina w Plazie z Łukaszem, Kasią i Justi i była to bardzo wesoła wycieczka. Śmialiśmy się, jak opętani, humory nam dopisywały i z tego wszystkiego zapomniałam skręcić do Kasi na osiedle za Leclerkiem. Pojechaliśmy więc wszyscy razem na stację benzynową pod Tesco, aby się zatankować. Samochód nie chciał odjechać spod dystrybutora. Powiem tak – było mi bardzo głupio, kiedy poleciałam zapłacić za benzynę, a potem musieliśmy samochód wypychać na parking pod galerią Orkana. Ponieważ nie chciał zapalić dłuższą chwilę, a wtedy jeszcze po chwili palił, więc laski skoczyły do Galerii obejrzeć buty, a my z Łukaszem staraliśmy się zaczarować, aby zapalił. To właśnie wtedy Łukasz pomylił zbiorniczki i wlał płyn do spryskiwaczy do niewłaściwego pojemnika. Do wyboru był jeszcze ten z płynem do chłodnicy.
Nie pamiętam, czy i co wtedy było wymieniane, ale na pewno już coś tam działaliśmy i pewnie Tata już coś wymienił. Dość, że to był dopiero wierzchołek góry lodowej i od wtedy nasze problemy z autem tylko narastały. Następnie zgasł mi pod blokiem Amelki, kiedy po nią pojechałam. Stanęłam, zgasiłam silnik i tak już zostało. Oczywiście zima, mróz, Amelka była po chorobie, mi się chciało siku. Siedziałyśmy w Tm aucie przez godzinę, w końcu skapitulowałam i zadzwoniłam po Mamę, która nas zgarnęła. Samochód został tam do wieczora, ale wieczorem Tata zarządził, że trzeba go zabrać, bo ktoś go ukradnie. No nie wiem, jak miałby go ukraść, skoro nie palił, a poza tym nic tylko go kraść, takie cudo. Ale po samochód pojechaliśmy. Oczywiście zapalił i do rodziców dojechał bez problemu.
Znowu coś tam przy samochodzie było wymienione, po czym miał być naprawiony. Tydzień jeździł nim Tata, nic nie gasło, żadnych awarii, wszystko spoko. W łikend jeździła nim siostra do pracy – też sprawował się grzecznie. Po czym w ndz w drodze z pracy zajechała po mnie, odwiozłam ją do Piotrka na stancję i pomyślałam, że od Mickiewicza, to już jestem rzut beretem od rodziców, wpadnę do nich na chwilę. Dojechałam do Abramowic i mi zgasł. Jakimś cudem zjechałam siłą rozpędu na pobocze i zaparkowałam komuś na wjeździe. Przyjechali po mnie rodzice i mnie zholowali do siebie na podwórko. Znów coś w samochodzie wymienili, zrobili i miał jeździć.
W kolejny piątek pojechałam więc znów po Amelkę. Tym razem nawet nie dojechałam do niej. Samochód zgasł mi na światłach na wielopasmówce pod Zamkiem. Stałam na drugim z czterech pasów, dookoła mnie samochody, a ja nic z tym moim nie jestem w stanie zrobić. Dopiero po dłuższym czasie jakiś człowiek zjechał na pas zieleni i przyleciał do mnie z pomocą. Pomógł mi go zepchnąć na ten trawnik i tak sobie stałam, dopóki nie przyjechał Tata i nie zaholował mnie do domu. Amelce to już nawet nie musiałam nic mówić, sama domyśliła się, że samochód mi nawalił. Na pasie zieleni stałam sobie w najlepsze chyba z pół godziny. Nikt się mną nie interesował. Policja jeździła w tą i z powrotem, minęły mnie chyba z 4 radiowozy, ale żaden się nie zainteresował, dlaczego ja parkuję na tej trawce. Siedziałam sobie za kierownicą, na dobrą sprawę mogłam być nieżywa. Ale kogo to obchodzi? Podobnie, jak to, że nie daję rade zepchnąć samochodu z szosy. Jeden człowiek okazał się człowiekiem i sam z siebie mi pomógł. Inni byli zadowoleni, że da się mnie ominąć.
Od wtedy powiedziałam, że ja tym samochodem nie jeżdżę. Holowanie co tydzień nie jest przyjemne. Ale samochodem, po kolejnej wymianie czegoś tam, jeździł Łukasz. I pewnego dnia przyjechał po mnie nad Zalew, kiedy urządziliśmy sobie piknik po pracy całym naszym pokojem. Zabraliśmy Karinę, Marka i Artka i zapakowani w wesoły samochodzik w najlepsze zmierzaliśmy w stronę domu. Samochód stanął pod LKJ-otem na Jana Pawła II i jak już stanął, to amba. Karina najpierw beztrosko stwierdziła, że to też jakaś przygoda, poczekamy, aż zapali, po czym raźno wskoczyła w autobus, kiedy tylko nadjechał. Marek z resztą też. Artek dobra dusza, został na placu boju z nami. Zadzwonił po żonę, przyjechała z linką i nas holowali. Niestety na rondku pod naszym osiedlem Łukasz najechał na linkę, która z wielkim hukiem się urwała. Na tym etapie ja już przeraziłam się, że coś im urwaliśmy z samochodu! Na szczęście nie. Więc chłopaki zapchali mnie pod Aldika i samochód nocował na parkingu pod sklepem. Następnego dnia rano zapalił. My z tego wszystkiego poszliśmy na piwo i się odstresowaliśmy jak na białych ludzi przystało.
Urwanej linki do tej pory jeszcze Artkowi nie oddaliśmy.
Od wtedy nie wsiadałam do samochodu, dopiero w tym tygodniu pojechałam na te nieszczęsne pasemka. Samochodem jeździł Łukasz. Obaj z Tatą twierdzili (i próbowali mi to wmówić) że samochód już jest naprawiony. Podobno facetom nie można wierzyć? :P
Jak widać nie jest naprawiony, skoro zepsuł się znów tuż za bramą na podwórku rodziców. To było jednak bardzo miłosierne ze strony tego rzęchu, że nie stanął na środku szosy, bo to bardzo stresuje. Tata doszedł już do etapu, kiedy nie ma pojęcia, co temu samochodowi jest i co jeszcze w nim można wymienić.
Pomyślmy czy to już wszystkie przejścia z samochodem….?
A! Zapomniałam napisać, że stał 2 tygodnie w bardzo świetnym i polecanym nam przez kolegę warsztacie, w którym goście chyba nie mieli na niego żadnego pomysłu, ale nie chcieli się do tego przyznać, bo przez 2 tygodnie próbowali odczytać zapisy w komputerze pokładowym. Z tego, co wiemy od jednego mechanika, ten samochód, z racji swojego wieku, nie ma w sobie komputera pokładowego, który zapisuje błędy. Jest tylko coś do sterowania czy regulacji, ale żadnych reportów błędów nie zapisuje. Wiec nie ma co próbować odczytać. Goście z warsztatu jednak twardo obstawali przy podłączaniu go do komputera i odczytywaniu zapisów błędów i przez bite 14 dni im się to nie udało. Na koniec stwierdzili że wymienią nam coś tam, co kosztuje 150zł ściągnięte ze szrotu, a nowe koło tysiąca. Chyba aparat zapłonowy. Na co ja już nie wytrzymałam i zadzwoniłam do nich, aby nic nie wymieniali, po czym samochód zabraliśmy. Aparat zapłonowy w dodatku Tata miał, bo wujek przywiózł mu jakieś swoje części, które kupował kiedy walczył ze swoim samochodem jakiś czas temu. Miał taki sam problem.
Podobno Astry mają często taki defekt. Wujek tego nie przewalczył, sprzedał auto. Ale jak mam go sprzedać, skoro albo nim nie dojadę na giełdę, albo ludzie nim z giełdy nie wyjadą…

2 komentarze:

marko pisze...

Witam, ciesze sie ze znowu jestes, wiesz jedni mowia ze z samochodem w trudnych chwilach nalezy rozmawiac, ja czasem klne jak mi cos nadmiarowo warczy w moim tez juz nie nowym rzechu ale nie przechwalajac, sporo znieczulicy przy okazji na jezdni, fakt ze nieliczni garna sie do pomocy, standard to klakson i pare gestow taka nowa moda byle nie padlo to na mnie bo ja mam porzadniejsza bryke!!!

Justee pisze...

Dzięki za doping :) W końcu się "odetkałam" i coś napisałam, bo już jakoś wyszłam z wprawy i natchnienia.