piątek, 19 lutego 2010

Śnieg w ilości ekstremalnej

W łikend napadało tyle śniegu, że w od poniedziałku przemieszczałam się autobusami.
Samochód zasypało mi na parkingu, a ja nie miałam żadnej szufli do odgarnięcia tych zwałów śniegu.
Łukasz był do wtorku w Mielcu, więc byłam zdana na siebie.
W niedzielę wieczorem Łukasz zadzwonił z pytaniem czy widziałam, jak wygląda sytuacja i czy w ogóle wyjadę w poniedziałek rano autem. Nie widziałam. To może pójdę sprawdzić. Nie za bardzo. No to niech się nie zdziwię, jeśli nie wyjadę. Dobra, nie zdziwię się. To może pojadę do pracy autobusem. No może (w domyśle: kto wie, gdzie ja tym autobusem zajadę, ale nie martwmy się na zapas).
W poniedziałek rano byłam więc przygotowana na to, że mogę samochodu nie użyć.
Poszłam dziarsko na parking i faktycznie zdumiałam się nielekko, kiedy zobaczyłam potężną czapę śnieżną na całym aucie. Nie wiem, ile to miało grubości, ale obstawiam, ze 30 cm najbidniej, bo moja plastikowa szufeleczka podczas zgarniania tego śniegu z dachu auta wyglądała na śmiesznie malutką. Jakoś tak nieproporcjonalnie.
Ledwo dałam radę odgarnąć śnieg z auta tą szufeleczką (która przecież jest normalnych rozmiarów, jeśli się jej nie przyrównuje do rekordowych opadów śniegu). I już, już kończyłam, szacując, że dam radę wyjechać, bo śnieg był miałki i puchaty, kiedy nagle... Tak, na parking wjechał mini spychacz, beztrosko przegarnął śnieg ze środka parkingu na koniec i przy tym usypał mi przed samochodem potężny zwał śniegu, którego nie mógł nijak już przegarnąć, bo rozwaliłby mi i innym samochodom zderzaki.
W tym momencie ja dałam za wygraną, zgarnęłam resztę śniegu z maski, aby nie zamarzł mi czasem w skorupę lodową, zamknęłam auto, wzięłam moją torebeczkę i podreptałam na przystanek autobusowy.
Po południu podwiózł mnie do domu z pracy Marek, który ofiarnie zaproponował, że mi ten śnieg odgarnie sprzed auta. Mina mu trochę zrzedła, kiedy wyjęłam z samochodu moją mini szufeleczkę wykonaną z czerwonego (Tak! na dodatek z czerwonego, bo innych kolorów nie było, kiedy ją kupowałam!) plastiku. Pomachał nią chwilę, po czym zarządził, że jedziemy do Obi po przyzwoitą szuflę do śniegu. Ok, jedźmy.
Najpierw zajrzeliśmy do Ysku. Zero szufli. Nie szkodzi, ten sklep jest jakiś mało szuflowy.
Pojechaliśmy więc nie zrażeni do Obi. A tam pan nam powiedział, że szufle będą, owszem. W środę. Nie szkodzi, mamy jeszcze Tesco naprzeciwko.
W Tesco pani nam powiedziała, że szufle skończyły się dzień wcześniej o godzinie 11-tej rano i na razie nie mają, dopiero będzie dostawa. Nie wiadomo kiedy.
To ostudziło nasz zapał do poszukiwania szufli i doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu więcej jeździć po mieście, bo skoro nie ma tu, to nigdzie więcej też nie będzie.
Samochód przestał na parkingu do środy.
We wtorek wrócił Łukasz, ale nie miał czym go odkopać z jednej wielkiej zaspy, w jakiej był zaparkowany.
W środę okazało się, że szufle w Obi były przez godzinę, bo mniej więcej tyle czasu potrzebowali klienci, aby wykupić wszystkie. Łukasz kupił więc jakąkolwiek łopatę i wieczorem przerzucił cały śnieg oblegający auto. W czwartek pojechałam do pracy już samochodem.
Od środy lub czwartku jednak trwa odwilż i wszystko się zaczyna topić. Co prawda płynie woda wszędzie, ale zawsze to trochę mniej śniegu zalega.
W całym Lublinie jednak są usypane śniegowe wielkie zaspy, które będą topić się całe wieki... Aż trudno uwierzyć, że kiedyś one znikną, a w zamian będą miejsca parkingowe, trawa, albo zwyczajna widoczność na to, co jest za rogiem ulicy. Nie mogę się już doczekać.

2 komentarze:

marko pisze...

Ostatnio wiele jest sklepow malo szuflowych, widac jest spory popyt na sprzet tego typu, szczesciem zima powoli ustepuje, teraz nalezy szybko rozgladac sie za solidnym obuwiem pelno gumowym na okolicznosc plusowych roztopow!

Justee pisze...

No już topnieje i póki co bez większych problemów - powodzi nie mamy ;) Ale aż miło, jak czuć taki powiew wiosny!