czwartek, 3 listopada 2011

Sterowniki? po co komu...

Nie tak dawno temu siadłam przed komputerem i po raz kolejny doszłam do wniosku, że strasznie wolno chodzi ostatnio. Pomyślałam więc odkrywczo, że na pewno trzeba mu pomóc i coś mu poczyścić, albo zdefragmentować. Wiadomo, defragmentacja trochę trwa, więc znacznie szybsze jest czyszczenie. Od jednego pomysłu do drugiego zaczęłam robić na kompie generalne porządki.
Wyczyściłam pamięć podręczną, ale niewiele to dało, bo w sumie czyszczę ją regularnie i niewiele tam było do usunięcia.
Zabrałam się więc za odinstalowywanie jakiś zbędnych programów, bo przecież po co mi to?
Odpaliłam listę programów i leciałam po nazwach. Wywaliłam kilka różnych, po czym natrafiłam na coś nazwanego "motorola-coś-tam-coś-tam". Pomyślałam, że to na pewno jakiś sterownik od mojego starego telefonu komórkowego - właśnie motoroli, która była pod wieloma względami okropna. I której kariera dobiegła końca na całe szczęście, zastąpił ją wypasiony htc.
Niewiele myśląc usunęłam więc sterownik o nazwie "motorola-coś-tam-coś-tam".
W tle moich porządków, leciał na komputerze jakiś film. I nagle coś pobrzdąkało w tym filmie i został sam obraz! Film stracił głos!
No wyobraźcie sobie moje zdumienie!
Od razu domyśliłam się, że usunęłam sobie o jeden sterownik za dużo i że zapewne był to sterownik od karty dźwiękowej. No to miałam.
Sama nie wiem, czy lepiej już kiedy myślę i wymyślam takie głupawe akcje typu: czyszczenie komputera, czy lepiej kiedy nie myślę, tylko robię takie głupawe akcje typu: usuwanie sterownika, bo mi się nie podoba nazwa.
Co ja się oszukałam na necie odpowiedniego sterownika, to już tylko ja wiem. I Łukasz, który w tym samym pokoju wtedy oglądał TV (z głosem, bo z TV nie umiem na szczęście nic usunąć). Śmiać mi się chciało strasznie, bo sama sobie tak dobrze zrobiłam.
Nie po raz pierwszy z resztą.
Kamisio mi przypomniała, że kiedyś z naszego komputera rodzinnego też coś usunęłam, jakieś pliki systemowe (sic!) i potem komp się zwyczajnie nie włączał. Trzeba mu było stawiać system od nowa. Zapomniałam już o tym. Zupełnie, nawet mi się nie przypomniało. Może, jakbym pamiętała, to bym więcej się za czyszczenie plików i programów nie brała. Wiadomo, że pamięć jest podstawą rozwoju i ewolucji... Nie będę więc mówić wprost, o czym to świadczy. :)
Szukałam więc tego nieszczęsnego sterownika do karty dźwiękowej całe wieki. Zmarnowałam chyba z godzinę na to. Poinstalowałam całą rzeszę jakiś durnych driver-testerów i innych driver-checków, które bardzo inteligentnie skanowały komputer, mówiły mi, że brakuje mi sterownika do karty dźwiękowej, po czym chciały mnie namówić na kupienie tego sterownika. Za pieniądze. No dobra, ale ja już za niego raz zapłaciłam, kiedy kupiłam laptopa. Mam na pewno na płytce recovery kopię wszystkiego, co potrzebne mi do tego, aby lapek działał sprawnie, ale kto chce przeinstalowywać sobie cały system tylko dlatego, że brakuje jednego drivera? Potem ma się goły system operacyjny i całe wieki trwa, zanim się poinsatluje wszystkie programy.
W końcu wpadłam na pomysł, że Windows, jak by badziewny nie był, ma takie magiczne narzędzie typu Windows update, więc nic, tylko sobie ściągnie ten sterownik sam!
Uruchomiłam windows update i faktycznie! Powiedział mi, że brakuje mi sterownika do karty dźwiękowej (też mi odkrycie! Tego wieczora często to mi mówiły rożne programy) i zaproponował update. Skorzystałam z tej opcji, co trwało dosłownie z pół godziny albo dłużej, ale koniec końców sterownik się znalazł i na laptopie wrócił dźwięk.
Coś jednak nie działa do końca dobrze, bo teraz ten dźwięk mi pyka, kiedy np. coś się włącza. Słychać takie głośne trzeszczenie "pyk, pyk" i już potem wszystko działa dobrze. No cóż, może kiedyś pokuszę się o reinstalację Visty. Na razie nie chce mi się o tym myśleć nawet. W sumie... nie przeszkadza mi to pykanie tak bardzo... Grunt, że mam dźwięk z powrotem, bo era niemego kina skończyła się w okolicach lat 20-tych ubiegłego wieku! :)
Nadal jednak nie mogę się nadziwić, kto nazywa "motorola-bla-bla" sterownik do karty dźwiękowej w Asusie!!??

3 komentarze:

klaudia pisze...

Tajniki komputera nigdy nie zostaną przeze mnie w pełni odkryte, może to i lepiej :p
Za zamierzchłych czasów, kiedy chodziłam jeszcze do liceum, mój matematyk powiedział, że przeciętny użytkownik komputera wykorzystuje jego możliwości jedynie w 15% i coś w tym chyba jest - przynajmniej w moim przypadku.

marko pisze...

Trudno aby przecietny uzytkownik wykorzystywal mozliwosci w 100% bo cos takiego nie istnieje, raczej kierujemy sie okreslonymi preferencjami, porownujac do internetu calosci nie w sposob ogranac, czasem jak czuje ze maszyna zwalnia mi tempo robie bacup i stawiam sytem na nowo nie szukam przyczyny taka uroda systemu Windows

klaudia pisze...

Pewnie, że w 100% nie, ale dla mnie przerażające jest to, że nawet nie w 50%, czy nawet 30%, bo aż się boję pomyśleć, co tam jeszcze może się kryć ;)