czwartek, 3 listopada 2011

Ozzy morderca kurczaków

Justi dała mi do przeczytania biografię Ozzy’ego Osbourna. Dała mi ją z tekstem „Nie wiem czy dla ciebie nie będzie miejscami za mocna, ale spróbuj…”
O Ozzym nie wiedziałam kompletnie nic, dopóki nie przeczytałam tej książki. Na dobrą sprawę nie kojarzyłam nawet jednej piosenki Black Sabbath, chociaż w trakcie lektury dowiedziałam się, że Paranoid jest ich, więc coś jednak znam.
Za to teraz, po przeczytaniu biografii, wiem o Ozzym aż za dużo. Chyba trochę jestem w szoku. Nie wiem tylko od czego bardziej. Ale po kolei.
Po pierwsze książka jest napisana takim językiem, że jakby go ocenzurować, to połowę tekstu by wyleciało, bo to same ozdobniki z łaciny podwórkowej. Dziwi mnie, że ktoś to w ogóle wydał. Co prawda nie przeszkadza mi takie przeklinanie, chociaż nigdy nie czytałam tekstu, w którym było by tyle wszelkiego rodzaju przekleństw i tak potoczny język. W sumie ten język pasował do treści, więc zamiast całego szeregu czasowników były „jeby”i „pierdolniki” odmienione na różne sposoby. A „kurwa” występowało w roli przecinka.
Może ja po swojej resocjalizacji zrobiłam się niewrażliwa na takie ozdobniki. Podobnie, jak i na pewne historie, które on opisywał. Nie wiem, nie raziło mnie to za bardzo, bo trochę się takich kwiatków naoglądałam na studiach. Ale jednak mnie trochę dziwiły. Chyba najbardziej dlatego, że facet pił i ćpał na potęgę przez jakieś 40 lat swojego życia. Miewał blackouty i inne zaniki świadomości i budził się w dziwnych okolicznościach, miewał durne pomysły, które jakimś cudem go nie zabiły. I pomimo tego dożył w zdrowiu do sześćdziesiątki, zarobił majątek, stał się legendą i dalej żyje sobie wygodnie w ogromnej posiadłości w Anglii.
I pomimo, że efekt końcowy jest bardzo fajny, to kto by chciał przeżyć 40 lat w totalnym zamroczeniu, łykając prochy garściami, wciągając ścieżki koki, wypalając sobie mózg tonami skrętów i zalewając to litrami alkoholu. A on się dziwił, że chodził zamulony i apatyczny.
Jak powstała ta książka, to jest dla mnie zagadką. Facet ma mózg przeżarty przez używki, miał wypadek na kładzie i ma problemy z pamięcią (tą doraźną co prawda, ale jednak ma). Nie pamięta chyba 1/3 swojego życia, bo chodził nawalony do nieprzytomności, a mimo tego napisał książkę, w której chronologicznie opisał różne sytuacje i która jest spójna i logiczna. Niewiarygodne. I niewykonalne, jeśli chodzi o moje zdanie. Musiał mieć ghost writera i musiał mu ktoś to wszystko nie dość, że napisać, to jeszcze poukładać. I pewnie ten ktoś musiał zrobić niezłe wykopaliska, aby dociec gdzie i kiedy Ozzy pracował, co kiedy robił itp., bo nie wierzę, że w cudowny sposób Ozzy sobie sam to przypomniał.
Książkę czytało mi się całkiem dobrze dopóki mądra pierwsza żona Ozzego nie postanowiła go resocjalizować za pomocą hodowli kurczaków. Kupiła mu kilkanaście kurek i kazała je karmić. I przypominała mu o tym stale. A jego to wkurzało (i to jest ocenzurowana wersja tego, jak na niego działało przypominanie o nakarmieniu kurczaków). Kiedy ich nie karmił, z nadzieją, że zdechną, albo strzelał przy nich ze swojej fuzji,z nadzieją, że dostaną ataku serca i zdechną - to już mi się nie podobało. Ale dopiero w momencie, kiedy wpadł w amoku do kurnika i powystrzelał wszystkie kury, uznałam, że jest skończonym debilem, któremu mózg zeżarł biały proszek w różnej postaci.
Mimo tego ubawiłam się z tych opowieści, bo książka jest fajnie napisana. Komentarze są na miarę olewającego rockmana. Najbardziej mi się podobała opowieść o tym, jak eksperymentował z pigułką gwałtu, którą dał mu niemiecki lekarz, jako środek wspomagający sen. Dziwny ten lekarz, chyba nie miał najrówniej pod sufitem, ale ok. Otóż Ozzy zażył dwie i poległ na łóżku w motelu oglądając TV. Nie wierzył w ich działanie, wiec czuł się rozczarowany. Aż w pewnej chwili pigułka zaczęła działać i go sparaliżowało, chociaż świadomość mu pozostała. I w tym momencie Ozzy sturlał się z łóżka, walnął głową w stolik i utknął między łóżkiem a ścianą na jakieś 5h. I tu uznałam, że los się zemścił za biedne kurczaki i dobrze mu tak! Śmiałam się z tego na głos, bardzo długo. Oczywiście Ozzy nie poleca rhypnolu po tym wydarzeniu. Ale co jest najciekawsze – jakby nie sturlał się po tych pigułkach za łóżko i nie miał takich przykrych przejść, to pewnie uznałby, że rohypnol jest fajny i jest po nim dobra zabawa, więc wtedy by go polecał.
To jest taka książka… w zasadzie to sama nie wiem, co o niej myślę.
Niby uzależnienia są chorobą, ale jakoś nie mam za wiele sympatii do tego typu recydywistów. Znam kilku pijaków z Lublina, obserwowałam ich pijaństwo przez całe dzieciństwo i jakoś nie uważam, żeby należał się medal komuś, kto pił przez dziesięciolecia, po czym nagle przestał. I co? Jest z siebie dumny. A dzieci i żona przeszły piekło, którego nikt im nie cofnie. A taki pijaczyna po tym, jak przestanie pić, jest taki dumny z siebie, że nic tylko chciałby dostać medal. Więc ubawiłam się czytając tą książkę i pośmiałam, owszem, ale nie mam o Ozzym dobrego zdania, bo jak by nie patrzeć po 40-tu latach używania sobie to już nie zasługuje na uznanie. I to dobrze dla niego, że się w końcu nawrócił i przestał pić i ćpać. Ale o jakieś trzydzieści kilka lat za późno to zrobił. Bo o ile młodość usprawiedliwia takie durnoty i słabości, bo jest to czas na wyszumienie się, o tyle w okolicach trzydziestki, kiedy miał rodzinę i dzieci, to zamiast latać w amoku z fuzją i strzelać do wszystkiego, co się rusza, mógł trochę przyhamować, aby pozwolić ludziom pożyć w spokoju.
No nie wiem, przeczytajcie sami, lektura w sumie ciekawa. Na zasadzie „Dobrze, że to nie mój ojciec albo mąż” – taka ciekawa. Niestety niektórzy czytając to pomyślą sobie „zupełnie jak mój ojciec albo mąż”… No właśnie.

2 komentarze:

klaudia pisze...

Przywędrowałam tu dzisiaj i przeczytałam wyrywkowo kilka Twoich postów i już wiem, że uwielbiam Twój styl pisania :) więc pewnie jeszcze tu wpadnę. Pozdrawiam.

Justee pisze...

O, to super fajnie, wpadaj często :) bardzo mi miło!