czwartek, 1 lipca 2010

Sezon pomidorowy

Nareszcie przyszedł czas, kiedy pomidory mają smak pomidorów, są wielkie, słodkie i soczyste i ... mogłabym je jeść non stop! Uwielbiam pomidory z dużą ilością soli. Najlepiej sparzone i obrane ze skórki. Od trzech dni nie mogę się oderwać od takiej przekąski. Łukasz tylko kursuje do sklepu, a raczej pod sklep, gdzie stoi facet z warzywnym kramem i mi takie pyszne pomidorki kupuje.
Mój brat, kiedy był malutki wołała kanapkę "Cheba masiem i podona", każdy chyba rozumie takie dziecięce gadanie. Ja wzbogaciłam te kanapeczki jeszcze o świeżą bazylię. Pychotka!! Nie trzeba żadnej wędliny, ani sera do tego, sam pomidor wystarcza!
Bazylia znów nam urosła, wielki krzak w doniczce na parapecie w kuchni. Wspaniała! Ma wielkie liście, a aromat od niej tak bije, że kiedy wróciliśmy we wtorek - w całym mieszkaniu pachniało jakimś bliżej nieokreślonym daniem. Teraz usilnie pracuję nad obgoleniem jej trochę, bo wolę, ja mieszkanie pachnie trochę mniej bazyliowo. :)
Z pomidorem wiąże się jedna anegdota, którą sobie przypominamy z koleżanką ku wspólnej radości. Kiedy byłam w stanach, zaprzyjaźniłam się tam z taką Anią. Super się dogadywałyśmy przez cały pobyt tam i rozumiałyśmy się bez słów. Bardzo dobrze się nam współpracowało. Ania była skowronkiem, rannym ptaszkiem, nie miała żadnych problemów ze wstawaniem rano, w przeciwieństwie do mnie. Po kilku tygodniach zapanowała między nami taka rutyna, że Ania wstaje wcześniej, wiec robi śniadanie, a ja za to robię nam kolacje. Zazwyczaj rano wpadałam do kuchni prawie już spóźniona, w wielkim pośpiechu i zjadałam na szybko to, co mi Ania przygotowywała. Zwykle były to tosty z czymś, pomidor i herbata. Ania lubiła parzyć pomidora i zdejmować z niego skórkę, więc zazwyczaj pomidor był obrany.
Natomiast ja lubiłam pić wodę, co Ani się nie mieściło w głowie. Dla niej istniała tylko herbata lub soki. Woda? Zupełnie bez smaku? Niec do niej nie przemawiało, woda była nie do przyjęcia, Ania z uporem zawsze robiła mi herbatę i zawsze tak samo dziwiło ją, że ja tą wodę i tą wodę...
Dodam jeszcze, że w tym domu mieszkało 11 osób i ciągle był problem z bałaganem w kuchni. Wiecznie stały brudne naczenia na szafkach i stołach, w zlewie pełno naczyń do mycia... Sprzątaliśmy to co dwa dni, ale efekt był nader krótkotrwały.
Gdzieś pod koniec lata, pewnego ranka, Ania oznajmiła, że wstała wcześniej i wcześniej wychodzi do pracy, aby pooglądać wschód słońca czy coś tam innego. OK. Śniadanie mam zrobione na stole w kuchni. OK.
Zeszłam do kuchni na śniadanie oczywiście w pośpiechu, na talerzyku czekały na mnie dwa tosty. A obok... filiżanka wody!! To się dopiero zdziwiłam! Co to się stało Ani, że nagle zaakceptowała moje upodobanie do picia wody i zamiast herbaty zostawiła mi wodę do śniadania???
Trochę zdziwiona, ale mile zaskoczona, zjadłam tosty, popiłam wodą, która smakowała odrobinkę dziwnawo... I poszłam do pracy.
W ciągu dnia przy rozmowie zagadnęłam Anię o tą zmianę frontu. Zapytałam co ją naszło, że dzisiaj zamiast herbaty zostawiła mi wodę do śniadania?
- Jaką wodę? - zapytała zdezorientowana
- No wodę w filiżance. Do picia. - odparłam niezrażona - Stała koło kanapek. Na stole.
Na to Anka wybuchnęła wręcz histerycznym śmiechem. Dłuuugo nie mogła się uspokoić, a ja dłuuugo nie mogłam dowiedzieć się, co ją tak rozbawiło.
Kiedy już ochłonęła, poinformowała mnie, że w tej wodzie... parzyła rano pomidorka do kanapek. To była woda po pomidorze, a nie do picia...
No tak. W filiżance. Koło talerzyka z kanapkami. Fakt, że pośród ogólnego bałaganu, bo nikt nie zawracał sobie głowy ze sprzątaniem po sobie. Ale koło kanapek!
- Zrobiłam ci przecież herbatę Justuś! W twoim kubeczku! - wyjaśniła Ania
- Tak? Gdzie ona była?!
- Na szafce stała!
No tak, na szafce, w drugim bałaganie. Mogłabym jej szukać do woli! Woda stała ewidentnie, jakby ją ktoś naszykował do picia.
Ta historia, pośród wielu innych ciekawych wydarzeń, bardzo długo jeszcze pokutowała i mnie prześladowała. Anka - swoim zwyczajem - naigrywała się, że ja wypiję, cokolwiek tylko mi podsunie. Wymawiała mi tą wodę z pomidora dłuugie tygodnie. I niezmiennie mocno ją to śmieszyło.
Mnie trochę też śmieszyło, przyznaję, nie miałam problemów z tym, że oto padłam ofiarą niezamierzonego, ale jednak zabawnego żartu. Nie pozostawałam z resztą Ance dłużna, bo ona miała swoje przejścia, równie śmieszne. :)
Od wtedy minęło chyba z 8 lat, ale co drugi raz, jak się spotkamy, Ania wspomina tą wodę z pomidorka... Cha cha! :)

czwartek, 17 czerwca 2010

Zabawne reklamy

Łukasz ostatnio wylukał w TV nową reklamę Neostrady - tą z Sercem i Rozumem. Serce się nam bardziej podoba, jest takie zabawne, a dubbing to już ma znakomity!
Widzieliście?
Okazuje się - net twój friend wszystko Ci powie - że tych reklam jest więcej. Znalazłam na youtubie 3. Każda o innym produkcie TP SA. Wszystkie mają jakieś fajne momenty, ale trzeba przyznać, że ta Neostrady jest najlepsza.

Mimo, że to reklamy, to potrafią być udane. Z resztą reklamy od dawna są takimi mini-formami artystycznymi, o ile w ogóle ich twórcy mają odrobinkę polotu. Nie na darmo są organizowane te festiwale najlepszych reklam i nie na darmo autorzy reklam starają się zabłysnąć kreatywnością. Byle tylko przyciągnąć widzów, a wtedy marka się świetnie reklamuje, zapada w pamięci i jest rozpoznawalna.
Ostatnio - co było ciekawe - znalazłam w jakiejś gazecie czarną stronę z pomarańczowymi literami. Napis głosił, że firma nie musi tu umieszczać swojego logo, ani reklamować się żadnym hasłem, bo i tak każdy ją rozpozna patrząc na tą stronę. Było to ujęte jakoś tak, sens był właśnie taki. I co? Mieli rację. Była to oczywiście reklama Orange, a to prawda, że oni konsekwentnie trzymają się takiego zestawu reklamowego w prasie - czarne tło, pomarańczowe litery. Ich reklamy prasowe co prawda nigdy najlepsze nie były, ale jeśli chodzi o charaktrystyczność - owszem, bardzo typowe i konsekwentnie identyczne. I rozpoznawalne. Tyle, że ani zabawne, ani fajne, ani ciekawe. No ale powiedzmy, że w jakiś sposób swoją rolę spełniają.

No to teraz coś zabawnego i fajnego. Dobrej zabawy! :)







wtorek, 15 czerwca 2010

Orfeusz i Eurydyka w wydaniu Kamisio

Moja utalentowana siostra robi na swojej uczelni bardzo dziwaczne projekty. Niektóre rozumiem, inne nie. Jedne do mnie trafiają inne nie. Wszystkie są bardzo pracochłonne, czasochłonne i wymagają od Kamisio zaangażowania. Cichaczem powiem, że razem z Kamisio angażuje się w nie jej Piotruś Pan.
W ogóle studia mojej siostry są dla mnie zaskakujące. I naprawdę zdumiewa mnie to, co młodzi plastycy wszelakiej maści potrafią zrobić. A już techniki, jakimi to robią!? Powiedzmy krótko, że są bardzo niecodzienne.
Na przykład polerowanie metalowych tabliczek do lustrzanej gładkości. Własnoręcznie. Pastą polerską. Swoimi palcami, niemalże swoją skórą na palcach. Ale ok - sztuka wymaga poświęceń.
Bardzo mi się podobają te owoce twórczości Kamisio.
A teraz zademonstruję wszem i wobec, jak moja pełna fantazji siostra zrobiła bajeczkę. O Orfeuszu i Eurydyce. Własnoręcznie, bo że to animowanka, to nie trzeba się sugerować, że od razu technika komputerowa i te sprawy. Nie nie nie! Własnoręcznie.
Dobrej zabawy! Mi się bardzo podobało! :)



poniedziałek, 31 maja 2010

Od Lalki do Ziemi obiecanej

I wysłuchałam całej "Lalki" B. Prusa, w wersji audiobook, przeczytanej przez Jarosława Gajewskiego. Do wczoraj Gajewski miał dla mnie bliżej niesprecyzowane imię na "J", w końcu Łukasz nauczył mnie, że to Jarosław.
Jarosław Gajewski przeczytał "Lalkę" genialnie! Jak jego się przyjemnie słuchało!! Mistrzostwo świata! Tak fajnie słuchało się też Sędrowskiego, Fronczewskiego, Zborowskiego i Anny Polony. Gajewski dołączył do czołówki czytaczy książek.
Bohaterowie "Lalki" w wydaniu Gajewskiego mieli każdy swój własny głos. Jak był Żyd, to Gajewski czytał po żydowsku, jak był Rzecki, to tak jak mówi stary człowiek, jak Wokulski, to tak dziarsko i tubalnie. Każdemu przypasował jakiś charakterystyczny i bardzo adekwatny sposób mówienia.
Łukasz śmiał się, że Gajewski czytał Żydów po żydowsku, Rzeckiego po rzecku, a Wokulskiego po wokulsku. :) Dokładnie tak!
Bardzo przyjemnie się tego słuchało, chociaż książka mnie trochę nudziła, a trochę drażniła na początku. No ale ja ogólnie nie lubię takich bohaterów, co sami nie wiedzą, co sami chcą od życia. Potem jednak, kiedy wątki się rozwinęły i nabrały tempa, bardzo mnie ta lektura wciągnęła. A już najbardziej na sam koniec, kiedy się Wokulski panną Izabellą zdrażnił i przejrzał na oczy.
"Lalka" była momentami bardzo zabawna. Najbardziej podobał mi się Pamiętnik starego subiekta, z tymi prześmiesznymi komentarzami Ignacego Rzeckiego, który na starość zakochał się w pani Stawskiej. To były najciekawsze fragmenty. Rzecki się Prusowi udał wybitnie, najlepsza postać w całej książce.
Po "Lalce" przyszła pora na "Ziemię obiecaną" Reymonta. Czytali ją w radiu w programie 2gim, podobnie z resztą, jak "Lalkę".
"Ziemię obiecaną" czyta Malajkat. Niestety czyta średniawo. Sama książka jest bardzo fajna i wciąga mnie od samego początku, ale rzemiosło Malajkat trochę kaleczy.
Jednak aktor, który panuje nad swoim głosem, albo przynajmniej nie ma naleciałości, których nie potrafi kontrolować i który nie zaciąga zawsze na jedną nutę - to jest mistrz w swoim fachu.
A co ciekawe - w "Lalce" było mnóstwo informacji na temat cen, pieniędzy, wartości różnych rzeczy i można się było nieźle wyszkolić w tym, co za ile, na jaki procent i po ile chodziło w końcu XIX wieku. A "Ziemia obiecana" dzieje się w tych samych czasach i tak samo jest o robieniu interesów. I teraz mam już ogląd w sytuacji i jak mówią, że Borowiecki zarabiał 10 tys rubli na rok, to już wiem, co to w owych czasach znaczyło. I że wiele znaczyło.
Mam więc ciąg dalszy tej epoki, teraz z trochę innej perspektywy, bo "Lalka" była o handlu i wyższych sferach, a "Ziemia obiecana"o handlu i przemyśle w sferach kupieckich. Ale duch epoki trwa i przyznam, że mnie wciągnął.
Może potem przeczytam sobie "Rodzinę Połanieckich", która opowiada o tych samych czasach. Tak gwoli kontynuacji podróży w czasie do drugiej połowy XIX wieku.
A może ktoś to przeczytał i będę mogła sobie wysłuchać... :)

Znajomi

Zaczynam nienawidzić wszelkich portali społecznościowych. Drażni mnie to wysyłanie zaproszeń do grona znajomych przez osoby, których się w gruncie rzeczy nie zna. I co to jest za moda, ze jak ktoś mnie kojarzy z nazwiska, bo razem pracujemy, ale prywatnie nawet słowa nie zamieniliśmy, to i tak mi zaproszenie wyśle? Przecież my się nie znamy!
Wiem, że to można odczytać w stylu; zadzieram nosa, albo wymądrzam się, albo jestem nieużytek rolny. Każdy może to sobie zinterpretować, jak chce. Ale bywają takie przypadki, których się nie zna, bo się nie zna i nawet ma się niejaką niechęć do ich poznania.
Przez naszą firmę przewinął się taki jeden agent. Smutna sprawa z tą niby-znajomością. Pracowaliśmy w dwóch różnych miastach, ale codziennie prawie wydzwaniał do mnie z przeróżnymi tematami i trzeba było prowadzić go za rączkę, jak dziecko we mgle, albo tłumaczyć od podstaw, jak to wszystko działa, nie przymierzając, jak ten chłop tej krowie na miedzy.
Po jakiś dwóch miesiącach byłam w delegacji i kolega przewinął się przez horyzont, nawet siedzieliśmy w jednym pokoju przez godzinę na spotkaniu. Potem siedzieliśmy w drugim pokoju po spotkaniu. Nie przedstawił się, nie przywitał, nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem, które by sugerowało, że ma jakąkolwiek intencję zaprezentowania się i poznania mnie.
OK. Nie szkodzi. Ja wróciłam do LU, życie wróciło do normy, wróciliśmy do kontaktów telefonicznych i mailowych i zawracania mi głowy każdą pierdołą oraz tłumaczenia koledze każdego tematu od A do Z.
Po kolejnych kilku miesiącach znów pojechałam w delegację i znów kolega był na spotkaniu w tym samym pokoju. Długim spotkaniu i jeszcze dłuższym oczekiwaniu na spóźnione spotkanie, było więc mnóstwo czasu na zapoznanie się, tym bardziej, że nie byłam tam jedyną osobą, do której kolega wydzwaniał niemalże każdego dnia.
Kolega jednak nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany nawiązaniem znajomości ani ze mną, ani z nikim innym. Zupełnie aspołecznie siedział przed laptopem, z ostentacyjnie założonymi słuchawkami na uszy i udawał bardzo zajętego.... oglądaniem filmów na youtube. A nad jego biurkiem, obok jego biurka, przed jego biurkiem, za jego plecami - stało, łaziło, gromadziło się całe mnóstwo osób, które miały z nim kontakt mailowy i telefoniczny.
No i takie to były nasze kontakty osobiste i taka to była znajomość na żywo. Hmm.. dlaczego mi się ciśnie na usta, że jej nie było?
Ale co? Kolega wysłał mi zaproszenie na facebooku do grona jego znajomych, czy może tam się wysyła, że chce się dołączyć do grona moich znajomych. Jakkolwiek.
Przyznam, że to zapytanie czy chcę potwierdzić, ze jest moim znajomym mnie rozbawiło.
Taa... co to za wspaniały mój znajomy! W najlepszym razie mogę powiedzieć, że miał do mnie nastawienie lekceważące i będzie to wielki eufemizm, bo w gruncie, to miał mnie w poważaniu.
Znajomości nie potwierdziłam.
Poza tym, że było ciekawe słyszeć jego pytania, które powodowały, że oczy otwierały mi się szeroko ze zdziwienia, jak można czymkolwiek managerować, skoro się nie zna podstaw, to nic więcej nas nie łączyło. I nic więcej nie mam do wspominania po tej znajomości.
Jedynie pocieszam się, że może to zapytanie na facebooku wysłało mu się jakoś automatycznie. Oni mają taką funkcjonalność, która inteligentnie ułatwia człowiekowi życie i podsuwa sama komu można wysłać zaproszenie do grona znajomych. Może to zrobił przez przypadek, niecelowo? Tylko to mnie pociesza, bo szczerze to trochę bezczelne tak kogoś jawnie ignorować, a potem wyszukiwać go na facebooku.
Ale, ale... Teraz mi przyszło na myśl, że nie mógł mnie zaprosić przez nieuwagę, bo przecież nie znał mojego maila prv, na którego mam to konto w facebooku! A facebook to po adresach mailowych ze skrzynki podsuwa zaproszenia do wysłania! Musiał mnie kolega wyszukać po imieniu i nazwisku! Zrobił więc to z premedytacją i w pełni świadomie! O nie!
O nie, moja idee fix na pocieszenie upadło. Ludzie jednak SĄ bezczelni!!