sobota, 4 lipca 2009

Kapcie

Złapałam kapcia w zeszły piątek. Nie wiem kiedy wbił mi się w oponę wkręt-sprawca-kapcia, ale powietrze zeszło w piątek w drodze z Niemiec od znajomych.
Ściągało mi kierownicę na lewo i czułam, że na pewno coś jest nie tak, ale jechało się w miarę dobrze, a musieliśmy jeszcze zajechać do Radawca do Taty Łukasza, więc nie przejęliśmy się tym zbytnio.
O kapciu zapomniałam, nie był uciążliwy, samochód jechał całkiem normalnie, w sobotę więc pojechałam w najlepsze do rodziców. Tata kapcia zauważył oczywiście natychmiast. On ma jakiś radar w głowie na takie rzeczy. I całe szczęście, bo ja mam jakiś antyradar. Zmienił mi koło na zapasowe i wyjaśnił co robi się daje w takich wypadkach. No co? Szuka się zakładu wulkanizacyjnego, łatają tam dziurę, zmieniają koło na to załatane, a zapasowe z powrotem wraca na miejsce zapasowego w bagażniku. Niby proste, prawda? A ja o tym nie wiedziałam.
W ogóle to miałam dosyć mgliste pojęcie o tym, co robi się w przypadku złapania kapcia, bo ja mam od tego Tatę, on się zna i on mi pomaga. On też mnie oświeca w takich kwestiach.
To był mój drugi kapeć.
Pierwszego złapałam z 3 lata temu, mieszkając jeszcze z rodzicami. Oczywiście nic o kapciu nie wiedziałam. Teraz to przynajmniej podejrzewałam, bo mi kierownicę ściągało podczas jazdy, ale wtedy nie czułam żadnych objawów. Jak ten kurczaczek: "Nić nie ciuję..."
Najlepsze było to, że o pierwszym kapciu mogłam się równie dobrze nie dowiedzieć nigdy. Wstałam rano, wybrałam się i pojechałam autem do pracy. Po jakiś 2h dostałam od Taty SMSa o treści w stylu: "Złapałaś kapcia. Zabrałem koło do wulkanizacji".
Otóż Tata wstawał wtedy do pracy wcześniej niż ja (no ale to standard, wszyscy wstają wcześniej ode mnie). Zobaczył rano mojego kapcia, zmienił mi koło i jeszcze zabrał dziurawe do naprawy. Po południu odebrał już zalepione koło i mi zmienił je z powrotem.
Wtedy nie przyłożyłam do tego nawet palca.
Teraz zawiozłam koło do wulkanizacji sama. Najpierw musiałam się dowiedzieć, gdzie w pobliżu mojej pracy jest jakiś zakład wulkanizacyjny. Był w leclerc'u, więc tuż obok. Czułam dziwną niechęć do załatwienia tego, ale przemogłam się i zawiozłam koło od razu w poniedziałek, we wtorek odebrałam i wieczorem zmienili je Łukasz ze swoim Tatą.
Oj, gdyby nie nasi Tatowe, życie było by o wiele bardziej skomplikowane...:)
Moje kapcie to jednak pikuś w porównaniu do kapcia Ewy.
Złapała gumę w poniedziałek i poczuła to wyraźnie na Sikorskiego. Akurat wracała z dzieckiem od lekarza. Zatrzymała się więc i wyszła obejrzeć starty. Powietrze zeszło jej już prawie całkiem, bała się ruszyć dalej, aby sobie nie pogiąć felgi, włączyła awaryjne i zaczęła zastanawiać się co zrobić.
Dzieciak na tylnim siedzeniu, szosa pochyła, jak diabli, bo w tm mieście zjeżdża się ze sporej górki, mąż Ewy w delegacji w innym końcu Polski, Ewa zmenić koła sama nie da rady, zwłaszcza w obliczu zagrożenia, że samochod spadnie z lewarka pod wpływem grawitacji i jeszcze może zacząć się staczać w dół... Z resztą - zmiana koło jest wyzwaniem przekraczającym standardowe możliwosci kobiety.
Kama B. co prawda potrafi zmienić koło i umie sobie poradzić, ale nie każdy ma takie zdolności do radzenia sobie samej, jak ona. My - zwyczajne kobiety, tylko jej zazdroscimy. :)
Samochody na Sikorskiego trąbiły na Ewę co chwal, kierowcy krzyczeli swoje wyświechtane slogany w stylu:
- Zjeżdżaj! Nie stójtak!
itp, zamiast krzyknąć coś oryginalniejszego, na przykład: "Pomóc ci?"
Przysłowiowy pies z kulawą nogą się nie obejrzał na Ewę i jej kapcia w sposób inny, niż tylko ze złością. Nikt nie zaproponował pomocy, nikt się nie zainteresował,nikt się nie zatrzymał. NIKT.
Jedyne, co mieli do powiedzenia wszyscy kierowcy - a ruch był wtedy duży - to, że Ewa im przeszkadza na swoim prawym pasie i ze swoimi światłami awaryjnymi.
W końcu dodzwoniła się biedaczka do kolegi, który poradził jej, aby zjechała na parking pod najbliższym blokiem, a sam miał przyjechać z pomocą.
Zjechała więc, stanęła pod blokiem, stoi i czeka.
Nagle pojawił się młody chłopak, który akurat sobie tamtędy przechodził. Elegancik, taki młody luzak, wytatuowana cała wystająca spod którkich spodni łydka, blond woski, ładnie uczesane i ufryzowane, markowe ciuchym, przystojniaczek. Chłopak podszedł do ewy i rzucił krótko:
- Ja pani pomogę.
Ewa zbaraniała słysząc te słowa. Zapytała go ze zdumieniem i niedowierzaniem: "Co?".
Chłopak niezrażony powtórzył, że jej pomoże. Na co Ewa wykazując się wyraźnym brakiem kumatexu zapytała:"Jak to mi pan pomoże?". Zaskoczenie chyba jej odebrało zdolnośc myślenia w tym szczególnym momencie, no ale wyobrażam sobie, że po wyjątkowo traumatycznym postoju na awaryjnych na Sikorskiego wśród neiprzychylnych okrzyków innych kierowców, słowa chłopaka mogły wydac się jej mało zrozumiałe.
Chłopak więc wytłumaczył Ewie, jak chłop krowie na rowie (nie to, żebym porównywała, powiedzenie tu po prostu pasuje, jak ulał) że pomoze jej w sensie, zmieni jej koło.
Tu Ewa nie wytrzyła i wyleciała do niego z tekstem:
- Jak to mi pan pomoże? To ja stałam kilkanaście minut na ulicy i wszyscy kierowcy tylko na mnie krzyczeli i kazali mi zjeżdżać, nikt się nie zatrzymał nawet, a pan mi zmieni koło?
Tak, to jest szokujące, jak nieznajomy znienacka spieszy z pomocą, prawda?
Chłopak dobił jakoś z Ewą targu i koło jej zmienił.
ewa w szoku po tym dobrym uczynku zbawcy była jeszcze przez kilka dni. Chyba najbardziej zdziwiło ją to, że chłopak wyglądał na takiego osiedlowego luzaka-przystojniaka, a tu okazał się takim uczynnym gentelmanem. Zmylił Ewę chyba ten tatuaż. I markowe ciuchy.
Grunt, że można trafić na gentelmana i to nie tylko w osobie własnego Taty. I że mężczyźni nam pomagająnawet nieproszeni. :)

Jakieś plany miałam...?

Hmm... Jak by to powiedzieć? Swoje planowanie mogę sobie włożyć między bajki! Dzisiejszy dzień dowiódł, że planować to sobie można. Ale życie sobie z człowieka zakpi w nieprzewidziany sposób.
Wczoraj umyślałam sobie idealny dzień u rodziców. Naplanowałam co będę robić, już się cieszyłam, poszłam spać zaraz po 23-ciej (no dobra, przyznaję - padłam na łóżko ledwie żywa, znieczulona lampką wina), a dzisiaj wyspana i gotowa do działania wstałam po 9-tej i postanowiłam, że o 10,30 wyruszam do rodziców. Po drodze zamierzałam zahaczyć o 2 sklepy.
Nastawiłam pranie, wybrałam skrzynki z kwiatkami do zabrania, podlałam profilaktycznie kwiatki, umyłam i wysuszyłam włosy, zapakowałam do torby bikini i książkę do czytania i o 10,20 byłam już na wylocie. Zostało mi tylko umycie zębów. Śniadania nie zjadłam, bo rano nie bywam głodna, a pomyślałam, że zjem u rodziców.
I o tej nieszczęsnej 10,20 odebrałam telefon od Justyny. W piątek rozmawiałyśmy z Justyną w pracy o wyjeździe nad jezioro, niestety w ten łikend nie mogliśmy nigdzie dalej się wybrać, skoro Łukasz pracował do 14-tej. Powiedziałam jej, że myślę nad wycieczką rowerową w niedzielę, ale nad Zalew Zemborzycki. Odbierając telefon myślałam, że Justyna chce wybrać się na rower.
Justyna zaczęła zupełnie zwyczajnie od pytania co robię. Ja - nic nie podejrzewając, odparłam a to, że jadę do rodziców. Zapytałam czy nabrała ochoty na rower, na co ona powiedziała, że owszem i na rower poszła, ale właśnie się wywaliła i chyba sobie uszkodziła bark, nie ma jak wrócić do domu, musi jechać do lekarza i generalnie to ma problem, bo sama sobie nie może poradzić i szuka kto jej może pomóc. No ale skoro ja jestem u rodziców... Ja u rodziców jeszcze nie byłam, na całe szczęście Justyny nie byłam nawet jeszcze w drodze do nich, bo gdyby zadzwoniła dosłownie 5' później, to najprawdopodobniej nie usłyszałabym wcale dzwoniącego telefonu. Mogłam być już w trakcie znoszenia skrzynek do samochodu albo w samochodzie, jadąc do rodziców. Ja tymczasem tkwiłam jeszcze w domu, więc mogłam Justynę z jej rowerkiem zgarnąć.
Justyna zakończyła swoją wycieczkę rowerową bardzo blisko domu, nie wyjechawszy jeszcze nawet ze swojego osiedla. Stała przy Al. Jana Pawła II, za przystankiem.
Powiedziałam, że przyjadę na ten przystanek i zapakujemy ją i rower do samochodu. Tylko, jak wsadzić rower do hatchbacka? Trzeba zdjąć przednie koło... JAK?? CZYM??
Wzięłam z domu jakiś klucz mniej więcej wyglądający wielkością, jakby był w sam raz do śrubek w rowerze i kombinerki - nic więcej nie znalazłam w naszym pudełku z narzędziami i pojechałam, kombinując po drodze co innego można zrobić z tym rowerem, jeśli koło nie zechce dać się rozmontować. Była jeszcze opcja przypięcia go do czegoś na pobliskiej stacji benzynowej, podrzucenia Justyny do jej mieszkania samochodem, bo chodzić nie bardzo mogła, bo ręka ją mocno bolała, jak się poruszała, pójścia pieszo po rower i następnie zabrania Justyny do lekarza.
Podjechałam pod przystanek i postanowiłam wjechać na chodnik przed przystankiem, bo stawanie na zatoczce jest podobno zabronione, a akurat przed zatoczką jest przejście dla pieszych i krawężnik jest maksymalnie niski, za to chodnik jest szeroki. Wjechałam, zaparkowałam, wysiadłam i w momencie, kiedy zamykałam drzwi usłyszałam jak ktoś mówi:
- Cześć Justyna, stało się coś?
A to był Walek, który akurat jechał ze swoją dziewczyną na rowerze. No niebo nam go zesłało!
W tym momencie muszę dodać, że Walkowie na tych rowerach zmierzali w stronę naszego osiedla, czyli jakby do domu. Nie było czasu ich zapytać o to, ale wydało mi się to bardzo dziwne. Czy wszyscy zapaleni rowerzyści chodzą na rowery w sobotę bladym świtem? Skoro oni wracali, to musieli już jakąś trasę przejechać, a była 10.45 rano! Zastanawiające o której wyruszyli? Muszę go delikatnie podpytać o to w poniedziałek. Najwyraźniej jednak nie każdy ma taką awersję do wstawania w soboty przed 9-tą, jak ja i nie wszystkim wstawanie rano (w sensie prawdziwe rano, nie przedpołudnie) sprawia trudności. To moje niespełnione marzenie: wstawać w wolne dni z własnej, nieprzymuszonej i chętnej woli bladym świtem. Wyspana - dodam.
W każdym razie Artek nam to koło zdjął, zna się chłopak na tym, więc raz-dwa rower wylądował z tyłu auta.
Justyna już zdążyła się dowiedzieć, że jeśli zdąży do 11.30 do luxmedu na prześwietlenie, to cała sprawa z lekarzami da się załatwić znacznie szybciej, bo potem trzeba będzie jechać do szpitala aby ktoś jej zrobił z ręką porządek, a w szpitalu czeka się długo na rentgena. Mając zdjęcia ze sobą będzie o wiele krócej.
Pojechałyśmy najpierw do jej mieszkania. Wniosłam jej rower (bez koła, mam tylko 2 ręce, a poskładać rowerka nie umiałam) na drugie piętro. Rower dał się nieść, nie był bardzo ciężki. Justyna powiedziała, że "miał być lekki", ale z tym to ja bym się kłóciła. Wnoszenie go po schodach wcale łatwe nie było i rowerek z każdym stopniem ciążył mi coraz bardziej.
Pojechałyśmy do luxmedu. Uważając po drodze na fotoradary (a nastawiali ich ostatnio w mieście, jak wariaci!) i pieszych wydarłam, ile mogłam, na miejscu byłyśmy już o 11.15. Prześwietlenie Justynka miała w ciągu kwadransa. Dostała też razem z prześwietleniem diagnozę - ręka jest złamana, jakoś "podgłówkowo", cokolwiek to znaczy. Znaczyło to dla nas obu tyle, że będzie gips. I że trzeba było pojechać do szpitala na ciąg dalszy operacji "wywrotka z rowerka" .
Hmm... Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić.
Po pierwsze to gdzie te szpitale są, bo ja osobiście wiem tylko o dwóch i tylko do dwóch wiem, jak się wchodzi. Resztę znam tylko z nazwy i nigdy w nich nie byłam, ani jako pacjent, ani z wizytą.
Powstało więc pytanie - do którego szpitala?
Padło na Kraśnicką, bo obie wiedziałyśmy gdzie on jest i mniej więcej gdzie są wejścia.
Na miejscu okazało się, że trafienie do odpowiedniego wejścia nie jest takie proste, obeszłyśmy jedno całe skrzydło, zanim jakaś pielęgniarka kazała nam wyjść, obejść budynek i pójść do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
Tam Justyna się zarejestrowała i po chwili zniknęła w pokoju "obserwacyjnym", jak głosiła tabliczka.
Było południe, miałam szczerą nadzieję, że obserwować jej nie będą, tylko zrobią, co trzeba i wypuszczą.
Czekałam i czekałam... Byłam głodna, nie miałam nawet Tic Tac-ów, które pomagają na wszystko, nie mówiąc już o batoniku czy gumie. Nie mogłam nigdzie pójść, bo Justyna zostawiła mi swoją torebkę razem z jej telefonem. Siedziałam więc w poczekalni i tylko modliłam się, aby szybko ją wypuścili.
Zadzwoniłam do Łukasza, wyjęłam MP3 i włączyłam sobie ciąg dalszy "Nad Niemnem", odebrałam telefon od Amelki, która na mnie czekała i nie mogła się doczekać. Obejrzałam trzy przyjazdy karetek, które przywiozły pacjentów na noszach, w stanie znacznie gorszym niż Justyna i jej ręka. W końcu wyszłam przed budynek i usiadłam w słońcu opalając się, bo dzień był ładny. Niestety był tak ładny, że słońce grzało, jak szalone, kiedy więc jechałyśmy autem - a moje nie ma klimatyzacji - było nam naprawdę gorąco.
Justyna wyszła po prawie godzinie, zagipsowana tak, że chyba bardziej się nie dało. Miała dosłownie przygipsowaną tą złamaną rękę do tułowia. Włosy ktoś jej upiął fantazyjnie na czubku głowy, widocznie aby nie przeszkadzały przy wsadzaniu jej w ten gipsowy gorset, koszulka była założona na ten gips jakby dla żartu, ale Justyna miała minę dzielną.
Poszła jeszcze na jaką kontrolę z drugim rentgenem, tym razem już zrobionym po zagipsowaniu i wyszła po 10 minutach już na dobre.
Na koniec pielęgniarka i pielęgniarz "poprawili" jej humor swoimi przemyśleniami. Pielęgniarka zapytała na widok pancerza Justyny:
- A gdzie coś takiego się robi?
Justyna odpowiedziała, że sport to zdrowie. Na rowerku. Laska stwierdziła, że ona w takim razie na rower nie wsiada i zapytała na ile lekarz zagipsował Justynę. Pomijając fakt, że na rękę i na plecy włącznie, to na czas do czwartku. Justyna ma w czwartek przyjść na jakieś oględziny i - jak miała nadzieję, na zdjęcie gipsu. Pielęgniarze obejrzeli Justyny rentgen, zobaczyli złamanie (świetnie widoczne, nawet ja je widziałam, było tam niezaprzeczalnie) i orzekli, że lekarz musiał mieć dobry humor, ale na pewno gipsu jej szybko nie zdejmą.
To Justynę lekko podłamało. Nic dziwnego, bo jedna ręka - i to prawa - była całkiem unieruchomiona, co oznacza, że 90% czynności będzie dla niej nie lada wyzwaniem i wielkim problemem.
Justynie mina zrzedła, a ja - pomocna koleżanka - stwierdziłam, że nie ma co płakać, mogło być znacznie gorzej. Przywieźli karetkami ludzi nieprzytomnych i w o wiele gorszym stanie, całe szczęście, że Justyna nie wpadła rowerem pod jakiś samochód i że jej tej ręki nie urwało.
Justynka na to tylko jęknęła "dlaczego mi takie rzeczy mówisz?", ale takie rzeczy przywracają właściwą perspektywę i przynajmniej małe złamanie - jakkolwiek uciążliwe, nie jest przy nich wielkim dramatem.
Zawiozłam Justynkę do domu, po drodze zahaczyłyśmy o sklep z ubraniami, bo może coś by się znalazło co pasowało by na osobę z przygipsowanym ramieniem, niestety nie można było znaleźć nic sensownego na szybko, a ja nie chciałam tracić czasu, bo i tak mój plan dnia sypał się z każdą chwilą coraz bardziej.
Zaniosłam Justynie do domu koło od nieszczęsnego roweru, naplotłam jej jeszcze trochę głupawkowych bzdur, które zajęły ją na tyle, aby się nie rozkleiła całkiem, pokroiłam jej mięso na gulasz i pojechałam do rodziców.
Było już zdrowo po 14-tej kiedy dotarłam na miejsce. Amelka zdążyła do mnie zadzwonić jeszcze raz, nie mogła się już doczekać, chociaż wykazała maksimum cierpliwości.
Ja dojechałam do rodziców pół żywa. Rozbolała mnie głowa i niestety bolała mnie już do końca dnia. Byłam głodna, jak wilk, zmęczona i - co dziwne - zamykały mi się oczy. Czułam się też lekko (albo i nie lekko) ogłuszona tym jeżdżeniem po mieście, oglądaniem ofiar wypadków w poczekalni SOR-u i myśleniem o tym, jak sobie Justyna będzie radzić tą lewą ręką.
No i taki oto miałam udany dzień.
Z zaplanowanych rzeczy udało mi się pobawić z Amelką, chociaż z kąpania w basenie wyszły nici, bo woda była nie wiedzieć czemu strasznie zimna. Udało mi się też przesadzić kwiatki. Tu zemścił się na mnie drugi dobry uczynek, jaki dzisiaj zrobiłam - bo wracając do domu zahamowałam przed przejściem dla pieszych, na które pchał się jakiś rowerzysta i kwiatki, które stały w środku auta mi się wywaliły! Wysypała się z nich ziemia i to częściowo na tylne siedzenie, a głównie na świeżo umyte dywaniki. Dywaniki są gumowe na szczęście. Ale siedzenie nie ma pokrowca i się trochę zabrudziło. Dobrze, że ja nie jeżdżę jako pasażer w tym aucie, nie pobrudzę się od tego, jakby coś. :)
Fakt, faktem - mam dzisiaj niefarta do tych rowerzystów, bo od rana jakoś pojawiają się na mojej drodze dosłownie i niedosłownie i takie to z nimi są przygody.
Justynka jakoś się trzyma z tą unieruchomioną ręką, trochę jej nerwy puściły i się rozkleiła, ale ogólnie daje radę. W dużej mierze z pomocą znajomych, na szczęście dla niej ma znajomych pod bokiem.
Zadzwoniłam do niej wieczorem, powiedziała, że ogląda mecz siatkówki, ale jakoś jej nie wciąga. Zapytałam czy jeśli machają chłopcy obydwoma rękami, to jej się to nie podoba? Powiedziała, że upadają na tym meczu co chwila, rzucają się na podłogę w przeróżne sposoby i jakoś nikt sobie ręki nie łamie... Hmm... Zapewne mają ta przewagę, ze spodziewają się upadku. Justynce przydarzyło się to znienacka.
A! Przestroga dla rowerzystów - nie trzeba się oglądać za siebie w czasie jazdy. Bo można potem przez 5 do 6-ciu tygodni machać tylko jedną ręką. Justynka się obejrzała i wjechała na krawężnik - wyrzuciło ją z roweru i potem to już taka dłuuuga historia...
Jutro idziemy z Kamą na rowery. Ale tylko na rowery, nie na krawężniki...

piątek, 3 lipca 2009

Po kobiecemu

W drodze do rodziców zajechałam do sklepu ogrodniczego po ziemię. Potrzebowałam 50-cio litrowego worka ziemi z nawozem.
Kupiliśmy z Łukaszem taki worek kilka tygodni temu, ziemia okazała się doskonała. Co ciekawego odkryłam - po lewej stronie ulicy Zemborzyckiej jest duży sklep ogrodniczy, gdzie ta ziemia kosztuje 16.50 PLN. Po prawej stronie jest drugi sklep ogrodniczy, gdzie ta sama ziemia kosztuje 19.50 PLN.
Ale co było ciekawsze od tej niewyjaśnionej różnicy cenowej: jak ja dzisiaj tą ziemię kupowałam. A dokładniej, jak ją ładowałam do samochodu.
Dzisiaj akurat założyłam sobie prześliczną, nową sukienkę z Camaieu (czy jakkolwiek się to dzwiactwo pisze). Sukienkę nabyłam wczoraj. Wyszłam wieczorem od kosmetyczki, lekko tylko zmaltretowana, spotkałam się w Plazie z Łukaszem i pomimo kompletnego braku makijażu i nieznacznych zniszczeń na twarzy po oczyszczaniu cery - dałam się przeciągnąć po sklepach. Łukasz szukał sobie sandałów. Z niewyjaśnionych przyczyn łaziliśmy jednak po sklepach z ubraniami i po Sephorze.
W Sephorze kupiłam 2 szminki na wyprzedaży. Akurat spodobał mi się ich kolor. Ichnie produkty, więc nie wiem, jakiej to robią jakości, w Sephorze nie robię zakupów zazwyczaj. Łukasz kupił sobie koszulę - bardzo śliczną, ale nie w Sephorze, nie pamiętam jednak gdzie, w jakimś sklepie na "C", a jest tam ich kilka marek. A potem weszliśmy do tego Camaieu, do którego ja mam lekką słabość, bo mają bardzo ciekawe kolekcje i już w zeszłym roku kupiłam tam kilka ślicznych fatałaszków, bardzo dobrej jakości, ale przede wszystkim bardzo kobiecych i urokliwych.
I co? Weszłam wprost na wieszak z sukienkami a la późne lata 60-te! To mój ulubiony okres w modzie, kobiety nosiły wtedy niepowtarzalne ciuchy - piękne sukieneczki, stylowe żakieciki, bardzo wysublimowane i eleganckie. I ponadczasowe w znacznej mierze. A tu sukienka uszyta dokładnie w tym stylu! I to w dodatku w rozmiarze 36! Od razu poszłam zapoznać się z nią bliżej w przymierzalni. Łukasz musiał mi ją pomóc zdjąć, ale poza tym wszystko pięknie, sukieneczka pasowała, jak ulał, więc ją wzięłam.
Dzisiaj założyłam ją do pracy. Usłyszałam od kilku osób, że bardzo ładnie wyglądam, mam śliczną sukienkę itp. Swoją drogą, to niezły sposób na wyłudzanie komplementów, nie? :) Przetrwałam niezrażona błysk zazdrości w oczach mojej "ulubionej" koleżanki. I pojechałam w sukieneczce z pracy prosto do rodziców, zahaczając o ten sklep ogrodniczy.
Komedia się zrobiła, kiedy ja w tej sukieneczce - białej nota bene - i klapkach na koturnie, wyfiokowana, z torebeczką w ręce - bo przecież nie na ramieniu - zaczęłam kupować tą ziemię!
Najpierw musiałam ją załadować na wózek, bo dopiero po załadowaniu pani podlicza zakupy. Dziwna zasada - wózek stoi przed budynkiem, w którym jest kasa. Pani wygląda przez okno, podlicza, po czym wychodzi się z paragonem i... generalnie robi co chce. W domyśle: jedzie się z zakupami do auta. Nauczona już doświadczeniem wzięłam wózek i wzięłam się za ładowanie worka na wózek. Ktoś miłosierny wmyślił, że wózki w tym sklepie będą bardzo niskie i będą to tylko takie platformy na kółkach i z rączką. Ziemia też leżała w tych worach na kupie dosyć nisko. Jaki więc to problem przełożyć taki worek troszkę bardziej na prawo. No właśnie... Jaki? Jaki jest na to sposób??
Pociągnęłam za worek, a ten ani drgnie! Podniosłam - ledwo uniósł się róg. No to nabrałam przekonania, że trzeba na to jakiegoś sposobu! Odłożyłam moją torebeczkę na bok, zaparłam się i pociągnęłam z całych sił. Worek leniwie i powoli dał się lekko unieść z jednego rogu i przesunął się delikatnie w moją stronę. Całkowicie bezwładne cielsko! Jakimś cudem przesunęłam go na tą jeżdżącą platformę. Worek stawiał opór, jak tylko mógł, ocierał się o moją białą sukieneczkę, groził pobrudzenieem ziemią i utrudniał zadanie na wszystkie sposoby. Ale udało się! Zapłaciłam, podjechałam do samochodu i... dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, jaki to ten cud był i jak go powtórzyć!
Wpakowanie wora do bagażnika - który był znacznie wyżej niż platforma - okazało się ciężkim zadaniem! Naszarpałam się, nawysilałam, ale w końcu udało mi się partiami przmeieścić go do środka. Nie wyglądało to wcale zgrabnie, worek legł w pozycji bardzo dlań nienaturalnej, ale ja - super zadowolona Zosia-Samosia - zatrzasnęłam bagażnik i napęczniałam z dumy.
Można sobie jednak dać radę bez silnej męskiej ręki w pobilżu.
W domu jednak worek wyciągał z auta Tata, bo ja jakoś nie miałam ochoty ponownie z nim walczyć. Pokazałam już, że kobieta potrafi i ustąpiłam pola do popisu mężczyznom. :)
Jutro też zahaczę o ten sklep, ale po pierwsze to ubiorę się w coś bardziej adekwatnego i na miejscu, a po drugie żadnych worków tachać nie będę. Ileż razy można sobie coś udowadniać, prawda? ;)

Poproszę ciepły łikend

Przez cały tydzień Mała Słoninka i Jeszcze Mniejsza Syrenka opalały się i moczyły dupki w basenie przed domem. Basen mają taki rozkładany, nie żaden murowany luksus, ale Amelka-Syrenka jest jeszcze mała, więc ma w nim dużo miejsca na swoje wygłupki, a Kamisio-Słoninka jest na takie wygłupki za stara.
Dzwoniłam do Małej Słoninki prawie codziennie, bo akurat trwa kampania jej egzaminów wstępnych na jakąś ASP w Warszawie, czym byłam żywo zainteresowana. I za każdym razem na moje pytanie "Co robisz?" słyszałam odpowiedź w stylu: "Opalamy się z Amelką." albo "Idziemy się pomoczyć.". Ja siedziałam w swoim etatowym więzieniu i nawet już słońce do naszego pokoju nie zaglądało, bo w południe zachodzi za róg budynku i u nas zaczyna się ściemniać. Wcześniej z resztą też trudno słońce uświadczyć, bo w naszym pokoju pracują same wampiry jakieś i tylko zasuwają rolety, aby ich nie raziło. Spędzam więc czas w półmroku prawie od jakiejś 10-tej, kiedy już wszyscy się zejdą i zaczną tymi roletami rządzić, do 14-tej, kiedy już czuję lekkie przygnębienie z powodu małej ilości światła w pokoju i te nieszczęsne rolety podnoszę. O tej porze jednak po słońcu w naszych oknach już nie ma śladu, więc tylko wzdycham i obiecuję sobie, że w łikend legnę na trawniku u rodziców i będę leżeć plackiem i się opalać cały dzień, albo wyjedziemy nad jezioro.
Dzisiaj padł na mnie blady strach, bo po całym tygodniu morderczych upałów bez kropli deszczu i wysłuchiwania, jak te dwie małe agentki korzystają z wakacji - dzisiaj pogoda się załamała! Nie było wcale ciekawie aż do wczesnego popołudnia, a temperatura wcale za wysoko nie podskoczyła. Z ogromnym niepokojem wyczekiwałam rozwoju sytuacji i miałam równie ogromną nadzieję, że słońce się przebije przez te niby-chmury.
Po południu zrobiło się ładnie. Ufff... pojechałam do rodziców, obejrzałam basen, obiecałam Amelce, że jutro z niego nie wychodzimy obie przez pół dnia, wyciągnęłam Mamę do szklarni z kwiatkami, Syrenka i Słoninka pojechały z nami, a wróciliśmy obładowani sadzonkami, z dodatkową osobą w postaci Piotrka i z gałkowanymi lodami. Dobrze, że szklarnia jest dosłownie 3km od domu rodziców, bo bardziej zapakowany samochód nie mógł już być.
Kupiłyśmy sobie sadzonki super kwiatków, Mama zrobiła ze swoich - bardzo różnorodnych - śliczne kompozycje w skrzynkach, a ja zasadzę swoje dopiero jutro.
Mam więc perfekcyjny plan na jutrzejszy dzień - jadę rano do rodziców, zabieram ze sobą dwie skrzynki z kwiatkami do wysadzenia w ogrodzie, sadzę na ich miejsce nowe - same pachnące kwiatki, moczę się z Amelką w basenie, opalam i wyrywam w ogrodzie ostatnie chwasty.
To będzie naprawdę idealny dzień, w zgodzie z naturą i w słońcu. Wyczekany i wytęskniony.
Aż dzisiaj idę spać odrobinę wcześniej... Z resztą jestem straszliwie zmęczona.

czwartek, 2 lipca 2009

Kubki i sztućce

U nas w pracy wisi jakieś fatum nad łyżeczkami do herbaty.
Ostatnio – w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły znikać z kuchni widelce. Potem zaniknęły talerzyki, a na koniec wymiotło łyżeczki. W kuchni są kubki, talerzyki i sztućce przyniesione przez pracowników. Jeśli są zostawiane w szafkach, każdy może z nich skorzystać. Być może właściciele postanowili swoich naczyń nie udostępniać i pochowali je do swoich szafek w szatni, ale szczerze w tą wersję wątpię. Co stało się z naczyniami, które zniknęły – nie wiadomo, ale też nikt w to nie wnika. Ich właściciele być może wiedzą, ale jeśli jakiś talerzyk nie był mój – przecież nie będę go poszukiwać.
Efekt tej panującej czystki jest taki, że jeśli nie ma się swojego talerzyka, widelca i łyżeczki – zjedzenie śniadania lub obiadu, albo nawet zrobienie sobie słodkiej herbaty jest mocno utrudnione. Nie ma na czym i nie ma czym. Jedyne, czego w kuchni jest w nadmiarze i wciąż ich ilość przyrasta, to są pojemniki plastikowe do przechowywania żywności. Ludzie przynoszą w nich jedzenie, zjadają, a pojemnik po umyciu ląduje w szafce i tam zostaje, robiąc tylko bałagan.
Z jakiś powodów cudze, używane pojemniki plastikowe wydają mi się obrzydliwe. Zwyczajnie się ich brzydzę, mam wrażenie, że nie wiadomo co w nich było i co się z nimi działo. Kiedyś koleżanka wzięła sobie takie dwa bezpańskie pojemnik do domu. Wymyła i wyparzyła i używa. Ja bym nie mogła. Wydaje mi się to bardzo niehigieniczne. Plastikowe pojemniki potrafią wyglądać średnio i szybko się niszczyć. Często też zrobione są ze średnio wyglądającego plastiku, który szybko zaczyna wyglądać na mocno zużyty. Niezbyt więc zachęcają do sięgnięcia po nie, jeśli nie wiadomo skąd się wzięły. Zdecydowanie wolałabym pójść do sklepu i wydać po 5 zł na każdy i kupić sobie nowe. Przynajmniej przy każdym wzięciu ich do ręki nie zastanawiałabym się, kto i co wcześniej z nimi robił.
Sztućce w pracy giną i znikają i zauważyłam, że dzieje się to seriami. Nachodzi czas, kiedy w pojemniku na sztućce jest mnóstwo łyżeczek. Nagle zaczynają ginąć jedna po drugiej i po kilku dniach można – przy wielkim szczęściu – doszukać się zaledwie jednej, wciśniętej w kąt pojemnika, zapomnianej małej łyżeńki. Ostatnio nie ma nawet jednej, a ludzie nabierają się na mały widelczyk, włożony do pudełka do góry nogami (do góry widłami?:) ). Wystaje mu tylko cienki trzonek, który wygląda zupełnie, jakby dalej miała być łyżeczka.
W kuchni stoi w szafkach pełno kubków. Każdy ma u nas swój kubek, przychodzisz do pracy – przynosisz ze sobą kubek na picie, odchodzisz – kubek zabierasz. Po skończonym dniu pracy każdy swój kubek powinien umyć i schować do szafki. Powinien, teoretycznie - bo często kubki stoją na szafkach i robią bałagan. Więc ja, na naszych przerwach kawowych, zaczęłam te kubeczki chować do szafek. Gdzie popadnie, wciskam wszystkie kubki na półki, raz do górnej szafki, raz do dolnych. Zauważyłam, że powoli ludzie zaczynają sami kubki chować, z tej prostej przyczyny, że jeśli zostawia kubek na wierzchu, to następnego dnia nie mogą go znaleźć. Nie przymierzając – kubków w kuchni jest około setka. Półek w szafkach jest 5 plus 2 w szafko-suszarce. Nie jest to więc łatwe, aby swój kubek wyłowić z tego tłumu, jeśli nie wiadomo na której półce się go spodziewać. Czasem mamy świetną zabawę, kiedy stoimy czekając na gotującą się w czajniku wodę, a do kuchni wpada jakaś osoba, która już jest prawie spóźniona do pracy i zaczyna przepatrywać wszystkie szafki w poszukiwaniu swojego kubka. Bardzo często potem jej kubek nie wystaje już na blacie zlewu, tylko ląduje po pracy w szafce, a następnego dnia jego właściciel już nie ma problemów ze zlokalizowaniem swojego poidełka.