sobota, 14 marca 2009

Wróżka Zębuszka

Kiedy byłam mała, dzieci gubiły zęby bez zbędnych ceregieli i nic za to nie dostawały. Nie fruwały wtedy po Polsce żadne wróżki przynoszące za zgubiony ząb pieniążki ani inne gadżety, z resztą w początkowych latach 80-tych niespecjalnie wiele dziecko mogło sobie kupić za pieniążka. W sklepach były dosłownie: ocet, musztarda i biały ser. W sklepach z zabawkami nie wiem co było, bo sklepy w ogóle były dosyć nieciekawymi dla mnie miejscami i mam z nich niewiele wspomnień, a jednym z nielicznych, jakie mi zostały ze sklepów z zabawkami, są półki zastawione małymi laleczkami, które wszystkie wyglądały tak samo, tylko miały trzy różne rodzaje ubranek, przy czym ja miałam już takie laleczki dwie i potrafiły one tylko gubić ręce i nogi, które mocowane były na haczykach i malusieńkiej gumce. Straszny był z naprawianiem tych laleczek korowód i chociaż one same były ładne, to trudno było się nimi bawić, bo miały ograniczone pole manewrowania kończynami, jeśli nie chciały ich stracić. Może wiec dlatego żadna wróżka nie zabierała dzieciom wpadniętych zębów i nie zostawiała za nie pieniędzy? Na co dziecku pieniążek w czasach, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami? Przecież nie na musztardę...
Wróżka Zębuszka działała jednak prężnie za granicą, co potwierdzają liczne zagraniczne filmy, w których szczerbate dzieci chwalą się, jak zarobiły dzięki niej na swoich mleczakach. Jak się okazuje, Wróżka doleciała też do Polski i świetnie jest znana dzieciom, które tracą zęby teraz. Między innymi Amelka odkąd wypadł jej pierwszy ząbek, zbiera za każdy kolejny pieniądze. Trzeba przyznać, że zebrała już pokaźny kapitał! Kiedyś to przeliczyłyśmy i okazało się, że dziecko ma więcej oszczędności niż dla przykładu - moja siostra. Kamisio dla odmiany mogłaby stracić wszystkie (już nie mleczne) zęby i zarobić na każdym, a i tak pieniądze się jej nie trzymają. Ma oszczędności tylko dlatego, że są ulokowane na moim koncie, do którego nie ma dostępu. ;)
Amelka zgubiła jak do tej pory niewiele zębów, chyba tylko z cztery przednie, jeszcze bardzo ich wiele przed nami, oznacza to też, że jeszcze wiele pieniążków znajdzie pod poduszką. Trzeba być na to przygotowanym.
Co mnie najbardziej dziwi, to że Amelka naprawdę wierzy we Wróżkę Zębuszkę! Dziecko żyje jeszcze w tym szczęśliwym świecie, kiedy to cała zgraja fantastycznych tworów naprawdę istnieje i chociaż dzieci ich nie widzą na własne oczy, to można je spotkać za każdym rogiem, robią magiczne sztuczki i zostawiają po sobie dobrze widoczne oznaki ich działalności. Wróżka Zębuszka i Święty Mikołaj są tego najlepszym przykładem.
Wracając do naszej wróżki, która ma doprawdy przedziwne zajęcie - zbiera cudze wypadnięte zęby i jeszcze za to płaci! To się dopiero nazywa dziwactwo! Co może taka wróżka robić z tymi zębami? Naszyjnik z nich? Wykłada nimi sobie posadzkę? Pod względem finansowo też przydałoby się wróżce jakieś szkolenie. Ciekawe czy ten, ktokolwiek wymyślił tą wróżkę przewidział takie szczegóły...?
Dzieci się jednak nie zastanawiają nad praktyczną stroną całego przedsięwzięcia, pchają pod poduszkę wieczorami swoje mleczaki, a rano wyjmują spod niej pieniądze, tudzież inne upominki.
Amelka więc wierzy w tą wróżkę i nawet zdarzyło się, że biegała do okna, aby ją zobaczyć, bo powiedziałam jej, że właśnie widziałam, jak fruwała koło naszego domu i najwyraźniej szukała Amelki zęba. Użyłam takiego podstępu bo było wczesne popołudnie, a ja pod poduszkę dziecka włożyłam pieniążka i chciałam, aby go znalazła przy mnie, a nie dopiero następnego dnia rano. Skuteczna metoda.
Za ostatniego zęba jednak Amelka zażyczyła sobie nie pieniążka, ale naklejki "wypuchłe" z Hannah Montana. Cokolwiek by to nie było.
Powiedziała mi o tym wczoraj przez telefon Mama. Amelka napisała list do Wróżki Zębuszki, który brzmiał mniej więcej tak: "Kochana Wróżko. Proszę Cię przynieś mi tym razem nie pieniążka, ale naklejki wypukłe z Hannah Montana. Dziękuję. Amelka". Dziecko samo ten list napisało, literka po literce, sama go sobie zredagowała i schowała pod poduszkę. Pech chciał, że kiedy pisała list w piątek wieczorem, żadna wróżka nie była w posiadaniu wypuchych naklejek z Hannah Montana i w sobotę rano Amelka prawie z płaczem wyjęła spod poduszki pieniążka. Ale Tatuś i dziadkowie wytłumaczyli dziecku, że wróżka musi iść na zakupy, bo nie była przygotowana na takie życzenie, trzeba więc zaczekać i na pewno przyniesie naklejki następnej nocy.
Co było robić? Wróżka musiała przynieść dziecku wymarzone naklejki. Najpierw więc siadła wróżka do interenetu i zguglowała "Hannah Montana". Jeszcze dwa tygodnie temu, będąc w Warszawie szukaliśmy pamiątki dla Amelki i kupiliśmy jej zegarek z High School Musical. Do tej pory HSM poszedł już jednak w zapomnienie, wyparty przez jakieś Hannah Montana. Znalazła jakąś blondynkę w duecie z brunetką, co to jest - nie miała pojęcia nadal, ale przynajmniej wiadomo czego szukać. Kierować należało się logo, nazwą - tudzież niezawodną wiedzą sprzedawców w sklepach z zabawkami, którzy z racji swojego miejsca zatrudnienia muszą nadążać za zmieniającymi się upodobaniami sześciolatków.
Zmieniliśmy więc z Łukaszem swoją zaplanowaną trasę zakupową, a mieliśmy już opracowany plan strategiczny, bo w drodze do rodziców na imieniny Taty poszukiwaliśmy jeszcze kilku drobiazgów. Jak się później okazało, dzięki specyficznemu życzeniu Amelki, rola Wróżki Zębuszki mocno mi się przysłużyła, bo zawiodła mnie do Plazy i Delimy, gdzie spotkałam (chociaż to jest powiedziane na wyrost) mojego ulubionego aktora z lubelskiego teatru Osterwy. Ale o tym będzie osobno.
Pojechaliśmy więc specjalnie do Plazy, gdzie był jedyny otwarty sklep z zabawkami dla dzieci, w którym można było liczyć na to, że znajdziemy te konkretne naklejki. No i faktycznie, pani z obsługi bezbłędnie wiedziała, o jakie naklejki mi chodzi, zaprowadziła mnie do stojaka, gdzie znalazłam kilka rodzajów wypuchłych naklejek z Hannah Montana. Wybrałam trzy, zapłaciłam cenę, jak za zboże i poszliśmy na dalsze poszukiwania do innych sklepów w Plazie.
Zajechaliśmy do domu, Amelka przywitała nas w drzwiach i pierwsze na co zwróciła uwagę, to była reklamóweczka ze Smyka. A ja głupia, myślałam naiwnie, że dziecko nie zwróci na nią uwagi, w końcu to nie pierwsza i nie jedyna reklamówka ze smyka, jaką mam i jaką zdarza mi się nieść. Nie musi od razu oznaczać, że jest coś w niej dla smyka. Smk jednak czepił się tej reklamówki i nie chciał mienić zainteresowań. Na próżno odganiałam Amelkę i starałam się zagadać, aby zmieniła temat. Gapiła się w tą reklamóweczkę, jak sroka w gnat i w końcu wypatrzyła, że widać przez nią naklejki wypuchłe z Hannah Montana! I jak je zobaczyła, to już nie było argumentu, aby jej to wybić z głowy, naklejki na pewno są w tej torebce, muszę jej pokazać i nie ma co się wypierać. Dziecko było naprawdę nieugięte. Dziadek też był niczego sobie, bo stanął za małą i tylko dolewał oliwy do ognia komentarzami w stylu "Daj dziecku naklejki, przecież wiemy, że je tam masz!". Stwierdziłam zrezygnowana, że dałam totalną plamę, jako Wróżka Zębuszka i zostałam tak szybko i z taką łatwością zdemaskowana przez sześciolatkę, że nie nadaję się do żadnego spiskowania. Wyjęłam więc z ciężkim westchnieniem naklejki i dałam Amelce wymyślając na prędce historyjkę o tym, że spotkaliśmy Wróżkę Zębuszkę na mieście, jak wracała do Amelki, a że miała dużo dzieci z wypadniętymi zębami do odwiedzenia, poprosiła mnie, abym zawiozła naklejki Amelce i podłożyła pod poduszkę.
Amelka kochana łyknęła tą historyjkę, tym bardziej, że wsparli mnie wszyscy domownicy i ucieszona z naklejek była w siódmym niebie, że Wróżka Zębuszka jest tak dobra i naprawdę jej te wypuchłe naklejki z Hannh Montana przyniosła. To nic, że w rękach nieudolnej ciotki, najważniejsze, że były. Adaś wyleciał z działającą na wyobraźnie historyjką o tym, że był wypadek autobusu z dziećmi, którym wybio dużo zębów i wróżka ma pełne ręce roboty. Można na niego liczyć.
Dowiedzieliśmy się od dziecka, że Hannah Montana to jedna dziewczyna, brunetka, która chodzi czasem w blond perudze. Nie wiadomo po co i do tej pory nie wiemy co ona robi, ale jedna z wypuchłych naklejek przypadła mi w udziale i ozdobiła mój identyfikator z kartą magnetyczną, która mnie wpuszcza do pracy.
Jako Wróżka Zębuszka jednak wypadam kiepsko i zdecydowanie muszę się podszkolić w tej dziedzinie, bo póki co przynoszę wstyd tej profesji.

Impreza rodzinna

Dzisiaj po południu spotkaliśmy się rodzinne na imieninach Taty. Impreza była świetna!
A najlepszą zabawę mieliśmy z robieniem drinków - każdy próbował swoich sił, najbardziej my we trójkę z Kamisio i Adasiem. Szybko okazało się, że przepisy na drinki są mało ekscytujące i najciekawiej jest samemu mieszać i komponować, więc w ciągu jednej kolejki zrobiło się kilku barmanów. Każdy uprawiał swoje eksperymenty i wszystkie wyszukane przeze mnie przepisy poszły w zapomnienie, a my - niczym alchemicy - miksowaliśmy co nam się spodobało według własnych pomysłów.
Można było zaobserwować pewne tendencje w całej tej zabawie.
Kamisio robiła silent killery, które miały niewinny smak i ukrytego kopa. Dodawała potężną ilość alkoholu, maskowała to ładnymi kolorkami i wyraźnym smakiem syropów, dodawała dla znieczulenia dużą ilość lodu i po kilku takich była nieźle ugotowana. Co prawda nic później nie było widać, ale sama przyznała, że poczuła jak jej w głowie zaszumiało kolorowo.
Adaś natomiast robił drinki inspirowane różnego rodzaju płynami do czyszczenia - najpierw zaserwował coś co kolorem przypominało płyn do mycia naczyń - porażająco zielone, a potem płyn do czyszczenia toalet, w nienaturalnym kolorze granatu - i to nie owocu granatu, bo byłby to kolor bardzo naturalny, ale ciemno niebieskiego granatu, który nawet nie był zblizony do standardowego curacao blue. Był... granatowy. Jak jakiś wc kaczka do toalet. Drink odstał swoje na stole i niekt się do niego nie rwał, ale kiedy spróbowałam, okazało się, że smakował bardzo dobrze. Tylko kolor miał zniechęcający.
Mi najbardziej smakują miętowe drinki, ogólnie lubię miętę, więc nic dziwnego. Dobre są też z syropem kokosowym.
Amelka robiła sobie prawie drinki - wpadła na pomysł, aby robić kolorowe lody z soków i syropów, bezalkoholowych oczywiście. Robiłyśmy więc cały wieczór przeróżne lody, które miały wszystkie kolory tęczy i były wyśmienite. Mroziłysmy je w malutkich pojemniczkach i tylko sprawdzałyśmy jaki sok i jaki syrop najlepiej się komponują. Bardzo świetna zabawa, lody przypominały trochę sorbety owocowe, miały jednak o wiele ciekawszy smak dzięki dodatkowi syropów.
Zamierzam sobie sama też takie robić, tylko najpierw musimy zwolnić trochę miejsca w naszej zapchanej zamrażarce... Na razie Mama zaopatrzyła nas w zapas gotowych do odgrzania dań - pierogów, flaczków, bigosu. Zamrażarka jest ich pełna, więc póki co nie ma w niej miejsca na sorbety, a za to jest szybkie danie na leniwe dni, kiedy nie będzie się nam chciało wysilać i coś samemu gotować.
Jedyne czego nie przewidziałam dzisiejszego wieczoru, to, że będę miała kaca po tych drinkach. A przecież piłam bezalkoholowe! No cóż, przekonałam się, że nie tylko od alkoholu można mieć niby-kaca, od słodkich napojów również, jeśli nie jest się do nich przyzwyczajonym. Teraz chce mi się straszliwie pić!
Może trzeba było pojechać taxi i zabawić się alkoholowo, wtedy przynajmniej kac by mnie nie zdziwił...

Piątkowe podsumowanie

Piątek – czas na podsumowanie mijającego tygodnia.
Przed nami łikend, fantastyczna perspektywa życia własnym życiem w oderwaniu od pracy, która zajmuje lwią część każdego dnia roboczego. Och, fantastyczne dwa dni, kiedy można zapomnieć kompletnie o pracy, wszystkich niezałatwionych sprawach, które będą musiały poczekać do poniedziałku, pospiechu, niewyspaniu, codziennej rutynie.
Ten tydzień był niespecjalny, przede wszystkim przyniósł mi gorzkie rozczarowanie, kiedy uświadomiłam sobie, że od miesiąca borykam się z prozaicznymi i wydawało by się – prostymi sprawami.
Poza tym poniedziałek był dniem straconym pod pewnym względem – bo nie mogłam pójść na step – zamiast tego przecież poleciałam odebrać okulary. Musiałam cały tydzień czekać na kolejną okazję – no dobrze – precyzyjnie rzecz biorąc czekałam 4 dni na dzisiejszy step. Dzisiaj idę koniecznie i nic mnie nie powstrzyma… no chyba, że na miejscu w klubie stwierdzę podczas przebierania się, że nie wzięłam spodni dresowych, albo koszulki… Mało prawdopodobne, torba spakowana wszystkim co niezbędne była przygotowana od środy, więc z całą pewnością idę dzisiaj poćwiczyć na stepie! :)
Wczoraj wybraliśmy się na rundkę po sklepach z porcelaną i przyborami kuchennymi, w poszukiwaniu dwóch ładnych filiżanek, shakera do drinków i ładnych szklaneczek do long i short drinków. Szklaneczki trafiliśmy zaraz w pierwszym sklepie, do którego weszliśmy, za to filiżanek ładnych nie było, o shakerze nie wspomnę. Cała nadzieja w sporej galerii w BRW na Diamentowej, gdzie – jak się wczoraj przekonaliśmy – rozbudowali część z akcesoriami i naczyniami i od soboty ma być otwarta cała wielka galeria z asortymentem różnego koloru i kształtu. Istny raj - dla kobiet zwłaszcza! Jutro się tam wybieramy z nadzieją na kupienie pięknych filiżanek. Może sobie kupie też młynek do gałki muszkatołowej, kiedyś oglądałam tam takie bardzo ładne młynki i od wtedy noszę się z zamiarem sprawienia sobie jednego. Co prawda będzie to bardziej element ozdobny, niż użytkowy, bo gałki muszkatołowej za wiele nie stosuję, ale młyneczek jest prześliczny i na pewno będzie przynajmniej ładnie wyglądał na półce.
Dzisiaj spędzam samotnie popołudnie, Łukasz pracuje do późnej godziny 22, ale mam już zaplanowane przygotowanie dwóch potraw na jutrzejsze imieniny Taty. Zrobienie tymbalików i muffinek zajmuje trochę czasu, a że dotrę do domu zapewne koło godziny 19, więc w sam raz będę miała co robić do powrotu Łukasza.
W pracy ten tydzień był niespecjalny, pod różnymi względami. W miarę upływu tygodnia atmosfera w naszym zespole się jakby poprawiała, dzisiaj wszyscy przyszli w dobrym humorze, ale zapewne to perspektywa łikendu tak tchnęła w nich radość i optymizm. Znacznie gorzej jest z poniedziałku, kiedy wszyscy docierają za biurka przygnębieni po pierwsze faktem, że łikend się skończył, a po drugie perspektywą całego pracującego tygodnia. Nikt nie ma ochoty odezwać się, nie mówiąc już o zażartowaniu, każdy patrzy tępo w swój monitorek i wygląda, jakby usilnie próbował cofnąć się w czasie, tudzież przyspieszyć zegar, aby zamiast poniedziałku był piątek. Mijamy się wtedy na korytarzu bez słowa, w kuchni robiąc kawę każdy szuka w mózgu chociaż jednej sensownej myśli, która można by wyartykułować, rozmowa się nie klei i panuje nastrój kompletnej apatii. W tym tygodniu dodatkowo co druga osoba narzekała, że chce już wiosny, dlaczego wiosna nie nadchodzi, ma już dość zimy padającego śniegu i mrozu. Hmm.. przyznam, że nie widzę sensu narzekania na pogodę, na którą nie mamy wpływu i tracenia energii na roztrząsanie tego czy pogoda jest lepsza czy gorsza. Znacznie zdrowiej jest nie zastanawiać się nad tym, a już na pewno nie podchodzić do tego emocjonalnie. Dla rozmówcy znacznie zdrowiej jest, jeśli się nad tym nie zżymamy po raz pińdziesiąty, bo co można na takie wywody odpowiedzieć? Chyba tylko przeczekać, że temat się skończy.
Na szczęście dzisiaj jest piątek, zupełnie niespodziewanie, po całym tygodniu mętnej i smętnej pogody, od rana dziś świeci słońce. Mamy wrażenie, że nadeszła wiosna i zaczynamy się budzić do życia. Dzisiaj jeszcze nie słyszałam od nikogo narzekania na długą i męczącą zimę, więc może temat odejdzie do lamusa… Dla odmiany będziemy rozmawiać o wiośnie… Byle była ładna, to nikt nie będzie narzekał!

czwartek, 12 marca 2009

Kwaśne mandarynki i słodkie drinki

Zima jest u nas sezonem na owoce cytrusowe i w każdym sklepie z zieleniną półki uginają się od pomarańczy, mandarynek, grejpfrutów i cytryn. Sezon zaczyna się na kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia, a kończy z początkiem wiosny. Tej zimy miałam fazę na mandarynki. Łukasz jakoś nie przepada za nimi, ale mi kupował co dwa trzy dni po kilogramie i dbał, aby mi ich nie zabrakło. Miał upatrzone miejsca, gdzie sprzedawali bardzo pyszne - dojrzałe i słodkie - i rzadko trafiała się jakaś kwaśniejsza. Mandarynki mają to do siebie, że potrafią wyglądać bardzo niepozornie, a mimo tego są słodziutkie i przepyszne.
Zajadałam się wiec nimi, jak maniaczka i ochota na nie wcale mi nie przechodziła.
Aż do pewnego pięknego popołudnia, kiedy to wyszłam z aerobiku i zamarzyło mi się samej zrobić zakupy. Poszłam do sklepu po rybę na obiad na następny dzień, ale na stoisku z owocami zobaczyłam przepiękne, wielkie i mocno pomarańczowe mandarynki. Wyglądały tak smakowicie, że kupiłam ich ponad kilogram.
Przyszłam do domu i od razu zabrałam się do ich jedzenia. I tu czekało mnie g
orzkie rozczarowanie, albo bardziej trafnie rzecz ujmując: kwaśna niespodzianka. Mandarynki były kwaśne i trochę niemandarynkowe, jakby bez smaku. Zjadłam dwie, dramatycznie spadło mi pH w ustach i żołądku, zakwasiłam się totalnie i odrzuciło mnie od mandarynek skutecznie. Pech chciał, że tego samego dnia wcześniej również Łukasz kupił mandarynki i trafił na wyjątkowo niedojrzałe - były dosyć słodkie, ale twarde i mało apetyczne. Za to te, które kupiłam ja apetyczne nie były wcale, były anty-apetyczne!
Mandarynki schowałam wiec głęboko do szuflady w lodówce i stwierdziłam, że skoro nie mam pomysłu na ich sensowniejsze zastosowanie, muszą tam leżeć i czekać aż doznam natchnienia i wymyślę coś bardziej produktywnego niż ukrywanie ich przed sobą samą. Sam widok tych mandarynek działa mi na nerwy, bo patrząc na nie - od razu czułam w ustach ich kwaśny smak.
Natchnienie spłynęło na mnie na naszej niedzielnej wycieczce do Warszawy. Wymyśliłam, że zrobimy z nich sok. Zadzwoniłam do rodziców z prośbą, aby wyszukali u Babci wyciskaczkę do soków i jeszcze tego samego wieczora Tata odbierając nas z busa przywiózł mi ją.


Sok zrobiliśmy dopiero dzisiaj, była przy tym niezła zabawa. Wyciskaczka jest zupełnie zwyczajną, szklaną podstawką z wystającą górką, na którą się nabija połówkę owocu i dosłownie wykręca z niego sok. Babcia ma ją odkąd pamiętam i jest to jedna z tych rzeczy, która bardzo mi się podobała, kiedy byłam dzieckiem.
Wycisnęliśmy dzisiaj więc wszystkie mandarynki - i te kwaśne i to niedojrzałe i zrobiliśmy cały dzbanek soku. Trochę go trzeba było osłodzić i rozcieńczyć wodą, bo pomimo że dwa tygodnie leżenia w lodówce trochę jakby złagodziło te kwasieliznę, to jednak sam sok był wyjątkowo ostry.
Po wymieszaniu z wodą i cukrem sok okazał się wyśmienity! Przepyszny!
Doprawiliśmy go jeszcze do smaku wódką i po długim dniu wypiliśmy relaksujące drinki.
Biedne mandaryki nie wylądowały więc jednak w koszu, chociaż były na dobrej drodze, aby tam się znaleźć. Udało się wymyślić dla nich świetne zastosowanie.


środa, 11 marca 2009

Wróżka Babuszka

Od czasu do czasu zdarza mi się usłyszeć od znajomych opowieści o tym, jak to udali się do wróżki czy wróża i usłyszeli bardzo prawdopodobną przepowiednię na temat swojej przyszłości. Za każdym razem musieli za to słono zapłacić, powszechnie wiadomo, że im lepsza wróżka, tym drożej kosztuje seans u niej. Ludzie są z natury ciekawi, każdy chciałby usłyszeć co go czeka w przyszłości, ale oczywiście wszyscy liczą na bardzo pozytywne przepowiednie – nikt nie chciałby usłyszeć, że spotka go coś złego. To dosyć zrozumiała tendencja. Wróżki z resztą podchodzą do klientów bardzo marketingowo i z reguły nic złego nie mówią. Skupiają się na tych pozytywnych aspektach przyszłości, dzięki którym klient wyjdzie od nich zadowolony, pełen optymizmu i – co najważniejsze – będzie miał ochotę powrócić.
Takie wnioski wyciągam z opowieści koleżanek, które skuszone perspektywą podejrzenia rąbka tajemnicy, co tez kryje ich przyszłość – udały się do zawodowych wróżek.
Zawsze było to dla mnie trochę niezrozumiałe, dlaczego ludzie są tak chętni do płacenia ciężkich pieniędzy za wróżbę, na którą nie ma gwarancji, że się sprawdzi, albo, że jest w ogóle prawdopodobna.
Z wróżką miałam styczność tylko raz, zupełnie przypadkiem i z perspektywy czasu to spotkanie wydaje mi się bardzo zastanawiające.
Byłam wtedy na studiach, w knajpce "na końcu świata" jako barmanka pracowała moja koleżanka i ponieważ mój wydział mieścił się na Narutowicza, zaglądałam czasem do Aśki do knajpki na pogawędkę. Pewnego majowego popołudnia siedzieliśmy sobie przy barze z kolegą, Aśka za barem wycierała szklanki, w całej knajpie było może z dwoje ludzi oprócz naszej trójki, było jeszcze za wcześnie na przyzwoite zaludnienie. Kolega miał ksywkę Kaczor, zupełnie nie wiem dlaczego, był marynarzem i właśnie wrócił z jakiegoś mega-ekscytującego rejsu prawie że dookoła świata, opowiadał nam ciekawostki na temat życia na Kubie i swoich tam przygód. Aśka, jak to ona, opowiadała swoje przejścia z chłopakiem, z którym nadawali na kompletnie różnych falach i od dłuższego czasu raczej się nie dogadywali. Ja raczej słuchałam niż mówiłam.
W pewnej chwili do knajpki weszła starsza pani. Taka typowa Babuszka - ubrana zupełnie zwyczajnie, wyglądała zupełnie jak jedna z tych babek sprzedających jajka i maliny na targu. Kiedy
Aśka zobaczyła pełna entuzjazmu szepnęła nam konspiracyjnie, że ta kobieta wróży z kart za "co łaska", a jej wróżby zawsze się sprawdzają! I od razu zapowiedziała, że ona sobie u Babuszki powróży! Kaczor na to, że w takim razie on też. Ja powiedziałam, że nie zamierzam sobie wróżyć i nie będę się w to bawić.
Babcinka zapytała nas, czy chcemy sobie powróżyć, a widząc zainteresowanie usiadła przy stoliku za ścianką. Aśka wzięła 5 zł i poszła do niej na wróżbę. Siedzieliśmy z Kaczorem i chichaliśmy się z tej sytuacji, ale nasze żarty zupełnie nie wpłynęły na fakt, że on sam zamierzał usłyszeć od babcinki co go czeka w przyszłości. Nie słyszeliśmy wcale co działo się przy stoliku za ścianką, w barze grała muzyka, więc skutecznie zagłuszała wszystko. Aśka przybiegła do nas po kilku minutach cała w emocjach i bardzo uradowana stwierdziła, że jej przyszłość będzie bardzo fajna. My oczywiście od razu chcieliśmy usłyszeć co Babuszka wyczytała z kart. Aśka powtórzyła nam co tylko zdołała zapamiętać, a mi do dzisiaj utkwiło w pamięci tyle, że miała rozstać się ze swoim chłopakiem (to Aśki wcale nie zmartwiło, bo powoli mieli już siebie dość) i wkrótce - bardzo wkrótce, poznać wielką miłości wyjść za mąż. Czekała ją również przeprowadzka. I wielkie szczęście.
Spojrzeliśmy z Kaczorem po sobie nie wiedząc, co myśleć, po czym on zerwał się na równe nogi i szybko rozmienił u Aśki dziesiątkę i poleciał z pięcioma złotymi aby sobie też powróżyć.
Kaczor wrócił po dłuższej chwili kompletnie zbity z pantałyku i co najmniej zdumiony tym, co usłyszał. Babuszka powiedziała mu, że wkrótce się on zakocha i ożeni. Z blondynką. Zważywszy na tryb życia marynarza, który dosłownie miewał dziewczynę w każdym porcie i zerowe zainteresowanie Kaczora ustatkowaniem się - ta wróżba wydała się mu cokolwiek nieprawdopodobna. Chyba niekoniecznie w to uwierzył, przypuszczam, że wcale też nie pragnął aby się to spełniło.
Babuszka zapytała wychylając się zza ścianki czy idę sobie powróżyć. Odmówiłam, ale oboje Aśka i Kaczor - ciekawi co też mogę usłyszeć namawiali mnie ostro na wróżbę. Aśka wręczyła mi piątkę i prawie wypchnęła do stolika. Niezbyt chętnie dałam się przekonać i usiadłam koło Babcinki z nastawieniem, że i tak to co usłyszę się nie spełni, więc co mi tam! Mogę sobie powróżyć, chociaż na pewno w to nie uwierzę.
Babcia najpierw potasowała karty - nie był to żaden Tarot, tylko zwyczajne karty do gry. Kazała mi standardowo je przełożyć, po czym wyciągnąć sobie jedną kartę. Wyciągnęłam. Był to król serduszko, zapewne ten kolor jakoś się nazywa, ale że ja nie gram wcale w karty, to nigdy tego nie mogę zapamiętać, jak który kolor się fachowo nazywa. Serduszko to zdaje się jest czerwo.
Babuszka widząc tą kartę pokiwała z zadowoleniem głową i powiedziała, że to jest bardzo dobra karta, zwłaszcza w miłości. Może i jest, ale ja nie bardzo miałam szczęście w tej kwestii, więc wydało mi się to trochę ironiczne i karta niespecjalnie miała odniesienie do mnie. Potem Babcinka zaczęła rozkładać karty i czytać z nich. Wyłożyła kilka i mówi do mnie, że czeka mnie podróż,bardzo daleko i na długo, ale wrócę. I tu mnie zaskoczyła! Dosłownie mnie zdumiała, bo było to bardzo trafne stwierdzenie - za kilkanaście dni miałam lecieć do USA na prawie pół roku. Wszystko było już zaplanowane, bilet kupiony. Od razu też przeleciało mi przez głowę stado myśli czy czasem ona tego nie podsłuchała, ale nie miała okazji, bo przez cały czas, jak byłam w barze nie odezwałam się na ten temat ani słowem! W ogóle o tym nikt nie wspomniał, nie mogła więc tego usłyszeć, albo zgadła, albo faktycznie wyczytała z kart. Dalej zrobiło się jeszcze ciekawiej!
Babcia po rozłożeniu kilku kolejnych kart powiedziała, że spotykam się z chłopakiem, który ma ciemne włosy, ale to długo nie potrwa i się z nim rozstanę. No piękna wróżba, jak dla kogoś, kto jest zakochany. Nic tylko pragnęłam usłyszeć, że się rozstaniemy. Dalej usłyszałam, że będę się spotykała z blondynem, ale to dugo nie potrwa i też się rozstaniemy. No pięknie! Coraz lepiej babci szło to wróżenie! Na pewno będę szczęśliwa z podwójnie złamanym sercem... Jak widać as serduszko bardzo miał mi się przysłużyć...
babcia dalej poprzekładała kilka kart, po czym wyczytała z nich, że w następnej kolejności spotkam drugiego blondyna i wyjdę za niego za mąż. Hmm.. jakoś znienacka to zabrzmiało. I w dodatku będę miała z nim dwójkę dzieci. I będę bardzo szczęśliwa.
I na tym moja wróżba się skończyła, dosyć niespodiewanie Babcinka zebrała karty i zwinęła interes.
Wróciłam do baru cokolwiek ogłuszona, na pewno nie ucieszona moją wróżbą i powtórzyłam ją Aśce i Kaczorowi. Uznaliśmy, że wszystkie wróżby były dosyć zaskakujące, a na pewno żadne z nas nie spodziewało się usłyszeć tego, co usłyszeliśmy.
Po kilku tygodniach wyleciałam do Stanów i spędziłam tam ponad pięć miesięcy. Wróciłam do Polski na jesieni i oczywiście poszłam odwiedzić Aśkę w jej "na końcu świata". Aśka była przeszczęśliwa i z ochotą opowiedziała mi co się działo, kiedy mnie nie było.
I tu się zdziwiłam. Okazałosię bowiem, że wróżby Babci od kart się dosyć intensywnie spełniały!
Aśka po jakimś czasie od wizyty Babci rozstała się (po raz kolejny) ze swoim chłopakiem, ale tym razem sytuacja przybrała niewoczeiwany zwrot, bowiem Aśka poznała jakiegoś wspaniałego chłopaka, super przystojnego, super fajnego i super zakochanego w niej. Pracował we Wrocławiu, o ile dobrze pamiętam miasto, w Lublinie bywał, kupował jej malenkie zwierzaczki z lanego szkła, miała ich już wtedy całą galerię. Chłopak był super zaangażowany w ich związek, w przeciwienstwie do swojego poprzednika, i snuł już plany na ich wspólną przyszłośc, przy czym nie zamierzał na tą wspólną przyszłość długo czekać. Za to zamierzał wziąć ze swoją ukochaną niezwłocznie ślub cywilny. W tym momencie Aśka przypomniała mi wróżbę starej Babcinki i zaznaczyła, że spełnia się ona bardzo akuratnie.
Byłam dosyć zaskoczona tymi rewelacjami, ale skoro Aśka była taka szczęsliwa, to tym lepiej dla niej.
Zapytałam więc co u Kaczora. I usłyszałam, że Kaczor... ożenił się! Spotkał gdzieś jakąś blondynkę z kręconymi włosaami - bardzo istotny szczegół w kontekście wróżb naszej Babuszki - mieli trochę niefarta, albo może nie mieli trochę rozumu i zrobił jest raz dwa trzy dziecko. I co? Ożenił się z nią gdzieś w okolicach sierpnia.
Pamiętam swoje zaskoczenie po wysłuchaniu opowieści dziwnejtrści, jakie mi zaserwowała Aśka. Pomyślałam tylko, że mam nadzieję, że moje wróżby się nie spełnią. Były znacznie mniej romantyczne, za to znacznie bardziej dramatyczne niż ich i moja droga do ewentualnego szcześcia była wyjątkowo długa w porówaniu do ich.
Zapomniałam o tej całej hisorii na dosyć długo. Przypomniała mi się ona z półtora roku póżniej, w momencie, kiedy... zerwałam z chłopakiem. Wcale nie byłam wtedy w radosnym nastroju, akurat pocieszałam się dlugą i przyjemną kąpielą, kiedy nagle przypomniałam sobie wróżby sterej Babcinki z kartami. Do wtedy zaczęły się mi one spełniać.
Faktycznie przestałam się spotykać z brunetem, z którym spotykałam się, kiedy wróżyła mi Babcia. Potem poznałam blondyna, który wydawał się przez jakiś czas bardzo świetnym chłopakiem, dopóki się nie zepsuł. Przestałam się więc spotykać i z nim. Siedziałam w tejwannie i myślałam, że właśnie zaczynam randkować z kolejnym blondynem, sprawa przybierała więc coraz ciekawszy obrót.
Z czasem okazało się, że moja wróżba też miała się spełnić - co prawda Łukasz - wbrew twmu, co mówi lusterko i wszyscy inni dookoła - twierdzi, ze jest jasnym szatynem, a nie ciemnym blondynem, ale faktycznie za niego wyszłam i jestem bardzo szczęśliwa.
Okazuje się, że nawet sceptykom wrózba może się spełnić. Ciekawe czy będziemy mieć dwójkę dzieci, wydaje się to calkiem dobrym planem. Jeśli tak - to Babuszka musiała mieć wielki talent do czytania tych kart, bo nie rzucała słów na wiatr i wszystko co mówiła się sprawdza.
Może więc jest sens chodzenia do wróżek, a raczej - może więc istnieją ludzie, którzy mają w tej kwestii coś autentycznego do powiedzenia. nawet, jeśli biorą za to tylko 5 zł, a nie koszmarnie grube pieniądze. I nawet jeśli klient zostanie przypchnięty przez znajomych, a nie przyjdzie sam z własnej woli i nawet jeśli będzie się marszczył na każdą wróżbę, którą usłyszy i wcale w nie nie uwierzy.