piątek, 9 października 2009

Brukselka z okrasą

Wczoraj w drodze do domu pomyślałam, że a co tam - zaszaleję i w końcu sobie zrobię do jedzenia coś na ciepło. Szumnie mówiąc - ugotuję coś.
Skoro Łukasza nie ma, to gotowanie nie przedstawia dla mnie większego sensu. Wyjadam wszystko co mam w lodówce i najlepiej, jeśli nie wymaga to większego zachodu przy przygotowywaniu przed zjedzeniem.
Łukasz zrobił mi zakupy przed wyjazdem. W znacznej części składały się one z mleka. Kupił mi 5 litrów. Znaczy się: jestem ocalona! Na mleku przeżyję dopóki nie wróci.
Przez pierwsze dwa dni miałam jeszcze chrupki do mleka, takie czekoladowe kuleczki z Mlekołaków, ale niestety skończyły się. Mleko więc stało się trochę mniej przydatne, bo do sklepu... oj, krótko mówiąc: do sklepu z Mlekołakami jakoś mam nie po drodze.
Zjadłam już leczo cukiniowe, więc nie mam już obiadu do ogrzewania. Wczoraj wypatrzyłam jeszcze trochę rosołu i makaron. Nie wiem czy nie minął mu już termin zdatności do spożycia, bo rosół dostaliśmy od Mamy w sobotę. Makaron za to zjem, bo bardzo lubię. Najlepiej to odsmażony z jajkiem.
No i nie wiem, co mnie naszło, że skręciłam wczoraj do warzywniaka. Pomysł wcale taki świetny się nie okazał, ale kiedy wysiadłam z samochodu, sklep był tuż obok, no to weszłam. Rozejrzałam się po półkach i wypatrzyłam najciekawsze pozycje: gruszki, kukurydzę i brukselkę.
Kupiłam tej brukselki z zamiarem zjedzenia z okrasą w postaci masła z bułeczką tartą. Wrzuciłam do garnka, ale w połowie gotowania zorientowałam się, że nie mam bułki tartej. No, a do sklepu wyjść mi się nie chciało. Ale nic to, pocieszyłam się, że przynajmniej masło mam, jakaś ta okrasa będzie.
I co?
Po ugotowaniu znalazłam w brukselce zupełnie niespodziewany typ dodatku: robaka!!
Dużego, białego i już wygotowanego na amen. Przed wygotowaniem musiał być tłusty i pękaty, bo było w nim dużo pustego miejsca w środku.
I na dodatek znalazłam w garnku mnóstwo jakiś czarnych pypków, chyba to są mszyce! Poprzyklejanych do brukselek! Musiały siedzieć gdzieś w głębi tych kapustek, bo nie było ich widać, ani kiedy je kupowałam, ani kiedy je obcinałam.
Ręce mi opadły. Gdyby sklep nie był już zamknięty, to poszłabym do niego razem z tymi wszystkimi żyjątkami i poczęstowała brukselką sprzedawczynię.
Brukselka przez swoje dodatki stała się wysoce nieatrakcyjna i tyle tylko mi z niej przyszło, że śmierdziały w mieszkaniu opary z jej gotowania.
Za to kukurydza się udała, bardzo pyszna. Gotowała się całe wieki, naśmierdziała przy tym oczywiście, bo to też wydaje z siebie w gotowaniu silny zapach. Ale smakowała mi bardzo.
Zjadłam pół kolby, a ugotowałam całe 2. Pozostałe będę jadła dzisiaj... I jutro... I pojutrze.
I w ten sposób mam żywienie na ten łikend z głowy.
Chyba sobie odpuszczę już robienie zakupów i gotowanie, bo skoro takie mi się przytrafiają mięsne dodatki, to lepiej poprzestać na samej kukurydzy. :)

Życie-w-niebycie

Wydawało mi się, że będę miała bardzo spokojny i wręcz nudny tydzień bez Łukasza.
Długie popołudnia, pusty dom, samotny łikend.
Naprawdę miałam to naiwne złudzenie, że nic nie będzie do zrobienia i zamknę się w czterech ścianach, aby pozbierać myśli i wypocząć w oderwaniu od całego świata.
Po raz kolejny rzeczywistość odbiega od moich wyobrażeń w stopniu znacznym.
Dochodzę teraz do przekonania, że nigdy się to nie zdarzy. I że ja nie jestem do takiego życia-w-niebycie stworzona.
Muszę przestać snuć takie bezsensowne plany, które po pierwsze nie mają szansy na realizację, a po drugie są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Przez nie tylko niepotrzebnie się frustruję, że nic sobie nie mogę zaplanować I ZREALIZOWAĆ. Chociaż wcale to nie znaczy, że jakbym je zrealizowała, to byłabym szczęśliwa.
Tydzień upłynął mi bardzo szybko. Kończy się pracujący piątek, więc tydzień uznaję za zakończony. Od piątkowego popołudnia zaczyna się łikend, który już się nie wlicza do tygodnia.
Zajęcia w tym tygodniu miałam pod dostatkiem.
Wczoraj dopiero spędziłam popołudnie w domu. Faktycznie w samotności. Ale tak mnie to znudziło, że zrobiłam pranie, ugotowałam robaczywą brukselkę i pyszne kolby kukurydzy, trochę posprzątałam i zrobiłam pranie.
Dzisiaj nie wiem co będę robiła, bo jechać nie chce mi się nigdzie, a z pożytecznych i praktycznych zajęć w domu, to już tylko dokończyć sprzątać mogę. Bo za prasowanie się na pewno nie złapię. Nawet w dobie desperackiego poszukiwania zajęcia.
Może zajmę się jakimś tworzeniem.
A na łikend, który wydawał mi się taki pusty i długi - mam już częściowo plan pojechania.. na Śląsk!
Zdaje się, że jutro z rana - a znając Tatę, to będzie bardzo wcześnie z rana, może nawet pod koniec nocy - wyruszymy z nadzieją zakupienia samochodu dla Mamy. Znalazł się jakiś fajny Jazz gdzieś pod Katowicami.
Poprzednim razem rodzice pojechali busem, licząc, że wrócą autem. Nic nie kupili, więc musieli wracać pociągiem. Teraz Tata już chyba zrobił się wygodny i chce jechać samochodem, może na wypadek, gdyby znów nic nie kupili. A to znaczy, że jeśli kupią Jazza, potrzebują drugiego kierowcy, bo ktoś musi go przecież przyprowadzić.
A Mama jeszcze nie odważy się przejechać samochodem w roli kierowcy 350 km, czy ile tam jest tych kilometrów do Katowic.
Hmm... To nawet będzie ciekawa wyprawa. Mogłaby z nami pojechać tez Mała Słoninka, z nią zawsze jest fajnie. Ale ona chyba teraz mocno zajęta, bo rok akademicki ruszył pełną parą....
Na wszelki wypadek muszę sobie dzisiaj wybrać fajną płytkę z MP3-kami na drogę.

czwartek, 8 października 2009

Wino solo

Przedwczoraj kupiłam dla państwa D. wino - w podziękowaniu za maliny. Państwo D. oczywiście za te maliny nie chcieli żadnych pieniędzy, ale jakakolwiek forma podziękowania im się należała, bo maliny same z krzaczka nie spadają, a już tym bardziej nie przyjeżdżają 50 km trafiając wprost na czyjś stół.
Wino wybierałam z 15 minut, bo jest to zawsze trudne wyzwanie. Przejrzałam półki z różnej narodowości trunkami, obejrzałam dziesiątki etykietek i spodobało mi się białe słodkie wino chilijskie. Tak mi się spodobało, że nie mogłam się mu oprzeć i pomimo wątpliwości czy się ono nada - wzięłam je.
W sumie to większość osób gustuje w czerwonym winie. Inna sprawa, że bardzo rzadko kupuje się wino słodkie. Półsłodkie, albo półwytrawne - najczęściej. Ja jednak mam ostatnio nalot na białe wino i wybrałam to chilijskie pod wpływem własnego widzimisię. Wyglądało tak zachęcająco - ładny żółtawy kolor, sensowna etykieta.
Pani D. pomimo oporów pozwoliła sobie to winko wręczyć i tylko odgrażała się, że nie będzie go otwierać i zostawi go na jakieś spotkanie z nami, tudzież, że dostaniemy jeszcze więcej malin. Mam jednak nadzieję, że wypiją winko z panem D., kiedy najdzie ich ochota na białe wino i że okaże się dobre.
Wczoraj wracając do domu wieczorem naszła mnie nieodparta chęć napicia się białego słodkiego wina. Jechałam opętana ta myślą i nie mogłam się od niej opędzić. Doszłam w końcu do wniosku, że Leclerc powinien być otwarty do 22, skręciłam więc do niego i poleciałam prosto na stoisko alkoholowe z zamiarem kupienia sobie takiego samego wina.
No i co?
Nie było już ani jednej buteleczki tego wina!
A dzień wcześniej stało ich jeszcze kilka na półce.
Tego się nie spodziewałam!
Cóż było robić, chęć napicia się białego słodkiego wina była większa niż chęć napicia się tego konkretnego wina, więc przeszukałam półki pod hasłem "wina chilijskie" zdeterminowana kupić inne - byle by tylko było białe, słodkie i pochodziło z Chile.
Co się uparłam na to Chile, tego już nie wiem. Chyba tak siłą rozpędu, bo mi się to pierwsze tak bardzo spodobało.
Z wielkim trudem, ale znalazłam jeszcze jeden rodzaj białego, słodkiego, chilijskiego wina i kupiłam je.
Wróciłam do domu - nadal Łukasz na grzybach, wiec sama, a w domu pusto. Zadzwoniłam do Łukasza i oznajmiłam mu, że musi chyba szybko wracać, bo jego żona zamierza samotnie pić wino, co może kiepsko rokować. Łukasz stwierdził, że trudno - najwyżej wróci i pośle mnie na odwyk i pożyczył mi udanego wieczoru. Otworzyłam więc sobie to winko i wypiłam kieliszek, wisząc na telefonie z Ewą. Niby nie sama. :)
Wino było bardzo dobre, delikatne, słodkie - ale nie za bardzo, wyrazisty smak - ale nie za bardzo i aromatyczne.
Znieczuliło mnie tylko odrobineczkę, ale wystarczająco, aby zasnąć, pomimo, że Ewa - pod wpływem mojego posta - uczepiła się tematu strachów, duchów, lęków i zwidów. Rozmowa wracała do tych upiorów uporczywie! Ja mówiłam Ewie, żeby przestała, bo ja śpię sama tej nocy i jeszcze przez kilka kolejnych, a Ewa odpowiadała mi, że nic mi nie będzie, bo mam przecież wino! Wypiję najwyżej łyk czy dwa więcej i pójdę spać obojętna na to czy przy moim łóżku czyha jakaś zjawa czy nie i czy są jacyś przenikający przez ściany ludzie czy nie.
Niezła przyjaciółka, nie? :)
Przyznam, że trochę mnie ta rozmowa wystraszyła i w pewnej chwili, już leżąc w łóżku MUSIAŁAM zapalić światło. Przez dłuższą chwilę spałam przy świetle, ale byłam tak zmęczona, że w końcu zgasiłam je i postanowiłam być dorosła. Czytaj: odważna.
A dzisiaj dowiedziałam się, że panią D. też wczoraj naszła ochota na wino i też wypiła sobie lampeczkę sama, bo pan D. na alkohol nie miał ochoty. Wydało się nam to bardzo zabawnym zbiegiem okoliczności i postanowiłyśmy, że jeśli znów najdzie nas ochota na winko i będziemy je wlewać tylko do jednego kieliszka, to zadzwonimy do siebie i wypijemy je telefonicznie razem. :)

środa, 7 października 2009

Deszczowo

Wstałam dzisiaj rano, aby pojechać przed pracą do Sanitasu. Niestety przybytek ten mieści się w centrum. Wybrałam się rano sprawnie i szybko i o 7.50 wyszłam z domu. Miałam ślicznie ułożone włosy, parasolkę i obawy przed korkami na mieście. Z nieba siąpił deszcz.
Od razu na osiedlu zorientowałam się, że korki na mieście niestety będą i to spore, zwłaszcza, że była to taka strategiczna godzina, kiedy ludzie spieszą na każdą możliwą godzinę do pracy.
Dojechałam dzielnie samochodem pod Globus na Filaretów, po czym oczom moim ukazał się koniec sznurka samochodów zaczynającego się przy Głębokiej. Skoro ja go widziałam zaraz za zjazdem z Zana, to był baaardzo długi.
Poddałam się i zawinęłam na parking przy Globusie, gdzie zostawiłam auto. Sama poszłam na przystanek autobusowy tuż obok, zdeterminowana dotrzeć do Sanitasu za wszelką cenę i to w dodatku na czas. Autobusy mają tą przewagę, że wpychają się na początek korka, a samochody je wpuszczają bez gadania. Autobusem miałam więc znacznie większe szanse niż samochodem, na dojechanie do centrum w ciągu pół godziny.
Dobrze, że musiałam chwilę postać na przystanku, to najpierw uważnie przestudiowałam rozkład jazdy, a potem przypomniało mi się, że przecież w autobusach kasuje się taki wynalazek, co to nazywa się biletem i że ten tak zwany bilet muszę sobie zakupić. Najpierw padł na mnie blady strach, że w portfelu nie mam ani grosza, ale jednak znalazło się 5zł. Byłam uratowana! Kiosk przy przystanku w bilety dobrze zaopatrzony. Autobusów na owym przystanku staje chyba 4 sztuki, więc wielkiego pola do popisu nie miałam i była spora szansa, że wsiądę we właściwy.
Autobus zjawił się w ciągu kilku minut, nawet nie był za bardzo zatłoczony i ku mojej niewymownej uldze - pojechał tam, gdzie się spodziewałam, oszczędzając mi nerwów i nadrabiania drogi. Zdążyłam na czas.
Zanim obróciłam do centrum i z powrotem, moja misternie wyprasowana fryzura zniszczyła się doszczętnie! Ta głupia parasolka tylko udaje, że chroni przed deszczem, wiatr wwiewa pod nią całe strugi deszczu i wszystkie one trafiają dokładnie na mój ufryzowany skalp z jedną tylko misją: zniszczyć fryzurę!
Może skuteczniej przed deszczem ochroniłaby mnie nieprzemakalna kurtka z kapturem, ale wolałam być bardziej elegancka i założyłam sobie paletko. A tak nawinęła mi się rano pod rękę kurteczka i tak kusiła mnie, aby ją założyć i nie tarabanić się z żadnymi parasolkami...
Cały dzień potem martwiłam się, że po pracy idę z Kamą na sałatkę, a będę wyglądała, jak - nie przymierzając - wypłosz jakiś. No dramat na głowie!
Krótkie włosy to ani nie dadzą się wyprostować bez suszarki albo prostownicy, ani nie dadzą się związać. A powyginały mi się we wszystkie strony. W dodatku nie miałam nawet spinki, aby spróbować podpiąć przepięknie pofalowany przód. Po dotarciu do pracy trochę je przylizałam na mokro i założyłam za uszy, ale wymarzoną moją fryzurą to nie było.
Ewa to ma dobrze - ma kręcone włosy, jak się powyginają po prostowaniu, zawsze może sobie je zwilżyć i skręcają się w piękne loczki. Oczywiście Ewa uważa, że ma bardzo źle, bo z difoltu ma na głowie loczki, a wolałaby proste. Ale każdy pragnie mieć coś, czego nie ma, bo to zawsze wydaje się lepsze pod wieloma względami. Więc moje włosy nie mają tych wielu względów za wiele. :) Są co prawda proste, ale nie za bardzo i pod wpływem odrobiny wilgoci, wstępuje w nie ich własne życie, którym żyją zawzięcie, nie dając się okiełznać.
Szczerze mówiąc, to miałam cichą nadzieję, że może Kama dzisiaj nie będzie mogła się spotkać i przełożymy sobie naszą integrację na inny dzień, kiedy to będę bardziej podobna do człowieka, ale jak na złość Kama ze wszystkim się wyrobiła i czas na spotkanie miała. Ja miałam nawet ochotę na nie, ale miałam też na głowie radosną komunę włosów a la hippis, co mnie bardzo mocno zniechęcało do jakiegokolwiek pokazywania się publicznie.
Po pracy jednak na spotkanie z Kamą dotarłam, dzielnie starając się za wszelką cenę zapomnieć o tym, że dzisiaj nie wyglądam najlepiej. Kama nie patrzyła na mnie krzywo, więc chyba ją to nie obeszło za bardzo. A przynajmniej nie uciekła z krzykiem.
Wieczór miałyśmy bardzo wesoły, pełen opowieści-dziwnej-treści, uśmiałam się przy tym do łez prawie. Naprawdę, był to bardzo relaksujący akcent na koniec dnia.
I tym sposobem, kolejne samotn
e popołudnie spędziłam bardzo produktywnie i w dobrym towarzystwie. Jak to przyjaciele potrafią umilić człowiekowi życie i poprawić samopoczucie! Nawet bałagan na głowie nie jest straszny! :)
Zaczynam jednak przemyśliwać nad jakąś czapką, bo jednak pod czapką deszcz nie pada i włosy by mi się nie wykręcały od wilgoci... Może wpadnie mi w ręce jakaś nadająca się do ponoszenia. Albo może jutro założę jednak sportową nieprzemakalną kurtkę z kapturem... W zeszłym roku się sprawdziła.

Strachy

A więc, póki co mieszkam sama.
Tymczasowo, na szczęście na krótki tymczas.
Zasypianie w pustym mieszkaniu szkodzi mi na nerwy. :)
A dokładniej rzecz ujmując - moja wyobraźnia mi na nerwy szkodzi.
Co prawda, nie namieszkałam się jeszcze za wiele sama, bo Łukasza nie ma raptem od wczoraj, a ja każde popołudnie mam mocno zajęte i zabiegane - ale dzisiaj w nocy spałam sama w pustym mieszkaniu. No właśnie: spałam - i to całkiem spokojnie.
Jakoś to przeżyłam. Nie umarłam ze strachu.
Na moje szczęście byłam tak potwornie zmęczona, że zasnęłam błyskawicznie, nie zastanawiając się nad tym, czym też moja wyobraźnia może mnie tym razem postraszyć.
Ale dzisiaj rano - myjąc zęby nadrobiła zaległości. Zawsze mogę na nią liczyć.
Dzisiaj przypomniałam sobie, że niedawno oglądałam "Knowing" z Nicolasem Cagem. I tam byli tacy cisi ludzie, co zjawiali się, gdzie im się podobało, nie zwracając uwagi na ściany i drzwi. I tak mi się wyobraziło, że jakby taki jeden cichy człowiek pojawił się znienacka na korytarzu... No właśnie! Była 7,30 rano, prawie widno, ja już byłam obudzona. Rzekomo. Tak się wystraszyłam (sama siebie!), że zatrzasnęłam drzwi do łazienki i już na ten przedpokój nie wyglądałam, dopóki nie zapomniałam o tym i po umyciu zębów priorytetem stało się spieszenie do wyjścia.
Ja i moja wyobraźnia tworzymy nierozerwalny duet od zawsze i ta paskuda od zawsze mnie straszy. Najbardziej boję się takich nadprzyrodzonych ewenementów typu: diabły, duchy, cisi ludzie przenikający przez drzwi. Jeśli ktoś oglądał jakieś horrory - na pewno wie, o czym mówię. Za to ufoludki i inni kosmici, zombi, potwory i wszelkiego rodzaju szalejące zwierzęta nie robią na mnie większego wrażenia.
Co ciekawe nie boję się będąc na dworze. Ale za to będąc sama w zamkniętych pomieszczeniach - muszę mieć fantazję i myśli na wodzy, aby się nie dać ponieść.
historia sięga daleko.
Dawno, dawno temu, w jakieś święto zmarłych TVP puściła kilka takich filmów, które wywarły na mnie niezatarte wrażenie i wystraszyły mnie śmiertelnie na długie lata, zapoczątkowując serię traumatycznych przeżyć. Miałam wtedy... z 11 lat może. Nie wiem dokładnie. Mała byłam w każdym razie, ale z drugiej strony - nie aż taka mała, aby interesować się tylko bajkami. Niestety!
W jednym filmie, który z resztą obejrzałam po latach po raz drugi i wcale nie wydał mi się mniej straszny - komputery porwały dziecko. Zdaje się, że film nosi tytuł "Kruk". Faktycznie w tym filmie na drzewach za oknem kraczą jakieś czarne ptaki, owszem. Ale najgorsze w nim było to, co działo się w mieszkaniu. Był tam taki mały chłopczyk, jakiś geniusz matematyczny, lub coś w tym stylu i jego tata. Tatuś kupił chłopcu komputer, schował go w górnej szafce mebli i od tej pory ta szafka się nie domykała. A komputer obserwował chłopca z jej wnętrza. W końcu porwali tego chłopca do jakiegoś innego wymiaru, a ojciec został w rozpaczy. Ogólnie fabuły nie zrozumiałam dokładnie, za żadnym oglądnięciem, bo mój mózg był za bardzo sparaliżowany strachem, aby kumać.
Makabra. Od wtedy miałam ogromną awersję do komputerów i nie mogłam znieść niedomykających się szafek. A kiedy kładłam się spać wieczorami, zawsze wszystkie szafki musiały być szczelnie domknięte.
Wstyd się przyznać, ale komputerów obawiałam się nawet w LO, kiedy zaczęłam informatykę i musiałam przemóc się i zacząć działać coś na komputerze... Jakoś ten strach pokonałam, teraz mieszkam z laptopem pod jednym dachem i już mnie nie straszy. :)
To był polski film. A Łukasz dziwi się, że polskiego kina nie lubię... :) On lubi, ale tego filmu nie oglądał, tym lepiej dla niego. A jeszcze lepiej, że nie widział go w za młodym wieku.
Drugim wspaniałym filmem, który wtedy zasunęła TVP była jakaś opowieść dla dzieci - słowo daję, że to był film dla dzieci. Chyba jakiś wariat zrobił go dzieciom! Nie mam pojęcia jaki tytuł miało to arcydzieło - jaki by nie był - niechlubny!
Dwoje dzieci w tym filmie znalazło jaskinię, która teleportowała ich na inną planetę.Wymarłą, pustą i straszną. A tam podchodzili do nich cisi ludzie, którzy nic nie robili, nic nie mówili, tylko się zbliżali. I mieli łyse czaszki, a pod skórą widać było żyły. Film był chyba czechosłowacki, kręcony z czasów, kiedy byli oni jednym państwem. Po jego obejrzeniu doszłam do przekonania, że Czechosłowacy mają chorą wyobraźnię. Doszłam też do szczytu moich możliwości straszenia samej siebie.
Od czasu oglądnięcia tego arcydzieła przez długie lata nie zeszłam do piwnicy sama, jeśli nikogo tam nie było. Zawsze chodził ze mną mój brat - młodszy prawie o 5 lat, nota bene. Nie był tu jednak ważny wiek, ważne było towarzystwo dodające otuchy. Ewentualnie mógł ktoś dorosły stanąć w drzwiach na schodach i mówić do mnie, to wtedy odważyłam się zejść na dół. A że do piwnicy schodziłam często, bo rodzice wysyłali mnie po weki lub mąkę - często miałam problem kogo ze sobą zabrać i jak pokonać moją wyobraźnię, dzięki której zawsze wydawało mi się, że ci łysi-cisi ludzie są tuż za progiem.
Po jakimś czasie wyrosłam z tych dziecięcych koszmarów i pożyłam nawet kilka lat w jako takim spokoju. Wampirów, wilkołaków i zmarłych nigdy się nie bałam, więc nie straszne mi było wracanie do domu po ciemku czy przejście koło cmentarza.
Były nawet takie wspaniałe czasy, kiedy oboje z bratem delektowaliśmy się rożnego rodzaju horrorami. Obejrzeliśmy ich dziesiątki, a im bardziej straszny, tym lepszy.
Przodowali tu Japończycy ze swoimi "Ringami", "Dark water" i innymi dreszczowcami, które działają na wyobraźnię i straszą bardzo skutecznie.
Naogladaliśmy się ich całą masę, zanim obejrzałam o jeden za dużo i mi zaszkodziło. I od nowa moje problemy z wyobraźnia ruszyły z kopyta.
Zaszkodziły mi "Egzorcyzmy Emily Rose". Jak ja żałowałam, że to obejrzałam! A miałam taką dziwną niechęć do oglądania tego filmu. I obejrzałam go w końcu, a to tylko dlatego, że moja koleżanka, głęboko religijna osoba, powiedziała mi, że poszli z chłopakiem na ten film, bo chciała zobaczyć co świecki reżyser stworzył na temat prawdziwych wydarzeń związanych mocno z religią. Zapytałam jej, jakie wrażenia miała po obejrzeniu filmu i czy był straszny, a ona odparła, że był taki sobie i nie wystraszył jej wcale. I że w ogóle o był średni.
Nabrałam więc przekonania, że film mogę spokojnie obejrzeć.
Obejrzałam. I jeszcze w trakcie oglądania zdążyłam tego pożałować! Wystraszył mnie potwornie. Od wtedy spałam przy zapalonym świetle przez bity rok! Nie powiem ile miałam lat, ale dawno to nie było. :) Niby w tym filmie nie działo się wiele strasznych rzeczy, ale chyba sama świadomość, że to był film na faktach mnie znokautowała.
Oczywiście za ciosem zaczęły mnie straszyć wszystkie inne - japońskie z resztą - horrory i wyobraźnia podsuwała mi widok małej dziewczynki z "Dark water" i tej skrzeczącej dziewczyny z "Ringu", skradającej się przy podłodze. Dramat!
Makabra to była, myślałam, że nigdy mi to głupie banie się nie przejdzie, jakimś cudem jednak mi to minęło.
W naszym mieszkaniu skrzypią panele podłogowe wieczorem. Czasami. Tak same z siebie. I oczywiście skrzypią zupełnie, jak ta skradająca się dziewczyna w "Ringu". Usłyszałam to po raz pierwszy, kiedy Łukasz miał nocki i musiałam sama spać. Efekt był taki, że tej nocy, podobnie, jak i wielu innych - spałam przy zapalonym świetle.
Ale najlepszy numer wyciął mi brat pewnego pięknego wieczoru. Prawie przez niego dostałam ataku serca!
Był swego czasu taki wirus komputerowy: jeśli ktoś miał zainstalowane GaduGadu, to druga osoba za pomocą tego wirusa mogła zobaczyć, co ktoś aktualnie robi na komputerze i mu cichaczem zrobić na nim wszystko, co tylko chciała.
Adaś najpierw bawił się tak z Czarnym i na przykład wyłączał mu komputer, kiedy Czarny sobie w coś grał. bardzo to była dla niego świetna zabawa.
Tego pamiętnego wieczoru puściłam sobie "The skeleton key". Oglądałam go w najlepsze, trochę już nastraszona, kiedy nagle zadzwonił mi telefon. Zatrzymałam film i odebrałam telefon. Dzwoniła koleżanka.
Porozmawiałyśmy chwilę i nagle ona przestała mnie słyszeć. Ja ją słyszałam, a ona powtarzała tylko "Halo, jesteś tam?". Po chwili połączenie się zerwało. Nie było by w nim nic niezwykłego, gdyby nie to, że po chwili z komputera huknęła muzyka... Rammsteina "Heirate mich". No, może określenie "muzyka" to za wiele powiedziane.
Ja zbaraniałam. Nie wiedziałam co się dzieje. Przez chwilę pomyślałam, że może to z internetu, jakaś strona się włączyła i miała podkład muzyczny... No ale sama się włączyła? trochę to dziwne...
Zmniejszyłam okno z filmem i zobaczyłam, że to leci piosenka odpalona w winampie! No jak to?? Wydało mi się to groteskowe. Przemknęło mi jeszcze przez myśl, że może to jakiś alarm się uruchomił na komputerze, na przykład taki program-budzik, który włącza się o określonej godzinie i budzi cię piosenką... Mało prawdopodobne, skoro nigdy wcześniej się to nie stało, a na komputerze nikt nic nie przestawiał. Mój strach rósł z każdą sekundą i każdym pomysłem snutym przez moją wyobraźnię. Kiedy już doszłyśmy w duecie do etapu, na którym racjonalne możliwości się końca i pojawia się postać typu: duchy, dałam za wygraną!
Postanowiłam się nie przejmować, wyłączyłam winampa i Rammasteina usilnie próbującego się komuś oświadczyć i wróciłam do oglądania filmu. Mimo, że był to horror i mimo, ze byłam zdrowo wystraszona a serce mi waliło, jak oszalałe.
Na wszelki wypadek jednak zapaliłam sobie górne światło.
Po chwili przyszła moja siostra i z dosyć dziwnym wyrazem twarzy zapytała co tam porabiam. Tak o, niby sobie wpadła. Zaczęłam jej opowiadać, że komputer mi zwariował, a ta parsknęła śmiechem. No to wtedy się już domyśliłam, że to sprawka jej i jej brata! I przypomniało mi się, że Adaś bawił się od dłuższego czasu tym wirusem i sterował ludziom komputerami.
Cha, cha. Oboje mieli niezły ubaw. Ja nie bardzo. Chociaż przyznaję, że dowcip się Adasiowi udał. :)