niedziela, 30 sierpnia 2009

Chili on top

Ciąg dalszy w temacie specyfików powiększających usta jest taki, że dzisiaj - ku mojemu niebotycznemu zdumieniu - moja mała bratanica oznajmiła mi, że jej mama ma błyszczyk powiększający usta z dodatkiem... - uwaga: chili!
Tak! A jednak robią takie wynalazki!
Ewa! Kupujemy? :)
Cała rozmowa z Amelką była bardzo zabawna.
Dzisiaj rano malowałyśmy się. Ja tak na poważnie, aby zacząć wyglądać przyzwoicie, jak na niedzielę przystało, a Amelka mi do towarzystwa. Wiadomo - małe dziewczynki zawsze chcą robić to, co duże dziewczynki akurat robią. Pomalowałyśmy więc usta i oczy, przy czym Amelka miała poważny problem, jak ma sobie sama pomalować powieki cieniem, skoro musi zamknąć do tego oko? Jak ma zamknąć oczy do malowania powiek i jednocześnie widzieć co maluje? Jedno oko jakoś nie chciało się zamykać solo, za każdym razem pociągało za sobą to drugie. W końcu poradziłam jej, żeby podniosła w górę głowę i spojrzała w dół, wtedy będzie mogła pomalować powieki bez zamykania jednego oka. Podziałało. Mała pomalowała sobie prześlicznie oczy bladziutko-różowym cieniem, którego prawie nie widać, ale efekt jest. Ja w tym czasie zdążyłam pomalować oczy cieniem, kredką i tuszem do rzęs. Co to znaczy doświadczenie i wprawiona ręka.
Po oczach przyszedł czas na usta i na kolorową pomadkę z Sephory.
Skończyłyśmy to malowanie na prędce i poszłam do kuchni zrobić sałatkę do obiadu. Po chwili Amelka przyniosła do kuchni mój błyszczyk powiększający usta. Widocznie sama pomadka nie wystarczyła. Zapytała, czy może go użyć, na co ja powiedziałam, że owszem i oświeciłam ją, że to błyszczyk powiększający usta. A dziecko na to:
- Tak? A czy on też jest z dodatkiem chili?
Tu mnie zdziwiła. Ale ona ma wyjątkowy talent do zabijania mi tak zwanych ćwieków. Dziecko ma niecałe 7 lat, a jest w niektórych tematach bardziej zorientowana niż jej ciotka!
Kiedy powiedziałam, że chili w tym błyszczyku nie ma i zapytałam czy ona ma taki z chili, Amelka wyjaśniła mi, że jej mama ma właśnie taki z chili, który ma powiększać usta, ale jeśli się go nałoży za dużo, to usta pieką.
Czego to kobiety nie zrobią, aby wyglądać pięknie? Czego to koncerny kosmetyczne nie wymyślą, aby dogodzić kobietom?
Pomimo, że uprzedziłam Amelkę, że mój bez-chiliowy błyszczyk nie daje kompletnie żadnego efektu, pomalowała sobie nim usta i poszła do Łukasza, aby wymusić na nim przyznanie, że jej usta są znacznie bardziej powiększone od tego cudownie NIEdziałającego specyfiku. Łukasz oczywiście stwierdził, że usta ma pięknie powiększone. Co za udana manipulacja, prawda? Mała kobietka. :)
Tak sobie myślę - można sobie kupić błyszczyk z chili, albo można poprosić męża, aby ugotował jakieś chili con carne, które bardzo skutecznie powiększy usta i jednocześnie zmniejszy apetyt - w obydwu przypadkach co najmniej dwa razy.
Łukasz ugotował takie dwa tygodnie temu, kiedy gościł u nas Rafał. Dla mnie było niezjadalne, bo po dwóch kęsach czułam się jak ziejący ogniem smok! Wyżarło mi usta od środka, wypaliło przełyk i poparzyło żołądek. Ale Łukasz i Rafał dali mu radę.
Co prawda Łukasz gotując to chili wg przepisu najpierw przeczytał, że dodaje się 3 łyżeczki chili, dodał dwie i dopiero wtedy doczytał gdzieś na końcu przepisu, że najpierw trzeba dodać połowę dawki tej piekielnej przyprawy, bo potrawa może być za ostra! Niestety było już za późno - chili wyszło ostre jak miecz Samuraja!
Ale co? Kolejna potrawa, która zdziała dla twoich ust cuda!:)

czwartek, 27 sierpnia 2009

Pełne usta

To jest teraz w modzie. Każda szanująca się firma kosmetyczna wypuszcza na rynek produkty ujędrniające i powiększające usta na rozmaite sposoby.
Nie wiem na ile są one skuteczne - ale są. Kiedyś były na rynku tylko operacje plastyczne powiększające usta, wstrzykiwanie silikonu czy innych wynalazków, aby mieć pełne i zmysłowe usta, a teraz można sobie kupić błyszczyk czy pomadkę naładowaną kolagenem i twoje usta staną się jędrniejsze, pełniejsze, bardziej seksowne... Taa.... Staną się na pewno, jeśli tylko umiesz użyć... swojej wyobraźni.
Ale produkty na rynku są, jest ich nawet całe zatrzęsienie i można sobie wybierać i przebierać i kupować do woli.
Sama kiedyś dostałam taki błyszczyk kolagenowy z Sally Hansen. Dostałam go w zestawie z odżywką do paznokci. Odżywka świetna, zawsze pomagała mi na paznokcie i rewelacyjnie je wzmacniała, błyszczyk jednak do mnie nie przemówił, więc leży do tej pory - już ponad rok - mao używany i tylko od czasu do czasu pomaluję sobie nim usta. Jego ilość się nie zmniejszyła za bardzo, nie wiem ile poleży zanim się skończy, chyba wieki całe. Może dam go komuś w końcu, o ile trafi sie jakaś amatorka kolagenowych-błyszczyków-pseudo-powiększających-usta. Amatora raczej nie przewiduję. Amatorki z resztą też nie. Błyszczyk więc leży na półce w przedpokoju i błaga o zmiłowanie.
Dzisiaj napisała do mnie SMSa koleżanka. Miała jakiś zły dzień, chyba już któryś z kolei, chandra ją zdołowała, więc po pracy poszła się pocieszyć do swojego ulubionego Rossman.a Zaczynam podejrzewać, że jest ona w znacznym stopniu uzależniona od Rossmana. Chodzi tam zawsze, kiedy ma zły humor. W sumie to elegancka forma pocieszenia - sklep jest ładny, jasny, czysty, ma szeroki asortyment. Fajny asortyment. W sam raz dla kobiet. W zasadzie to Rossman może działać kojąco na nerwy i uspokajać. Hmm... No teraz, jak to przemyśłałam, to stwierdzam, że to całkiem fajny sposób na poprawienie sobie humoru.
Koleżanka czasem zachodzi do Rossmana i tylko sobie przejrzy pozycje na półkach, przejdzie, obejrzy produkty i promocje i wyjdzie z pustym koszykiem. A czasem coś kupi. A jeszcze innym czasem kupi coś nieprzemyślanego.
Wychodzi to zazwyczaj rozbrajająco.
Dzisiaj siedziałam sobie w pracy zarobiona testami, kiedy dostałam tego SMSa. I czytam coś w stylu: "Poszłam do Rossmana i na pocieszenie kupiłam sobie kolagenowy wypełniacz do ust L'oreala. Będę teraz miała zmysłowe usta.". Dalej nastąpił fragment, którego nie zacytuję, bo nie pamiętam, ale te usta zmysłowe zostały z lekka sprowadzone do niskiego poziomu. Typowy dla niej ironiczny humor. Zawsze tak samo rozbrajający.
Coś tam odpisałam w temacie pocieszania się i siebie na wzajem i o moim nieużywanym błyszczyku kolagenowym, który nic mi nie powiększa, a po chwili odebrałam od koleżanki telefon.
Stwierdziła, że nie wie czy ten jej wypełniacz coś daje, może wywaliła tylko kilkadziesiąt złotych na darmo, ale czasem zdarza się jej zrobić taki nieprzemyślany zakup pod wpływem emocji. Potem ją ten zakup tylko drażni i wkurza, kiedy na niego w domu spogląda. Błyszczyk ją na razie drażni.
No cóż, nie mogłam jej powiedzieć, że coś ten wypełniający usta błyszczyk da, mój nie daje. trudno uwierzyć w magiczne działanie innych.
Po powrocie do domu okazało się jednak, że owszem! Są na świecie rzeczy powiększające sta i w dodatku mają działanie natychmiastowe i gwarantowany efekt! Do tego są ogólnie dostępne i to za bardzo małe pieniądze, bo mniej więcej za 1.59 PLN za paczkę. Powszechnie znane pod nazwą marketingową: chili!
Taram!
Zrobiłam leczo cukiniowe. Pyszne, udało się rewelacyjnie! Tyle, że diabeł mnie podkusił, aby na koniec gotowania sypnąć odrobinkę chili! Odrobinkę! Efekt był jednak piorunujący! Nie dość, że chili zabiło smak potrawy, to jeszcze wyżarło mi to kubki smakowe i wypaliło usta. Moje usta stały się czerwone, powiększyły znacznie i na pewno wyglądały bardzo sexi i zmysłowo. W dodatku najchętniej nie zamykałabym ich wcale, wiec przez długi czas siedziałam z rozchylonymi uwodzicielsko ustami...
Wody wypiłam całą studię, po czym poprzysięgłam sobie, że nie dodam ani odrobineczki chili - tej szatańskiej przyprawy - już nigdy i do żadnej potrawy. O nie! Wolę smarować się nie działającymi kolagenowymi błyszczykami, zamiast torturować tą śmiercionośną bronią biologiczną!
Ale jeśli ktoś potrzebuje powiększyć sobie usta i chce mieć gwarantowany i natychmiastowy efekt - cukiniowe leczo z chili jest tym, czego poszukuje! Powodzenia i smacznego!

Długo jeszcze to lato?

Przyszła ta pora roku, kiedy powoli kończy się lato i trzeba za nim posprzątać.
Od kilku dni mam straszliwą ochotę zdjąć firanki i zasłonki, uprać, wyprasować i umyć okna. Na razie nie miałam na to jeszcze czasu.
Kurz na szybach widać, krople deszczu go pięknie rozmieściły we wzorki, w załamaniach framug zebrały się szare kreski - widać już to wyraźnie.
Firanki wyglądają na białe i czyste, ale one zawsze tak wyglądają, dopóki się ich nie zdejmie. Wtedy w jednej chwili szarzeją i nagle okazuje się, że wcale białe nie były - były już okurzone. A najbardziej od kurzu wlatującego przez otwarte okna i balkon.
Firanki i zasłonki mamy wielkoformatowe, bo są przymarszczone na taśmie. Do tego są gładkie - nie wiem czy to tiul, czy muślin, czy inny wynalazek - więc załamania na nich widać świetnie. Przez to zawsze mam nieprzepartą potrzebę ich wyprasowania. To komplikuje całe przedsięwzięcie.
Pranie i suszenie firanek i zasłonek to pikuś, ale prasowanie wymaga rozłożenia się na połowie podłogi w salonie. I zajmuje trochę czasu.
Ostatnio prasując firanki oglądałam film "Wszyscy ludzie króla", temat firanek kojarzy mi się teraz tylko z tym filmem. W zasadzie to miałam z tego filmu słuchowisko, bo na ekran rzadko spoglądałam, zajęta prasowaniem.
Można by spróbować powiesić te firanki wilgotne, niech się suszą i prostują jednocześnie, ale taka metoda do mnie nie przemawia, bo sama świadomość, że nie są wyprasowane mnie drażni. Będę więc prasować.
Na razie jest jeszcze ciepło i ładna pogoda, więc okna i balkon będziemy jeszcze długo otwierać. A takie porządki okienne to zazwyczaj taki rytuał pożegnania lata. Chyba jednak w tym roku nie dotrwam do czasu, kiedy pogoda się zepsuje, zacznie lać, zrobi się zimno i balkon przestanie być atrakcją.
Lubię jesień - ten jej niepowtarzalny nastrój, szare dni, nisko wiszące niebo, chmury zasnuwające równiutko całe niebo, coraz dłuższe wieczory, ten specyficzny zapach powietrza i wilgoć. Deszcz padający na głowę i powiewający wiatr.
Uwielbiam lato i wiosnę, kiedy dni są ciepłe, długie i słoneczne, człowiek odżywa i nabiera energii, humor się poprawia i chce się żyć. Ale kiedy już się pożyje przez te kilka ładnych i jasnych miesięcy - jesień jest taka urokliwa!
Ludzie zamykają się w domach, piją ciepłe herbatki, zakłada się grube skarpetki (z moich grubych skarpetek zawsze śmieje się Łukasz, a są takie urocze) i zaczyna hibernować. Wyszukuje się wtedy wszystkie te zajęcia, na które latem nie ma czasu, snuje się człowiek od okna do okna i patrzy na szary świat i wzdycha. Przed wyjściem na dwór trzeba się opatulić ciepło i antydeszczowo, półbuty jesienne przechodzą sprawdzian na wodoszczelność. Parasolki test na wiatroodporność drutów.
A ludzie test na odporność na złe warunki meteorologiczne.
Uwielbiam jesień i już się jej nie mogę doczekać. Może jak upiorę firanki i umyję okna to szybciej przyjdzie...;)

wtorek, 25 sierpnia 2009

Psia sprawka

W niedzielę pojechaliśmy do rodziców na rodzinny obiad. Ja co prawda byłam w stanie średnio nadającym się do użycia, bo wyłaziło ze mnie powoli zmęczenie naszym sobotnim maratonem malarskim, ale taką okazję do rodzinnego spędu trzeba było wykorzystać.
A obiad był w sporym gronie, bo przyjechała rodzina ze Śląska, więc to jedna z niewielu okazji ciągu roku, kiedy można się zobaczyć i sobie z nimi pogadać.
Kiedy już napełniliśmy brzuszki pysznym obiadkiem przygotowanym przez Ciocię i Mamę, siedzieliśmy przy stole i przy wesołych opowieściach.
Po jakimś czasie temat zszedł na psy.
Dosłownie.
Rodzice mają psa, Ślązacy mają psa i każdy miał coś o swoim psie do opowiedzenia.
Najbardziej nas jednak rozbawiła opowieść rodziców o psie, który się przypałętał do nich na podwórko i zdewastował Mamie kwiatka. Historia nieziemska. :)
Kwiatka kupiła sobie Mama na początku lata, kiedy to zaopatrywałyśmy swoje balkony / podwórka w kolorowe kwitnące ozdobniki. Mama kupiła sobie wtedy śliczny kwiatek z gatunku importowanych, który naturalnie rośnie gdzieś w hiszpańskim czy innym południowym klimacie, jako przydrożne ziele, gdzie popadnie, a do Polski został przywieziony dopiero
niedawno, jako atrakcyjna nowa odmiana.
Kwiatek był wsadzony w doniczce do powieszenia. Sadzonek było w niej chyba 3 - kwitły ślicznie pomarańczowymi kwiatuszkami.
Przez jakiś czas wisiała ta doniczka na rurce od namiotu podwórkowego, ale w końcu ktoś ją zdjął, bo podobno rurka owa się pod ciężarem doniczki wygięła. Kto kwiatka zdjął – nie wiadomo. Podejrzenie pada na Adasia.
Kwiatek został postawiony na ziemi, obok schodów wejściowych. I tak sobie stał przez kilkanaście dni, nie przeszkadzał nikomu, więc nikt go nie ruszał.
Tydzień temu Mama dzwoni do mnie i mówi, że znalazła rano kwiatka totalnie zdewastowanego, każda sadzonka leżała w innym miejscu, przy czym każdą kolejną Mama znajdowała coraz dalej dalej. Ewidentnie coś – pewnie jakiś pies przybłęda – wlókł doniczkę za sobą, a kwiatki z niej wypadały. Sadzonki miały korzenie totalnie wytrzepane z ziemi, więc musiały wlec się za sprawcą przez dosyć długo. Kwiatek był całkiem połamany, mama zaszczepiła z niego 14 sadzonek, z nadzieją, że da się je uratować i nie straci kwiatka całkiem. Mama zbierała je idąc przez całe podwórko, ciągnęły się tak sznurkiem porozrzucane na całej długości od schodów wejściowych do ogrodu.
Mama była naprawdę rozżalona, nic z resztą dziwnego, bo kwiatek był śliczny, dopóki był - i bardzo szkoda, że został zniszczony. Podejrzanym sprawcą był jakiś czarny piesek, który był widziany tej nocy na rodziców podwórzu. Co ciekawe – piesek miał podobno łańcuch przy obroży, czyli urwał się komuś spod budy i robił sobie w nocy wycieczkę krajoznawczą.
Wczoraj prawda wyszła na jaw. Całe to zajście widział świetnie Tata, co więcej nawet – Tata po części je spowodował.
Tata rano wyszedł przed dom i zobaczył przy schodach pieska przybłędę – pańskiego, bo z obrożą, fale aktycznie, obcego, który przelazł w ogródku przez dziurę w ogrodzeniu i przyszedł pożywić się z Tofika miski.
To jest – jak to ujął Tata – stołówka dla bezdomnych, bo każdy pies, który ma sprawny węch i nie jest uwiązany na swoim podwórzu może przyjść i zjeść, co Tofik w misce zostawi, a że z Tofika jest niejadek, to pożywiła się jego kosztem cała zgraja psów z sąsiedztwa. Co noc jakiś nowy.
Tata na widok obcego psa – kolejnego, który na dziko zwiedza nasze podwórze – tupnął nogą i krzyknął, aby go przegonić. Na to piesek – nie czekając na dalsze zachęty puścił się pędem przez całe podwórze w stronę ogrodu, do dziury, którą przelazł.
Pech chciał, że haczyk od doniczki z kwiatkiem zaczepił się pieskowi za obrożę i pies biegł wlokąc doniczkę za sobą. Doniczka za nic nie chciała odczepić się lub odpaść, za to wypadały z niej ziemia i kwiatki. Pies z doniczki nic sobie nie robił, bo o wiele bardziej pragnął się ewakuować, niż odczepić nieszczęsną doniczkę.
Tata za psem nie leciał, całe zdarzenie trwało kilka sekund, kwiatka nie było jak ratować, pies wpadł w dziurę w ogrodzeniu, aby wyjść na drogę i tu go doniczka wyhamowała! Pies w dziurze pod ogrodzeniem się zmieścił, ale doniczka już nie. I tym sposobem pies utknął za siatką, a doniczka przed. Ta cześć opowieści rozbawiła nas najbardziej! Biedny piesek - totalnie zdumiony - tkwił za siatką, ale nie mógł zwiać, bo doniczka została z drugiej strony siatki i nie dawała się ani odczepić ani przeciągnąć na wylot przez ogrodzenie! Komedia.
Zanim Tata wyprowadził samochód z garażu – psa już nie było. Ostała się tylko doniczka i kawałki kwiatków porozrzucane na całej długości podwórka. Jakimś cudem oswobodził się z potrzasku i wyrwał doniczce z haka.
Opowieść nas strasznie ubawiła.
Wyobraziliśmy sobie tego psa pędzącego przez podwórze z doniczką uczepioną przy obroży i nagle zastopowanego przy ogrodzeniu, kiedy już, już prawie udało mu się zwiać - i nie mogliśmy się przestać śmiać! Już nawet Mama się śmiała, pocieszyła się, że zaszczepki kwiatka zaczynają rosnąć i historia bawiła też ją. Przynajmniej dowiedziała się, jak to naprawdę było.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Pracowity łikend

Jak się okazuje w ciągu jednej doby można odmalować całkowicie pokój. I jeszcze wytapetować częściowo.
Trzeba tylko mieć odpowiedni squad do tego.
Nasza babska wyprawa z misją na Marsa się bardzo udała.
W piątek po pracy zrobiliśmy szybkie pakowanie. Byłam już w większości przygotowana do wyjazdu, miałam już wiele rzeczy zapakowanych i naszykowanych, ale jeszcze trzeba było wrzucić do torby kilka kosmetyków i jakieś ubrania aby móc następnego dnia rano jakoś się umyć i doprowadzić do przyzwoitego stanu.
Mała Słoninka dotarła do mnie koło 18-tej, zjadłyśmy zapiekanki na obiado-kolację, pokroiłyśmy melona na drogę i o 19,30 zapakowałyśmy się do samochodu.
A pakunków miałyśmy dziesiątki - jak ruskie babki! Łukasz się z nas śmiał, kiedy zobaczył na korytarzu przygotowane do zabrania torby, siatki i siateczki. Ledwo dało się upchnąć co większe pakunki w bagażniku, a i tak część jechała na tylnym siedzeniu. Samochód był zapakowany po zęby i miałyśmy tylko nadzieję, że w drodze powrotnej gratów będzie mniej do zabrania, bo wracać miałyśmy we trzy – z Mamą.
Tata dał mi GPSa i napisał wskazówki jak przejechać przez Kielce i na co po drodze trzeba uważać. Poza tym miałyśmy mapy i przykazanie, żeby dzwonić do Taty jeśli tylko się zaczniemy gubić. Ale wcale nie miałyśmy zamiaru się zgubić po drodze.
Kamisio włączyła GPSa, kiedy znalazłyśmy się na wylocie z Lublina. Pani z GPSa pomyślała przez chwilę, po czym wielce obrażonym i nieprzyjemnym tonem kazała nam wracać, skręcać w lewo i zawracać, albo skręcać w prawo - w każdym razie stanowczo zawracać! Robiła wszystko, aby skłonić nas do skrętu w którąkolwiek boczną drogę i do zawrócenia się. Uparta baba! Za nic w świecie nie chciała wymyśleć alternatywnej trasy, która przecież istnieje i którą właśnie jechałyśmy. Uznałyśmy, że jest chyba głupia jakaś i nas denerwuje, a skoro nie chcę się zaadoptować do sytuacji - pani z GPSa została zneutralizowana raz na zawsze. Bardzo rozczarowane brakiem pomocy z jej strony wyłączyłyśmy ją i jej upierdliwe gadanie.
Do Kielc dojechałyśmy bez problemu, w Kielcach wg wskazówek Taty też udało się nam przejechać jak po sznurku, za Kielcami droga poprowadziła nas sama i bez żadnych problemów dotarłyśmy na miejsce o 23,15. Tata miał bardzo dobry pomysł, aby napisać swoje wskazówki na kartce, bo nie było sposobu, abym zdołała zapamietać, jak mam przejechać przez trzy kolejne ronda, na którym prosto, a na którym w lewo. I jeszcze w dodatku jadąc przypomnieć to sobie w odpowiedniej kolejności. Dzięki rozpisce Taty - Kielce okazały się driver-friendly.
W sumie to długo jechałyśmy, ale po ciemku - to ja szybko jeździć nie potrafię. Z małym silniczkiem nawet nie ma jak wyprzedzać bezpiecznie.
Dotarłyśmy na miejsce, szybko przywitałyśmy się z Babcią i chwyciłyśmy za pędzle. A raczej za wałki malarskie. Mama zagruntowała wcześniej ściany, wyniosła z pokoju większość rzeczy, meble stały już na środku pokoju, więc wszystko czekało tylko na nas, na farby i na pomalowanie.
W ciągu 3h pomalowałyśmy pokój pierwszą warstwa farby. Poszło nam całkiem sprawnie. Zabawa była przednia. Babcia tylko chodziła i wzdychała i pojękiwała, że tak nam zawraca głowę, tyle pracy przez nią mamy itp., w końcu jednak odpuściła sobie i już nie ubolewała nad całym przedsięwzięciem.
Przez noc farba wyschła ładnie, my zregenerowałyśmy siły i następnego dnia z rana pomalowałyśmy drugą warstwę. Farb wystarczyło nam akurat, ani za dużo, ani za mało, w sam raz. A już obawiałam się, że w sobotę będziemy szukać sklepu z farbami. A to wieś, daleko od jakiegoś miasteczka, do najbliższego jest z 20 km co najmniej, wiadomo, że wyprawa tam to taki czaso-pochłaniacz. Byłam nawet zdeterminowana, że w razie potrzeby pojadę tak, jak stoję - zbryzgana kropkami białej farby i w ubraniu, w którym malowałam. Bez żadnych ozdobników w postaci makijażu czy biżuterii. Na dobrą sprawę, to miałam nawet nie ułożone włosy, fryzura była z dnia wczorajszego. Nie było do tego głowy.
Stary kolor ścian - zielony - zamalował się jednak całkowicie, chociaż dopiero po położeniu trzeciej, a miejscami nawet czwartej warstwy. Jednak trudno jest przykryć ciemniejszy kolor jaśniejszym.
Tapeta okazała się strzałem w dziesiątkę, wytapetowaliśmy jeden kącik - bardzo to urozmaiciło pokój i dodało mu eleganckiej nowoczesności. Całość świetnie spasowała się z meblami i zasłonkami, po prostu idealne zestawienie. Byłysmy wszystkie 4 bardzo dumne z rezultatów naszej pracy. A wybieranie farby w OBI zajęło nam chyba z pół godziny i dopiero, kiedy zdecydowałyśmy, że może łatwiej pójdzie z wyborem tapety - udało się nam podjąć jakąś decyzję. Tapeta wpadła nam w oko w jednej sekundzie. Śliczna jasna, z buraczkowymi makami. Farba - jakimś cudem dała się do niej dobrać idealnie, pomimo obaw w sklepie, czy na ścianie odcień nie okaże się dramatycznie różny od koloru na próbniku. Pasowała wyśmienicie.
Babcia jest bardzo zadowolona z efektu. Kolor i tapeta bardzo się jej spodobały, ucieszyła się, że pokój w beżu się rozjaśnił, czyli misja została wykonana.
O 19,30 w sobotę zapakowałyśmy się do samochodu i wyruszyłyśmy w drogę powrotną.
Gratów nam niestety nie ubyło, w zasadzie to zawiozłyśmy jedne na wymianę z innymi. Na tylnym siedzeniu jechała więc Mała Słoninka i nasze torby.
Wracałyśmy znów po ciemku, znów niezbyt szybko i tylko tym razem w Kielcach się zgubiłyśmy. A jednak! Czym byłaby podróż bez odrobiny emocji?
W zasadzie to nie tyle zgubiłyśmy się, co wjechałyśmy na trasę tranzytową przez Radom, a tamtą droga wcale nie chciałyśmy jechać. Za to pani z GPSa na pewno by chciała, bo tak jej przecież zależało na nawróceniu nas na radomską trasę w drodze do Kielc.
Wyleciałyśmy więc w Kielcach na trasę 73, jakoś z boku miasta i po krótkim i szybkim namyśle, bo jadąc trzeba decydować się błyskawicznie - zjechałyśmy z powrotem do centrum na pierwszym znaku, jaki się nam objawił. Wydało się nam to jedynym sensownym rozwiązaniem, a najbardziej sensowne chyba było to dla mnie, bo ja w Kielcach obczajam tylko rejon z dworcem PKP. Czyli musi to być centrum, skoro od dworca odchodzi główna kielecka ulica - ich pół-deptak na Sienkiewicza.
Jakimś cudem – bez mapy, GPSa i bez orientacji w mieście – udało się nam trafić na odpowiednią drogę. Dworzec PKP się znalazł, a obok niego i trasa na Lublin przez Opatów i Annopol! Byłyśmy bardzo szczęśliwe.
Dalej już nie trzeba było się zastanawiać, na Lublin trasa wiodła po znakach.
Do domu dotarłyśmy na 23,15 – taki mały rytuał tego łiekndu. Zajeżdżamy do celu kwadrans po 23-ciej. :)
Zajechaliśmy wprost na grilla. Trochę wcześniej przed nami przyjechała rodzina ze Śląska, wieczór więc był jeszcze długi. Posiedziałam chwilę przy stole z wszystkimi, ale kiedy poszłam do łazienki i spojrzałam w lusterko - ogarnęła mnie zgroza! Wyglądałam tragicznie! Włosy posklejane i przyklapnięte, zero makijażu, cienie pod oczami, zmęczona i w tragicznym stanie. Nie to, abym była wyznawczynią perfekcyjnego wyglądu i pełnego makijażu o każdej porze dnia i w każdej sytuacji, ale tym razem byłam w takim stanie, że nikt nie powinien mnie oglądać. Prawie 500 km za kierownicą, doba malowania pokoju - machania wałkiem i pędzlami, 7h snu i zero prysznica po pracy - nawet ładne ubranie i biżuteria nie zdziała wtedy cudów. Nawet zadowolenie z efektu pracy na nic mi się zdało. Nie miało to żadnego przełożenia na wygląd zewnętrzny.
Zdecydowałam, że nie ma co narażać innych na TAKI widok i pojechałam do domu. Spędziłam chyba z 40 minut w łazience szorując się i myjąc włosy z farby i poczułam się, jak cywilizowany człowiek dopiero, kiedy wyszłam spod prysznica pachnąca i czyściutka.