poniedziałek, 9 lutego 2009

Dżum z dyni

Rok temu, w zasadzie to półtora roku temu, dostaliśmy od rodziców Łukasza dynię. Wielką, pomarańczową dynię, z którą nie wiadomo było przez jakiś czas co zrobić. W końcu wyszukałam na necie przepisy kulinarne, jak można spożytkować 5 kg zdrowej, żywej dyni. Okazało się, że owszem można, i to całkiem smacznie. Nie wszystkie przepisy jednakże, sprawdzają się potem w kuchni.
Gulasz wieprzowy z dynią - mniam! Pychotka, palce lizać. Wrzuca się do niego surową dynię, więc część zamroziliśmy.
Dżem z dyni - bardzo pyszny, Łukasz lubi kanapeczki z dżemem, więc z dżumu jest pożytek. Tak na marginesie, to jest to coś, czego nie pojmuję moim małym rozumkiem! Jak można z własnej woli jadać kanapki z dżumem? Na słodko... chyba kiedyś mi się przejadły, bo nie kuszą mnie teraz zupełnie.
Zrobiliśmy też dynię marynowaną w occie, ale ta okazała się kompletnym niewypałem i odtąd usilnie zastanawiamy się jak ją zjeść? Totalnie do niczego nie pasuje ten wynalazek, więc stoi w słoikach i straszy w piwnicy. Jeszcze postoi tam z rok i w końcu to wyrzucimy, chyba że w międzyczasie objawi się jakiś wyjątkowo udany przepis, do którego będzie można ją zużyć.
Nie mniej jednak rok temu nasze przetwory dyniowe były udane. Dżem zwłaszcza. W przeciwieństwie do tegorocznego dżemu. Albo może raczej dżumu.



Na jesieni zeszłego roku znów dostaliśmy dynię, równie wielką i dorodną. Poleżała biedaczka chyba z miesiąc albo dłużej, zanim doczekała się na swoją kolej. W końcu jednak ją rozkroiliśmy i tym razem postanowiliśmy tylko zamrozić część do gulaszu, a z reszty zrobić dżem. I tu zaczęło się dziać ciekawie.

Wyciągnęłam zeszłoroczne przepisy, mam ich kilka, są różne, ale wydawało mi się, że pamiętałam według którego rok wcześniej zrobiłam pyszny dżemik. Teraz już nie jestem tego taka pewna... Sukcesu ewidentnie nie udało się powtórzyć.

Dynię trzeba było namoczyć w wodzie z kwaskiem cytrynowym. OK, namoczyłam. Dwie porcje, przy czym jedna była dodatkowo z cynamonem, a druga bez. Następnego dnia, zgodnie z recepturą, zlałam wodę, zagotowałam z cukrem i trochę się zdziwiłam, że bez żelatyny, żelfixu czy innego żelującego wynalazku, ale co tam. Skoro rok wcześniej dżem się udał, to i w tym roku wyjdzie dobry. Hmm...
Zagotowałam dżem, nałożyłam... a raczej nalałam, ale grunt, że w słoiki. Zamknęłam i stwierdziłam, że raczej kiepsko się to zapowiada. Bardziej, jak kompot z dyni, a nie jak dżem. Dżem przecież powinien być gęsty, albo chociaż gęstnieć, a tymczasem ten był zupełnie płynny. No ale nic, zaczekajmy, zwłaszcza aż wystygnie.
Dżum wystygł, a owszem, ale wcale nie zgęstniał. Ani odrobinę. Kompot, jak nic!
Postanowiliśmy go ratować, bo przecież nie wylejemy, może więc dodać do niego żelatynę? Albo może, aby na pewno dżem się zsiadł, to najlepiej od razu po 2 duże torebki. Łukasz kupił żelatynę, ja zlałam dżem z powrotem do garnków, przy czym miałam niezłą zagwozdkę, aby poznać które słoiki są tylko z goździkami, a które z goździkami i cynamonem. Na oko - udało się. Podgrzałam dżem, żelatyna się
rozpuściła i co? Na ciepło to nie widać czy gęstnieje, niby jakoś mniej rzadkie, to nakładamy do słoików.
Tym razem już nie był to taki całkiem wodnisty kompot i dżem zapowiadał się całkiem przyzwoicie. Ja oczywiście pokładałam wielkie nadzieje w tym, że kiedy wystygnie, będzie można go kroić nożem. Słoki jednak stygły, a dżem nie bardzo się zsiadał.
Akurat była u nas Kama B. Oboje z Łukaszem pocieszali mnie, że coś z tym niesfornym dżemem da się przecież zrobić, Kama przez moment nawet utrzymywała, że ostatecznie można go łyżeczką nakładać na chleb, nawet, jeśli nie będzie całkiem sztywny, ale kiedy zobaczyła, jak się to prezentuje na żywo i jaki nie-sztywny jest, zmieniła zdanie.
Jedna porcja dżumu prawie całkiem zesztywniała, ale druga tak tylko na słowo honoru. A jak na złość było tego wynalazku całe stado słoików. A raczej dwa całe stada, bo jedno z dodatkowym cynamonem. Rozważaliśmy przez moment czy nie zlać słoików po raz drugi i dodać jeszcze więcej żelatyny, ale już nie miałam do tego zacięcia, więc zostawiliśmy takie niby zsiądnięte.
Te bardziej udane słoiki z dżumem od razu powędrowały do piwnicy, a te mniej udane postały trochę w szafce w kuchni, ale w tej najniższej, gdzie rzadko zaglądam, aby mnie nie drażniły. Po kilku tygodniach Łukasz się zlitował i obejrzawszy je, stwierdził, że z dżumu zrobił się prawie dżem i można słoiki wynieść do piwnicy.
Zastanawia mnie jak to możliwe, że w tym roku dżem się nie zsiadł? Przecież w zeszłym roku nie było z tym żadnych problemów. Może to jednak nie był ten sam przepis... Ale z drugiej strony z goździkami mam tylko jeden przepis, wiec co było nie tak?
A może w zeszłym roku tylko w połowie użyłam tego przepisu, a w połowie innego? To do mnie podobne. Łukasz się zawsze śmieje, że to co pichcę, jest tylko inspirowane przepisami, bo wyjątkowo rzadko zdarza mi się trzymać przepisów od początku do końca przyrządzania potrawy.
Najwyraźniej zgubiło mnie to przy tegorocznym dżemie. Ale to nic, będzie jesień, będzie nowa dynia, spróbuję szczęścia jeszcze raz. Tym razem przygotuję awaryjnie po 3 torebki żelatyny, na wypadek, gdyby trzeba było usztywniać dżem. Liczę jednak, że nie będzie trzeba. :)

Żaba w rodzinie

Ze wszystkich kawałów, jakie do tej pory słyszałam, najbardziej mnie śmieszą te o zwierzątkach. A im prostszy dowcip, tym bardziej rozśmiesza mnie jego puenta. Mam cały zbiór takich niewinnych kawałów o różnego rodzaju głupiutkich zwierzakach i za każdym razem, kiedy je czytam, tak samo serdecznie się śmieję.
Od czasu do czasu uczę Amelkę opowiadać kawały. Takie w miarę proste, przyswajalne dla dziecka. Poziom abstrakcji u sześciolatki jest znikomy, więc każdy humor musi mieć ładny opis, o co w nim tak naprawdę chodzi, aby był dla niej zrozumiały.
Potem opowiada dziecko te humory powoli, z namysłem, z nieśmiałością i z takim zawstydzonym uśmiechem i samo to jest tak urocze i zabawne, że nie ważne czy dobrze opowie kawał czy nie, i tak mamy uciechę.
Pierwszy humor, jaki nauczyła się opowiadać był o żabie u fotografa.
Przychodzi żaba do fotografa zrobić zdjęcie, a fotograf mówi jej, że żaba ma bardzo szerokie usta, więc niech do zdjęcia powie „Dżem” wtedy usta wyjdą mniejsze, będzie ładniej. Fotograf ustawia zdjęcie, a żaba oczywiście zapomniała co ma mówić. „Jak to było, jak to było? – myśli – A! Już wiem: marmelada!”.
Amelka coś źle usłyszała i opowiadała w tym dowcipie, że żaba miała mówić „dżum” a nie „dżem”. Śmialiśmy się z samego tego dżumu najbardziej.


Ale okazuje się, że takie dowcipy o zwierzątkach mają pewne odzwierciedlenie w rzeczywistości i to wśród ludzi! Zwłaszcza wśród małych ludzi. Otóż ten kawał powinien się zaczynać tak :
Przychodzi mała Kamisio do fotografa, zrobić zdjęcie…
(tu widzę, jak moja siostra mruży oczy i mówi groźnie „O nie! Ja ci dam!” ;) )
No cóż, kiedy moja siostra była mała, to oprócz tego, że była śliczna i słodziutka, to jeszcze uśmiechała się ślicznie, tak szeroko...
dosłownie jak żaba!
Kiedy patrzę na zdjęcia Kamisio z przedszkola, to zastanawiam się, jak to możliwe, aby takie małe dziecko miało, na takim małym buziaczku, TAKI wielki uśmiech?! Dosłownie od ucha do ucha! Na żywo nie wydawał się nigdy taki szeroki, ale na zdjęciach wyglądał cokolwiek śmiesznawie.
Pewnego dnia, gdzieś w okolicach pierwszej klasy podstawówki, kiedy Kamisio miała może tak z 6 lat, jej klasa miała robić sobie zdjęcia – przyjechał fotograf, dzieci miały się ładnie ubrać, wiadomo - będzie zdjęcie klasowe grupowo obowiązkowo, ale też indywidualne do legitymacji szkolnych. Taki pakiet standard. Przydało by się, aby na tych zdjęciach ładnie wyszła.
I jak tu powiedzieć dziecku, że jak się bardzo postara, to ma uśmiech... trochę, jak żaba, aby nie nabawiła się kompleksów i nie poczuła urażona?
Obie z Mamą cały wieczór wcześniej powtarzałyśmy małej Kamisio, żeby nie uśmiechała się tak szeroko do zdjęć i próbowałyśmy ją nauczyć półuśmiechu. Dziecko było kochane, nie obraziła się ani nie zakompleksiła, obiecała, że do zdjęcia się nie wyszczerzy.
Przyszła następnego dnia ze szkoły zadowolona, a na nasze pytanie powiedziała, że nie uśmiechała się bardzo szeroko i wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na zdjęcia.
Po kilku dniach Kamisio przyniosła pakiet fotek, a na nich… mała żabka z uśmiechem, jak na budyniu!
Tak się dziecko starało, a wraz zaprezentowała uśmiech w pełnym wymiarze i chociaż te zdjęcia są prześliczne i wyszła na nich przecudnie, to ten uśmiech niezmiennie nas rozśmiesza !
Ale okazuje się, że ten żabio-szeroki uśmiech, to u nas w genach krąży i mi czasem też zdarzy się wyszczerzyć do aparatu tak, że potem na zdjęciu oglądam swoje usta rozciągnięte w kosmicznym uśmiechu zaczynającym się przy jednym uchu, a kończącym przy drugim. Teraz więc siostra miewa okazje do słodkiej zemsty i korzystając z nich skrupulatnie, wypomina mi kiedy uśmiecham się jak żaba.
Ostatnio wysyłałam jej fotki sukienek, które przymierzyłam i ze specjalną dedykacją uwieczniłam na jednym zdjęciu żabi uśmiech. Kamisio od razu go wyłapała.
Mamy taki gryps : jeśli słyszę "Nie rób żaby", to znaczy że zdecydowanie za szeroko się uśmiecham.

czwartek, 5 lutego 2009

Opowiedz mi bajkę....

Jakiś czas temu zadzwoniła moja siostra z pytaniem czy mam jakiś pomysł na opowiadanie albo bajkę, do której ona mogłaby zrobić ilustracje. Potrzebowała przygotować taką pracę na zaliczenie na studiach. Kamisio miała życzenie, aby w tej bajce występowała Piękna Księżniczka. Stwierdziłam, że trzeba pomyśleć i na poczekaniu przyszła mi na myśl całkiem zgrabna bajeczka o Pięknej Księżniczce. Następnego dnia spisałam bajkę w wersji nadającej się dla czytelnika i wysłałam do przeczytania Łukaszowi i Kamisio. Byłam bardzo zadowolona z efektu i oczyma wyobraźni już rozwijałam skrzydła i planowałam stworzenie cyklu kilku bajeczek i wydanie książeczki dla dzieci.
Akurat tego samego popołudnia przyjechała do nas Kamisio. Na moje pytanie jak się podoba moja bajeczka stwierdziła, ku mojemu rozczarowaniu, że nie czytała. A Łukasz powiedział krótko: „Za dużo używasz w niej wyrazu „jak"". Opadły mi ręce, stwierdziłam, że nie będę z nimi o tym dyskutować, bo nie rozumieją sztuki w wersji pisanej, po czym poprawiłam te nadużyte „jak"-i i przesłałam im jeszcze raz. Przy drugim czytaniu mieli zastrzeżenia co do treści, przez co bohaterowie bajki przestali ze sobą tańczyć i zakończyli kolację na wspólnej pogawędce. Więcej uwag nie było, bajka została uznana za dopracowaną i odłożona do przyszłej publikacji. A Kamisio zrobiła jej jedną ilustrację – pięknej słodkiej księżniczki w różowej sukieneczce i zaniosła na zajęcia. Profesor stwierdziła, że bajka jest bardzo fajna i za samą treść stawia piątkę, ale rysunek się jej nie spodobał, bo taki słodki rysunek wcale do mojej siostry nie pasuje i ilustracje mają być wykonane prostą techniką, niekolorowe, schematyczne i niedopowiedziane. Podobno taki jest styl w twórczości Kamisio.
Hmm… No ładnie, właśnie straciłam ilustratora do moich bajek!
Może się jednak Kamisio przełamie i dla dobra ludzkości stworzy kilka słodkich i kolorowych rysuneczków dla małych dzieci. Wolałabym mieć własnego ilustratora, bo czasami książki dla dzieci mają tak okropne rysunki, że dziwię się, kto je w ogóle wydał? Inna sprawa czy ktoś je kupuje swoim dzieciom? Może to taka wersja książeczek dla niegrzecznych dzieci? Aby je postraszyć troszkę…. Albo specjalna oferta prezentowa dla nie lubianych ciotek, aby mogły dać dzieciakom coś adekwatnego do poziomu ich sympatii. Książki te straszą na półkach w księgarniach i naprawdę to byłoby traumatyczne doświadczenie, gdyby przyszło spędzić noc w jednym pomieszczeniu z taką książką! Brr….!! Straszna wizja!
Przez jakiś czas po wymyśleniu pierwszej bajki nic mi nie przychodziło do głowy. Zwłaszcza, że bajka o Pięknej Księżniczce miała morał, przez co poprzeczka zawisła dosyć wysoko. Byle bajkę można wymyślić w miarę łatwo, wystarczy położyć dziecko do spania – zanim uśnie zażyczy sobie najprawdopodobniej bajkę. Ale bajka z morałem to wyższa sztuka jazdy. Ostatnio naszło mnie jednak natchnienie i wymyśliłam dwie kolejne bajeczki. Jeszcze z 5 sztuk i będzie komplet.
Amelka, kiedy u nas nocuje zawsze życzy sobie bajeczkę na dobranoc. Zapoczątkował tą tradycję Łukasz, opowiadając jej raz tasiemcową bajkę o przygodach laleczki i misia i całej zgrai innych zabawek. Nie przysłuchiwałam się tej bajce zbytnio, chociaż zdziwiłam się, że chce mu się wymyślać taką skomplikowaną fabułę.
Przyszła potem kolej na mnie, aby opowiedzieć dziecku bajkę. O misiu. Nie ma sprawy, skleciłam jakąś o misiu, wydała mi się całkiem zgrabna, ale kiedy ją skończyłam Amelka spojrzała na mnie ze zdumieniem i stwierdziła, że nie taką bajkę trzeba opowiedzieć! Jak to nie taką? To jaką? I tu się zaczęła lista życzeń: musi być, misio i lalka i muszą iść na wyprawę i ktoś musi sobie złamać nogę i muszą mieć różne przygody, a Amelka będzie sobie to wyobrażała, bo jak zamyka oczka to widzi co się w bajce dzieje! Zaniemówiłam z wrażenia! Nie chodziło o jakąś bajkę, chodziło dokładnie o tą konkretną bajkę Łukasza i żadna inna nie była równie ciekawa. Gdyby ją Łukasz spisał, miałabym prostą sprawę, przeczytała bym jej bajeczkę i dziecko byłoby zadowolone. A tymczasem mój talent do opowiadania bajek okazał się wyjątkowo marny na tle zdolności Łukasza i musiałam sama po sobie bajkę poprawiać. Zrobiłam co mogłam, aby laka ze złamana nogą, miś i inne zabawki miały wystarczająco ciekawe przygody i postanowiłam, że bajki Amelce będzie opowiadał Łukasz.
Jego poprzeczki najwyraźniej nie jestem w stanie nawet zobaczyć, a co dopiero przeskoczyć! :)


środa, 4 lutego 2009

Wirus przedszkolaka

Amelka w sobotę rano obudziła się chora.
Nie mam wprawy w dzieciach, więc nie od razu zorientowałam się, że jest chora. W końcu jednak zainteresowałam się, że jest dziwnie za ciepła. Okazało się, że ma temperaturę i to nie byle jaką, bo 38,15 st. Po półgodzinie przy drugim mierzeniu miała już 38,83 st, a odrobinkę później urosła jej ta temperatura do 39,00 stopni!! Co za tempo!
Zrobiliśmy szybki wywiad w terenie i biznesplan co z tym zrobić i w ciągu chwili zapakowałyśmy się obie z Amelką do samochodu, zgarnęłyśmy Adasia z pracy i pojechaliśmy do przychodni na ostry dyżur. Okazało się że to wirus, chyba grypy, szczerze mówiąc, to nie wiem do tej pory co to, bo czekałam w poczekalni pod gabinetem. Amelka po wizycie u lekarza i dawce leków się ożywiła i spędziłam z nią jeszcze popołudnie u dziadków.

Wróciłam do domu zmęczona i po niezbyt dospanej nocy i zasnęłam pod wieczór dziwnie bez sił. Obudził mnie Łukasz jakoś koło północy i już wtedy poczułam, że wirus rozkłada i mnie. No i rzeczywiście. Całą niedzielę spędziłam w łóżku, z rosnąca temperaturą, która wieczorem doszła do poziomu 39 i coś tam stopnia. Wzięłam urlop na poniedziałek, w poniedziałek przedłużyłam go jeszcze na wtorek i chorowałam. Czułam się fatalnie, a w zasadzie to na pewnym poziomie się wcale nie czułam.
Zaraziłam się wirusem przedszkolaka! Dlaczego trzydziestolatki nie mogą być odporne na wirusy sześciolatków?
Całe to chorowanie dziwnie zniekształca rzeczywistość – pewne rzeczy stają się zupełnie nieistotne. Najpierw dostałam kompletnego zaćmienia i nie mogłam sobie przypomnieć jakich leków używa się do wyleczenia grypy. Miałam witaminę C, polopirynę i wapno. Od tego jednak temperatura nie chciała mi zmaleć. Dopiero w poniedziałek oświeciło mnie, że jest taki cudowny wynalazek jak gripex, który zdecydowanie pomaga bardziej niż polopiryna. Gripex działa na mnie najgorzej, a jednocześnie pomaga mi najlepiej. Tyle, że jak wezmę tabletkę, to po jakiś 2 godzinach przechodzę straszliwe męczarnie. Podobno jeden z jego składników tak niektórych rozkłada na łopatki.
Próbowałam za to wyleczyć się domowymi sposobami naszych babć – podobno medycyna ludowa ma w sobie taką mądrość. Mądrość może i ma, ale zdecydowanie nie ma skuteczności. Wypróbowałam kompot z malin, napar z lipy, miód i cytryna – nie czułam aby mi coś dawały. Owszem wszystkie te rzeczy są bardzo smaczne i z przyjemnością się je pije, ale działania leczniczego nie objawiają. Przynajmniej nie na grypę! Może powinnam zacząć leczenie od nalewki z dzikiej róży, którą dała nam Babcia…


Co rano budziłam się z nieodpartą ochotą, aby się wykąpać i zmyć z siebie zarazki, ale już potem w ciągu dnia moja aktywność ograniczała się do spania i jedzenia, tudzież marudzenia Łukaszowi i pytania go pińcet razy czy mnie kocha.
Łukasz wykazał się maksimum cierpliwości i ze stoickim spokojem zamykał mi drzwi szafy (nie mogą być niedomknięte, bo to trochę straszy), przekrajał kanapeczki na pół i kupował mandarynki.
Oderwałam się od rzeczywistości kompletnie – nie myślałam o pracy, nie miałam ochoty nawet spojrzeć na telefon, nie mówiąc już o rozmowie z kimkolwiek, laptopa nie miałam, więc nawet mnie nie kusił, z resztą i tak bym go nawet nie tknęła palcem. W TV nie było zupełnie nic ciekawego, albo ja byłam tak wysoce niezainteresowana niczym, że tylko przerzucałam kanały. W chwilach, kiedy nie spałam czytałam co mi w ręce wpadło. Miałam zacięcie jednak tylko do lekkich i łatwych lektur, wiec nadrobiłam zaległości w czytaniu Twojego stylu, zbioru felietonów K. Jandy, po czym - w poszukiwaniu czegoś solidniejszego objętościowo sięgnęłam po raz kolejny po „Diabeł ubiera się u Prady" – czytałam tą książkę już co najmniej 3 razy w ciągu ostatnich 2 lat, odkąd ją kupiłam, ale uwielbiam do niej wracać i jest to świetna lektura, kiedy nie ma się sił na coś wymagającego większego skupienia uwagi.
Pomimo rozpaczliwej chęci uaktywnienia się - spędziłam 3 dni na spaniu i nicnierobieniu. Nawet umycie zębów było momentami wyzwaniem. Zimna woda była przejmująco lodowata, wszelkie odgłosy nad wyraz hałaśliwe, światło raziło w oczy, a grawitacja wciągała w głąb łóżka. Tak, chorowanie mocno zniekształca rzeczywistość.
We wtorek, kiedy już jako tako dochodziłam do siebie, zadzwonił kurier, że w ciągu 5 minut zjawi się z paczką dla mnie. Ok., nie ma sprawy jestem w domu. Byłam bez makijażu (to jest wysublimowany sposób na powiedzenie, że wyglądałam, jak nieszczęście i nie próbowałam tego nawet zamaskować), miałam włosy związane gumką dosyć niedbale i chodziłam w spodniach dresowych (które na marginesie całkiem przyzwoicie wyglądają, no ale jakby się przyjrzeć, to są to spodnie dresowe). Zmieniłam tylko długi polar z kapturem na krótszy, bardziej elegancki (czytaj: przyzwoiciej wyglądający).
Zupełnie nie po kobiecemu; było mi dokładnie obojętne co pomyśli o mnie obcy człowiek, kiedy przyniesie mi tą paczkę.
Kurier faktycznie popatrywał na mnie dziwnie, no ale jakbym siebie sama oglądała z tamtej strony progu to też bym się nie mogła nadziwić, że w ogóle drzwi obcym otwieram TAK się prezentując. Kiedy już łypnął na mnie trzeci raz z tym dziwnym wyrazem oczu, nie wytrzymałam i przyjrzałam się jemu – i tu szybko się rozgrzeszyłam i podniosłam się na duchu – chłopak sam wyglądał nie najlepiej, ewidentnie miał co najmniej katar w stadium zaawansowanym - zaszklone oczy i czerwony nos. Pomyślałam, że skoro on też jest wylęgarnią bakterii, to chorujący człowiek nie powinien być dla niego żadną nowością, a skoro tak - to ja się nie przejmuję tym, czy wyglądam tragicznie czy tylko kiepsko. Z całym prawdopodobieństwem więcej go nie spotkam, a jak spotkam to będę mogła wyglądać już tylko lepiej, więc może mnie nie rozpozna.
Zamknęłam drzwi i wróciłam na kanapę pod ciepłą kołderkę, dalej walczyć z zarazkami.

Piątek z Doktorem Dolittle

W piątek po pracy pojechaliśmy do przedszkola i wzięliśmy sobie dziecko. Nie takie całkiem obce to dziecko, tylko nasze rodzinne, poza tym w przedszkolach się dzieci nie wybiera, dostaje się z przydziału, co komu przysługuje. Nam zawsze niezmiennie przysługuje mała bratanica Amelka. Nie widziałam się z nią już 2 tygodnie, więc ucieszyłam się, że będzie okazja trochę razem pobyć.
Amelka jeszcze w szatni zadała dwa sakramentalne pytania: czy będzie u nas nocować i czy jest Łukasz. Nocowanie było oczywiście przewidziane, a tego popołudnia Łukasz nie pracował, więc oznaczało to, że będzie się z Amelką bawił. On jest dobry w te klocki. Biorą sobie zawsze te same laleczki i bawią się w jakieś szkoły, szpitale, sklepy albo inne wynalazki. Ja nie przepadam za bawieniem się zabawkami z dziećmi, więc zwiewam wtedy do kuchni albo drugiego pokoju i nie pojawiam się dopóki im się zabawa nie znudzi.
Co ciekawe, Amelka ma u nas tylko kilka zabawek i wcale nie przeszkadza jej, że zawsze bohaterem zabaw jest ten sam malutki piętnasto-centymetrowy dzidziuś, albo te same aniołki z modeliny. Zabawy ma również swoje wcelowane i tylko w te chce się bawić. Ulubioną zabawą jest szpital.
Dzidziuś jak się okazuje jest nie do zdarcia, bo już przeszedł w swoim malutkim życiu wszelkie możliwe choroby i leczenia – miał chyba z siedem operacji wyrostków robaczkowych, angina jest stałym elementem repertuaru, miał połamane chyba już wszystkie ręce i nogi, a raz nawet przeszedł raka. Pomimo protestów Łukasza wtedy, że rak jest zbyt hardcorową zabawą, zwłaszcza jak na sześciolatkę, to Amelka nalegała, nalegała i w końcu dzidziuś na raka zachorował. Podczas tych zabaw mały dzidziek dostał setki wyimaginowanych zastrzyków, pigułek, syropków i czegokolwiek tam jeszcze.
Założę się, że zabawa w szpital to wpływ serialu „Dr House" – Amelka gdzieś go wypatrzyła w wakacje w TV i strasznie się jej spodobał.
Ja jestem od bardziej praktycznych zajęć, na przykład: rysowania, malowania kredkami, upiększania się.
Ponieważ w piątek nie mieliśmy laptopa, więc jako rozrywkę dla nas obu wymyśliłam czytanie bajek. W drodze do domu wstąpliśmy do Kulturomaniaka i zaopatrzyliśmy się w „Podróże Doktora Dolittle" – stara dobra, wypróbowana lektura.
Wcześniej w pracy obgadałam temat książek dla dzieci z kolegą - wymyślaliśmy jakie to opowieści mogą zainteresować małą sześciolatkę. Tomek polecał Harrego Pottera, sama tego nigdy nie czytałam, wbrew zaleceniom mojego promotora ze studiów, który uważał, że książki o Harym Potterze są niemal narzędziem terapeutycznym dla dorosłych. Amelka jednak stwierdziła, że ona Pottera nie lubi i koniec końców stanęło na Doktorze Dolittle. Wzięłyśmy z półki najgrubszą część jego przygód.


Na początku książka wcale Amelki nie wciągała, słuchała tego co czytam, ale bez zbytniego zainteresowania. Nawet w pewnym momencie stwierdziła, że jak się wyjaśni, co będzie z wiewiórką to już nie czytamy. Ale zanim wyjaśniło się czy wiewiórka wyzdrowieje, przeczytałyśmy już z 40 stron i zaczęło się to Amelce podobać. Bardzo się ucieszyłam, że taka – jak by nie patrzeć – już poważna lektura ją zainteresowała, bo pamiętam, jak ja odkryłam fascynujące świat książek i ile z tego miałam przyjemności. Trzeba tylko dobrze zacząć, aby się zachęcić, a nie zniechęcić.
Amelka tak się zainteresowała książką, że na dobranoc zamiast opowiadania bajki zażyczyła sobie przeczytanie dwóch kolejnych rozdziałów, a następnego dnia rano po przebudzeniu, ledwo otworzył oczy - pierwsze co powiedziała to było :
- Czytamy?!
A więc udało się! Misja została wypełniona! :)