poniedziałek, 13 lipca 2009

Po łikendzie

W łikend pogoda była taka sobie – w sobotę: żadna rewelacja, chmury co chwila i chłodne powietrze. Zajęliśmy się sprzątaniem i cześć dnia spożytkowaliśmy produktywnie i pracowicie.
Wczoraj było już zdecydowanie ładniej, ale pojechaliśmy nad jezioro, gdzie pogoda okazała się znacznie gorsza niż w Lublinie.
W połowie lipca – sezon jeziorowy został przez nas otwarty. Tak długo trzeba było czekać na wolny łikend, bez planów, za to z sensowną pogodą. Koło g. 16-tej zebraliśmy się w końcu z tego jeziora, zniecierpliwieni ciągle napływającymi chmurami i zimnymi podmuchami wiatru i wróciliśmy do domu.
Wróciliśmy wygłodniali i od razu zabraliśmy się za robienie obiadu. Nad jeziorem ludzie rozkładają namiętnie grile i smażą kiełbasy i mięsa. Powinno być jakieś miejsce wydzielone na tego typu kulinaria, bo dym leci na ludzi i zaczadzieć można. Grile stały porozkładane na tej niby-plaży trawiastej tuż nad wodą, gdzie wszyscy rozkładają sobie w najlepsze koce i ręczniki i zażywają kąpieli słonecznych. Nie powiem, aby wędzenie się w dymie rozpalanego grilla (jak to śmierdzi, kiedy ta podpałka się rozpala! To chyba jest robione na bazie nafty), albo pieczonych mięs, należało do przyjemności. Pomijając już chęć na zjedzenie takiego pieczonego z rusztu – nie da się oddychać dymem.
Te grile narobiły nam ochoty na pachnące mięsko z przyprawami. W zasadzie, to ochoty narobił nam brat już dzień wcześniej, bo dwa dni trąbił, że w sobotę robimy grilla, aby przyjechać koniecznie, po południu w sobotę zadzwonił, aby przyjechać i kupić po drodze kiełbaski, chleb i co tam jeszcze na grila potrzebne, po czym, kiedy już dotarliśmy – okazało się, że wszyscy są zajęci, każdy coś tam jeszcze robi i grila ani widu ani słychu. Posiedzieliśmy godzinę czekając na bliżej niesprecyzowane coś, Łukasz pobawił się z Amelką, po czym doszliśmy do wniosku, że skoro o 20,30 na grila się nawet nie zanosi, to nie ma na co czekać. Zabraliśmy bekon i laskę kiełbaski, wskoczyliśmy cichaczem do auta i wróciliśmy do siebie. Bekon usmażyliśmy na patelni. Był pyszny, chociaż nie z grila. Kiełbaskę podjadaliśmy na ciepło i zimno do wczoraj.
Po powrocie z jeziora postanowiliśmy więc zrobić aromatyczny obiad i upiekliśmy sobie podudzia z kurczaka w przyprawie grilowej. Piekarnik spisał się na medal, kurczak wyszedł pyszny. Do tego zjedliśmy sałatkę z pomidorów, sałaty i mozarelli. Mniam. :)

1 komentarz:

Justee pisze...

Było przepysznie :) Łukasz